Sława tego tytułu
(nigdy do tej pory nie była) i nie jest też jak przypuszczałem w najnowszej odsłonie determinowana jakimś
niezwykłym talentem reżyserskim. Wprawdzie krytyka od kilku lat (znaczy
od Lady Bird) jest dla Grety Gerwig wyjątkowo łaskawa i zapewne w jej intelektualnym spojrzeniu upatrywało się usprawiedliwiania dla kolejnej ekranizacji (może nawet tej najlepszej), ale z kolei dla mnie były te apetyty odrobinę niezrozumiałe, bo na wyrost czynione. W tym akurat przypadku finalnie wyszło Grecie bardzo dobrze, a może
rozbierając efekt na segmenty to właściwie poprawnie przez pryzmat wykonanej
pracy reżyserskiej. To świetnie że fabuła oparta na poczytnej powieści Louisy May
Alcott, która to po raz kolejny przez filmowców zostaje adaptowana, nic nie traci, a
nawet pewnie w tej odsłonie zyskuje w oczach miłośników stęsknionych rozbudowanych
obyczajówek. Upierać się zamierzam wszelako, że pomimo ekscytacji środowisk filmowych osobą Grety Gerwig, największą wartością tej niewątpliwie pięknej opowieści o znaczeniu bliskości rodzinnej, dojrzewaniu i konfrontacji
młodzieńczych marzeń z wymagającą rzeczywistością (czy porywach serca w
konfiguracjach różnorodnych temperamentów i osobowości, jako rodzaju szybkiego
kursu dorastania do rozczarowań, czy wielkich tragedii), jest niezwykle urokliwa scenografia,
stanowiąca przynajmniej w moim przekonaniu kluczową wartość finałowego
wrażenia. Subtelna muzyka i wizualna uroda idealnie współgrają, tworząc wspaniały klimat rekompensujący tym samym trochę mało przejrzysty charakter chaotycznej narracji - warunkowanej rzecz jasna rwącym potokiem kwestii wypowiadanych przez postaci. Poza tym aktorskie kreacje są przepyszne, a każda z młodych dam
zaangażowanych przez producentów (zakładam w porozumieniu z dopieszczaną Gretą Gerwig), idealnie
obsadzona zostaje ze względu na naturalne predyspozycje czy wcześniej już
zdobyte doświadczenie filmowe. Są tutaj też oczywiście w wyśmienitej dyspozycji obecni panowie, z których z pewnością płci pięknej najbardziej w pamięć zapadnie wyrosły
już na dobre na najgorętszy młody talent aktorski Pan Timothée Chalamet. Przez
pryzmat aktorski i wizualny praca ekipy dowodzonej przez Grewig doskonale przysposabia i inscenizuje literacki materiał źródłowy, powodując że ta z racji tematyki i mentalności kobieca opowieść potrafiła zauroczyć nawet w moim przekonaniu dość
trwale impregnowanego na czułostki faceta. I to jest też dla mnie największe
zaskoczenie powyższej sytuacji, że tak jak podkreśliłem z początku, to ja metodycznej ręki
reżyserskiej i wizjonerskiego oka Gerwig nie spostrzegam jako jakiegoś fenomenu,
to jednak szanuję jej staranny warsztat, estetyczne spasowanie i emocjonalne w wykonaną pracę
zaangażowanie. Obiecuję więc że będę śledził nie tylko jak do tej pory jej aktorską karierę, która
wbrew przyjętej ogólnie opinii zdaje mi się mimo wszystko wyprzedzać jakościowo tą reżyserską. Podpisano – człowiek czasami omylny. :)
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz