Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Greta Gerwig. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Greta Gerwig. Pokaż wszystkie posty

sobota, 16 grudnia 2023

Barbie (2023) - Greta Gerwig

 

Co za koszmar! Nie wierzę że do końca całkiem fajnego filmu dobrnąłem, przez ten kompletnie położony dubbing, w którym dykcja może nie najgorsza ale obróbka speca od udźwiękowienia wołająca o pomstę do nieba czy czegoś. Bądź odwrotnie, tudzież może winni wszyscy oni i aktorsko to podkładanie głosu spieprzone jak i jego techniczne ogarniecie leży? Raz że z założenia dubbing to jakaś kompletna porażka, bo synchro wiadomo, jedno widzisz drugie słyszysz, lecz jeśli dodatkowo nic jeszcze nie rozumiesz, to powinieneś odpuścić i w ustawieniach pozmieniać, albo mieć pretensje do siebie że na lekcjach właściwego języka obcego przysypiałeś i w oryginale nawijki nie ogarniasz. Tak więc jeśli dysponujesz źródłem bez możliwości zapodania polskich napisów, to cierp z własnej winy i wystarczy już tego biadolenia ośle! Do rzeczy! Gretę i Noah parą filmowców na schwał określę i wiem to już od Frances Ha w sumie, choć Gretę bardziej w zawodowym wydaniu lubię jako aktorkę niż reżyserkę, co nie sugeruje że jako twórczyni ponad byciem poniekąd tworzywem jej nie cenię, ale wolę na ekranie niż za kamerą i przed seansem Barbie miałem takie zdanie. Wiele się po seansie nie zmieniło, lecz za Barbie ma u mnie plusa. Poklepanie po ramieniu jej i koledze się należy za cały ten koncept i za te dialogi z których co nieco jednak zrozumiałem. Chociaż feministyczny manifest jakim ikonę Barbie wraz z Noahem nie tak wprost ale jednak fragmentami uczyniła, to lekka dramatyzująco-histeryczna przesada, w której jednak ziarnko prawdy na pewno tkwi i w odpowiednich okolicznościach życia jednostki w środowisku podatnym może wykiełkować w chwasta dominacji płci męskiej nad żeńską w patologicznym wydaniu karykaturalnego patriarchatu może mieć miejsce. Nie czyni więc swej opowieści Greta szablonową, jak i nie skupia się wyłącznie na efekcie wizualnym, bowiem ten czasami za grubo ciosany feminizm z ambicjami, prowokuje pomimo naturalnej dla wąsatego bariery do socjologicznych rozkmin, więc jak ktoś kompletnie niezorientowany przed "o co i jak" i spodziewał się jedynie słodziutkich pierdół dla zasadniczo mamusi i córusi, to mógł się poczuć w czasie rozpakowywania tego różowego pudełeczka skonsternowany. Ale bez przesady, bo można się też było powzruszać i nawet pośmiać, gdyż Barbie to to, co na zewnątrz i to co wewnątrz, a poza tym też to co modelem i rzeczywistością, względnie stereotypem i prawdą, a chwilami (uczciwie stawiamy sprawę!) Barbie jest najzwyczajniej familijnym wyciskaczem kilku łez sentymentalnego wzruszenia. Barbie jako postać/laleczka/symbol najogólniej okazała się wyłącznie pretekstem, ale na szczęście nie tylko ładnym powodem do ciekawych, mimo że niepozbawionych banałów rozważań (cocktail ze wszystkiego - dobrze zblendowany, nie rozmemłany li tylko na szczęście). Dlatego może bardziej dla młodych kobiet i ich matek jako łzawa terapia wspierająca, niż twardych cokolwiek ojców bez odrobiny ckliwej emocjonalności, którzy dojrzewanie swoich córeczek przechodzą na chłodno. No wiadomka, facet to równa się totalna wyjebka w tych sprawach! Równa się?

P.S. Ok ok, dla chłopców profilaktycznie i mężczyzn też. Może są potraktowani surowo, ale trochę sobie zasługują i trochę nie zasługują, bo są tacy faceci i inni faceci, bo wszystko jest skomplikowane i płcie niekoniecznie sklejone są stereotypowo z cechami osobowościowymi i dyspozycjami psychicznymi, no i płeć silna nie jest taka silna. I to jest ok i Barbie to właśnie takie masło maślane, w sumie cholera wie o czym właściwie. Przynajmniej mnie jest trudno jednoznacznie zdecydować po kobiecej analizie stanu rzeczy, czy my jesteśmy im potrzebni czy nie jesteśmy? Bo że potraktowani jak nieogarnięte przedszkolaki, to jasne!

poniedziałek, 23 marca 2020

Little Women / Małe kobietki (2019) - Greta Gerwig




Sława tego tytułu (nigdy do tej pory nie była) i nie jest też jak przypuszczałem w najnowszej odsłonie determinowana jakimś niezwykłym talentem reżyserskim. Wprawdzie krytyka od kilku lat (znaczy od Lady Bird) jest dla Grety Gerwig wyjątkowo łaskawa i zapewne w jej intelektualnym spojrzeniu upatrywało się usprawiedliwiania dla kolejnej ekranizacji (może nawet tej najlepszej), ale z kolei dla mnie były te apetyty odrobinę niezrozumiałe, bo na wyrost czynione. W tym akurat przypadku finalnie wyszło Grecie bardzo dobrze, a może rozbierając efekt na segmenty to właściwie poprawnie przez pryzmat wykonanej pracy reżyserskiej. To świetnie że fabuła oparta na poczytnej powieści Louisy May Alcott, która to po raz kolejny przez filmowców zostaje adaptowana, nic nie traci, a nawet pewnie w tej odsłonie zyskuje w oczach miłośników stęsknionych rozbudowanych obyczajówek. Upierać się zamierzam wszelako, że pomimo ekscytacji środowisk filmowych osobą Grety Gerwig, największą wartością tej niewątpliwie pięknej opowieści o znaczeniu bliskości rodzinnej, dojrzewaniu i konfrontacji młodzieńczych marzeń z wymagającą rzeczywistością (czy porywach serca w konfiguracjach różnorodnych temperamentów i osobowości, jako rodzaju szybkiego kursu dorastania do rozczarowań, czy wielkich tragedii), jest niezwykle urokliwa scenografia, stanowiąca przynajmniej w moim przekonaniu kluczową wartość finałowego wrażenia. Subtelna muzyka i wizualna uroda idealnie współgrają, tworząc wspaniały klimat rekompensujący tym samym trochę mało przejrzysty charakter chaotycznej narracji - warunkowanej rzecz jasna rwącym potokiem kwestii wypowiadanych przez postaci. Poza tym aktorskie kreacje są przepyszne, a każda z młodych dam zaangażowanych przez producentów (zakładam w porozumieniu z dopieszczaną Gretą Gerwig), idealnie obsadzona zostaje ze względu na naturalne predyspozycje czy wcześniej już zdobyte doświadczenie filmowe. Są tutaj też oczywiście w wyśmienitej dyspozycji obecni panowie, z których z pewnością płci pięknej najbardziej w pamięć zapadnie wyrosły już na dobre na najgorętszy młody talent aktorski Pan Timothée Chalamet. Przez pryzmat aktorski i wizualny praca ekipy dowodzonej przez Grewig doskonale przysposabia i inscenizuje literacki materiał źródłowy, powodując że ta z racji tematyki i mentalności kobieca opowieść potrafiła zauroczyć nawet w moim przekonaniu dość trwale impregnowanego na czułostki faceta. I to jest też dla mnie największe zaskoczenie powyższej sytuacji, że tak jak podkreśliłem z początku, to ja metodycznej ręki reżyserskiej i wizjonerskiego oka Gerwig nie spostrzegam jako jakiegoś fenomenu, to jednak szanuję jej staranny warsztat, estetyczne spasowanie i emocjonalne w wykonaną pracę zaangażowanie. Obiecuję więc że będę śledził nie tylko jak do tej pory jej aktorską karierę, która wbrew przyjętej ogólnie opinii zdaje mi się mimo wszystko wyprzedzać jakościowo tą reżyserską. Podpisano – człowiek czasami omylny. :)

poniedziałek, 5 lutego 2018

Lady Bird (2017) - Greta Gerwig




Napiszę wprost, nie ukrywając swojego rozczarowania i nie doprowadzając też do przesadnego utyskiwania. Spodziewałem się po zapowiedziach wizualnych, także kilku notatkach informacyjnych zupełnie innej formalnie produkcji - szczególnie, że manifestowany po amerykańsku zachwyt tamtejszej opiniotwórczej krytyki taki ognisty. Zakładałem naiwnie, że w debiucie reżyserskim charyzmatycznej Grety Gerwing będzie jakikolwiek dramatyzm, względnie przemyślanie wkomponowany ekscytujący punkt kulminacyjny i wreszcie, że ta trudna nastolatka (jak ją materiały promocyjne opisywały) w katolickiej szkole edukowana, to będzie prawdziwie zacięta dziewucha, w konfrontacji z ultra konserwatywnymi zakonnicami. Okazało się jednak, że to kino mętnie nijakie, poprowadzone jednym słabnącym tchem, aspirujące absurdalnie przez brak wyrazistości do miana wyjątkowości. Ciepłe kluchy takie, gawędzenie bez nerwu, często przynudzanie o (w największym skrócie) życiu codziennym nastolatki z kolorowymi włosami, mieszkającej po “niewłaściwej stronie torów”, która to niby dysponując magnetyzmemm i elokwencją, zabiega o względy szczeniackiej elity towarzyskiej, a jak już się znajdzie w jej zasięgu, to rozczarowana jej poziomem mentalnym i wartością moralną powraca na margines, gdzie odrzucone osobliwości dają jej poczucie bezpieczeństwa i intelektualnej satysfakcji. Jezusssie, zaprawdę wam powiadam brawurowo nieszablonowa to konstrukcja scenariuszowa! Z obowiązkowym wykorzystaniem w fabule, dla zwiększenia pikanterii (znak zapytania), poziomu zatroskania (znak zapytania), samozadowolenia reżyserski (znak zapytania) intelektualnych wykwitów na poziomie zbuntowanej nastolatki, tudzież pomysłów rodem z nastoletniego kina, bardzo "moralnego niepokoju", które odkrywczością i sztucznie potęgowana dramaturgią wywołują wyłącznie powstrzymywany dobrym wychowaniem uśmiech politowania. Bez jakiejkolwiek reżyserskiej werrrrwy narracja jest prowadzona, bez większego podniesienia ciśnienia, konkretnego tąpnięcia emocjonalnego, które opadające ze znużenia powieki by uniosło. Nie byłem w stanie dać się wciągnąć w ten zaproponowany klimat i dostrzec tkwiącego w skrypcie przesłania. Ono po prawdzie jest, ja wyczuwam jego obecność, ale ono tak bezbarwne i niepobudzające do bardziej ekspresyjnych refleksji, że mnie się nie chce rozwijać jakiejkolwiek szerzej naciąganej interpretacji. Wyszło Gerwing słabo, przytłaczająco miałko, a zapewne miało być oryginalnie i angażującą. Nieznośnie jałowo, bez iskry i ikry, tylko w założeniach charyzmatycznie. W tym skupieniu na szczerych, nieprzejaskrawionych dla efektu emocjach, jest walor wartościowy, ale i totalna nuuuda. Jak nie ma w pomyśle nic prócz klisz przyozdobionych błazenadą, to jest zachowawczo i żenująco. Spodziewałem się sporo więcej, a może problem mój z akceptacją w tym, że spodziewałem się zdecydowanie inaczej. 

Drukuj