Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Pablo Larraín. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Pablo Larraín. Pokaż wszystkie posty

sobota, 8 lutego 2025

Maria / Maria Callas (2024) - Pablo Larraín

 

Larraín tym razem niemal pod pełnym krytyki dyscyplinującym obstrzałem, z tematem złotej klatki i jak co bardziej zorientowani sugerują - z tegoż tematu ostatecznym domknięciem. Czy jednak ta krytyka zasłużona i odradzanie seansu wskazane, to ja się mocno przed taką nakazową retoryką wzbraniam, bowiem obiektywnie być może, a subiektywnie w całej rozciągłej pewności argumentacyjnej, to absolutnie jakiegoś koszmarku Pablo tutaj nie popełnił, tylko zrobił to co robił dotychczas z uznaniem po swojemu - w stylu znaczy przewidywalnym i tak niby bliźniaczo do obrazów o Jackie Kennedy jak Księżnej Dianie podobnym, a zarazem inaczej, gdyż znacznie kameralniej. Ograniczył zakres wydarzeń do ostatniego tygodnia życia La Diviny i skompresował wszystkie jej życiowe namiętności w owych dni sądnych siedmiu, czyniąc to mam odwagę napisać bardzo uważnie i przede wszystkim znakomicie wizualnie. Nie uniknął jak zwykł nie unikać tempa porażająco przygnębiającego, ni owijania w bawełnę oraz smagania sadystycznego brakiem optymizmu, gdzieś o oddaniu i trudnej wdzięczności dla równowagi (diwa i służba) jednak wspominając, stąd nie zdziwiłbym się reakcji kobiet widzów (widzek?) w przeważającym stopniu, które pamiętam chociażby z premiery Jackie, jak szeptały do siebie, że nie oglądały dotąd tak brzydkiego filmu - czego innego jak domniemywałem się spodziewając. Mimo że o Marii Callas jest z mniejszym przytupem, rozgłosem, to w zdecydowanie bardziej przyjemnych okolicznościach natury i architektury (przede wszystkim gdy płyniemy przez ten krótki czas bez retrospekcji), pozostając w paryskim złoto-rdzawym wrześniu - przepięknym, wręcz upajającym. Gdy natomiast cofamy się w czasie bywa mrocznie i bywa najbardziej podniośle, a skrajnie nawet dla bohaterki szczęśliwie, ale to taka gra dychotomiami poniekąd, pozorami podkreślając splendor życia na szczycie, uwielbienia rodzącego samouwielbienie czy koszmarną prawdę, aby oddać tak specyfikę życia z operą i dla opery, jak zakreślić traumatyczny wpływ dorastania w czasach wojennej okupacji - przetrwania opłaconego wysoką ceną. Niemniej jednak gdy byłem uczestnikiem seansu, to mnie on usypiał, ale i właśnie na melancholijny sposób fascynował równie mocno symfonią wyrafinowanego stylu i smaku, jak i nie poddając się sugestiom krytycznym, że jakoby słabej roli Jolie. Wręcz przeciwnie ja mniemam, że otrzymałem w zakresie przekonania o autentyzmie więcej niżli się spodziewałem, biorąc pod uwagę iż uroda postaci i odtwórczyni z lekko innych poziomów wizualnych i gdy przejść ponad tym, to chcę dać do zrozumienia, że Angelina trafiła idealnie z manieryzmami, fizycznością w sensie niemal arystokrackiej teoretycznej klasy, jak i wręcz chorobliwej niedowagi, które na dramaturgii tak wydarzeń jak i wewnętrznej psychologii piętno w sensie pretensjonalnego artyzmu i psychicznego obłędu odcisnęły. To naturalnie tak zasługa elastycznej aktorki, jak i z pietyzmem jej prowadzenia przez „dyrygenta”. Larraín mnie nie zawiódł, ale mógłby już rzeczywiście postawić kropkę w złotej klatki temacie - pozwalając się też innym znakomitym reżyserom wykazać. 

piątek, 22 września 2023

El Conde / Hrabia (2023) - Pablo Larraín

 


Nowy Pablo Larraín, tym razem uderza z produkcją przeznaczoną na netflixową platformę, po dwóch grubych hollywoodzkich filmach (a w mojej opinii skromnej to dziełach specyficznych, jednako dziełach niewątpliwych - Jackie, Spencer), jakimi myślę dość mocno zatrząsnął krytyków opinią, lecz jakiejś gigantycznej przychylności widzów to sobie nie zaskarbił. Nie zmieniła tego również w międzyczasie wysoko przez krytykę oceniana Ema, wątpliwe też aby El Conde coś odmienił w tej niesprawiedliwie spostrzeganej sprawie, choć tematycznie, a dokładnie interpretacyjnie i formalnie gatunkowo to zupełnie inna bajeczka, bo właśnie El Conde siedzi zdecydowanie mocniej w fikcji niż w realu, a i stylistyka bardzo czarnej, surrealistycznej komedii, a może horroru, to raczej nie jest to co mało wprawny w odbiorze inteligentnej prowokacji widz, kocha w kinie najmocniej. Poza tym scenariusz bierze na warsztat postać Augusto Pinocheta i bardzo swobodnie, z olbrzymią dawką sarkastycznej złośliwości punktuje jego cechy charakterystyczne, jak i oczywiście dostaje się ostro mimo że niedosłownie, ideologii jaka zdaje się coraz mocniej także w Europie ucięty jakby się wydawało grubo ponad pół wieku temu łeb podnosi, a i u nas, na anomijnym podwórko IV RP o „odważnych” (niech ich piekło pochłonie), którzy uznawać postać hrabiego za autorytet przywódczy i (o gigantyczna zgrozo) moralny nie trudno. Pije tu zatem wiadomo że do ideologicznie prawilnych, jacy też przecież z zasobów Netflixa ochoczo w przerwach na studiowanie wszelkich im po drodze teorii spiskowych korzystają i nie będzie im do śmiechu, kiedy groteskowo Larraín ich wzorzec cnót wszelakich potraktował. Gdybym wyrażał się dotychczas niezbyt klarownie, a czytający moje spostrzeżenia dokonywał tego zanim cokolwiek o filmie z innych źródeł się dowie, to Pinochet u chilijskiego reżysera jest wampirem u schyłku (jakby się wydawało) istnienia - "gotowym na śmierć, ale krążące wokół niego sępy nie pozwolą mu odejść bez jeszcze jednego dziabnięcia". W rzeczy samej jednako historia w dużym stopniu bardzo fantazyjna to jedno, a drugie wizualna ekspresja i w tej kategorii obrazu lub szerzej formy jest tak samo grubymi szwami uszyta z czerni, bieli i szarości oraz osadzona w konwencji wspomnianego klasycznego horroru z domieszką "gore'owatego" humoru poczucia, nie zawsze tak popularnego jakby wyznawcom ironizowania się wydawać miało, zatem w sumie (to co powyżej we wstępie) - nie wróżę powodzenia na liście najbardziej propsowanych tytułów streamingowego giganta, choć dla mnie ten seans był jak najbardziej ok, bo szanuję inteligentne ośmieszanie zła ewidentnego.

poniedziałek, 24 stycznia 2022

Spencer (2021) - Pablo Larraín

 

Koszmarnie długie, a to zaledwie trzy dni Świąt Bożego Narodzenia z Windsorami. Ani jednego słonecznego, bo każdy z nich to ustawiczny półmrok i tylko w fenomenalnie rozegranym finale optymizmu promyk rozprasza gęste chmury postępującej depresji. Stąd w żadnym razie obraz Pablo Larraína nie może być rozpatrywany jako biografia księżnej Diany, bowiem raz jest dość swobodną faktograficznie interpretacją wiedzy i dwa ogranicza się do zaledwie chwili z życia, lecz ta chwila ma w sobie gęstą esencję jego schyłkowego charakteru, kształtowanego przez ponad dziesięć lat istnienia w świecie systematycznie pozbawiającym Dianę własnej tożsamości i małymi kęsami odgryzającej z niego satysfakcję i radość. Diany zagubionej, Diany zszokowanej, Diany poddawanej ustawicznej tresurze, kontroli i deprywacji własnej woli. A ona, "księżna ludzkich serc" przecież zbyt wrażliwa, w zupełnie innej filozofii wychowawczej do życia przygotowana. Nie gotowa podołaniu dworskim regułom i trudom lub pozbawiona całkowicie tych cech, które życie w królewskim wydaniu wymaga. Ciągłe ryzy sztywnej etykiety, przypisana tytułom służalczość i pochlebstwa otoczenia oraz lęk przed wścibskim okiem mediów - złota może i klatka, ale na trzy spusty dla bezpieczeństwa i uniknięcia skandali ona pozamykana. Los coś dał, ale i jak się okazuje więcej zabrał, pozbawiając właśnie tego, co bardziej wartościowe, a co na klejnoty, zaszczyty i inne atuty pozycji nieprzeliczalne. Niestabilna i krucha, wrażliwa i troskliwa istota tęskniąca za zwyczajnymi przyjemnościami życia pragnie uciec, niczym ten metaforyczny bażant skazany przez tradycyjny obyczaj na sczeźnięcie. Niezdolna wciąż do konfrontacji, w milczeniu pogrążająca się w niebezpiecznej melancholii, pragnąca miłości jak świeżego powietrza zamkniętego za ciężkimi kotarami. Na szczęście ciepła i wzbudzająca empatię przez co na głęboką wyrozumiałość i troskę służby zasługująca - zaskarbiająca sobie jej sympatię i wsparcie. Żyjąca już wyłącznie dla synów, którzy nie zdążyli jeszcze w środowisku odgrywanego wiecznego spektaklu zatracić cech ludzkich i poruszająco o matki zdrowie się troszczących. Książę Karol zaś na lewiźnie, oczywiście oficjalnie z ostracyzmem przez rodzinę potraktowany, w rzeczywistości bez konsekwencji na oczach wszystkich żonę upokarzający. Wszyscy wiedzą i wszyscy udają, bo taką metodę w genach zapisaną mają. Ludzie też gadają, że taki przepych i komfort a jej było źle. Bez powszechnie uznanych za pracę obowiązków popadała w depresję i próżność w niej wyhodowana odebrała jej rozum. Albo "ludzie gadają", że Karol pod butem matki, a królowa zimna i oschła nie potrafiła albo nie chciała synowej podarować czułości i zrozumienia. Ludzie gadali, pismaki pisały, paparazzi fotograficznie każdy krok dokumentowali itd. itp.. Zamknięta niczym w wieży z bajki złotowłosa księżniczka skazana na samotność pośród teoretycznie najbliższych ludzi. Ludzi którzy nie byli jej wrogami, lecz zwyczajnie dyspozycje psychiczne i cechy osobowościowe ograniczały ich możliwości udzielenia jej pomocy.

P.S. A poza tym, a technicznie i warsztatowo? Jaki Pablo Larraín jest tu wpatrzony w wizualną ekspozycję kubrickowską i nawet sam siebie (Jackie) prześciga w tym stawianiu postaci idealnie w centrum i obejmowaniu przestrzeni okiem obiektywu oraz jak fantastycznie widzi ruch i w ruch kamerę operatorską obsługiwaną przez Claire Mathon (m.in. Portret kobiety w ogniu) wprowadza. Jaki tu pięknie oddający naturalność kadr w przytłumionej kolorystyce i lekko ziarnistej fakturze zmysły wizualnie pieści i co za doskonały scenariusz Steven Knight przygotował i jak cudnie powiązał w nim oczywiście fragmentaryczną prawdę historyczną z poezją emocjonalną i wręcz thrillerowsko rozumianym napięciem. Jaka tu jest doskonała klaustrofobiczna muzyka Johna Greenwooda i jak wiele od jej brzmienia i złożonego tonu zależy. Jakie to jest wreszcie intensywne, jak genialnie podkręcane aż do wrzenia emocji i jaka Kristen Stewart jest znakomita, jak bardzo poruszająca, jak ona eksploduje talentem i jak bardzo wielki reżyser potrafi wykrzesać z aktorki kilka razy więcej niż sama mogłaby od siebie wymagać oraz jacy mistrzowie drugiego planu jej wsparcia udzielają. Nie mam najmniejszych wątpliwości, że właśnie najdoskonalszy obraz zeszłego roku obejrzałem i nie obawiam się komplementować każdego detalu jaki w nim w mistrzowskim stylu do zbudowania wielowymiarowego dzieła najdoskonalszej doskonałości został precyzyjnie użyty. Spodziewałem się kina wielkiego, przeżyłem jednak emocje na poziomie kina wiekopomnego. Jestem normalnie za-chwy-co-ny!

wtorek, 5 stycznia 2021

Ema (2019) - Pablo Larraín

 

Pablo Larraín po nakręceniu biograficznej Jackie wraca do ojczyzny i robi hiszpańskojęzyczny obraz/widowisko, w którym na równi z treścią i ambitną formą współegzystuje choreograficzny artyzm. Muzyka, taniec, ale i kapitalna aranżacja intensywnego światła. Palety barw wyrazistych, które wspaniałe kontrastują z odcieniami szarości codziennego życia tytułowej Emy. Egzystencja, walka o przetrwanie w latynoskiej metropolii, bez większych perspektyw rozwoju vs. gorąca taneczna pasja - ucieczka w eskapizm i w maniakalną żądzę oraz namiętność. Konsekwencje niedojrzałych decyzji, odpowiedzialność za cierpienie osobiste i narażanie na przykrości najbliższych. Twórcza ambicja zawarta zarówno w formule kina nietuzinkowego jak i w obsesyjnie analitycznym wnioskowaniu oraz fascynującej grze dynamiką, rytmem narracji. Obraz wizualnie oryginalny i estetycznie dopracowany - skupiony na precyzji w podkreślaniu wewnętrznie pulsujących emocji oraz na sposobie ich portretowego kadrowania. Centralne umieszczanie bohatera w scenach rozmowy, mnóstwo płynnych zbliżeń i korzystania z szerokiej panoramy pomieszczeń. To cechy charakterystyczne fotografowania w filmach Pablo Larraína. Duszna atmosfera, niepokój, ale i w tym przypadku także ognisty temperament. Bardzo cenię zacięcie artystowskie, szanuje surową manierę posługiwania się środkami stylistycznymi, ale po seansie Emy nie mam przekonania, że to dotychczas najlepsze dzieło chilijskiego reżysera. Larraín to bez wątpienia ekscentryk współczesnego kina, pracujący tutaj na zasłużoną opinię wizjonera symbolicznie malującego obrazem, muzyką i treścią merytoryczne nieoczywistości. Rzecz jasna nie w oczach każdego kto trafi na seans Emy. Taki już nietuzinkowego artysty los. :)

środa, 1 marca 2017

El Club / Klub (2015) - Pablo Larraín




Tytuł sprzed dwóch lat poniekąd mi znany, bo o oczy poster się obił, lecz dopiero teraz obejrzany za sprawą i przez pryzmat obecnie bardzo głośnej roli Natalie Portman właśnie u Pablo Larraína. Mocny dramat o czynach ludzi stawianych w warunkach trwałej konserwatywnej ciemnoty ponad prawem. Zrobiony w formule "prosto w mordę" bez owijania w bawełnę, bez wahania się by mówić unikając półśrodków o godnych absolutnego potępienia praktykach pedofilskich, czy też tych gejowskich pod dywan wstydliwie zamiatanych z racji oficjalnej walki "czcigodnej" instytucji z tym „zboczeniem”. W surowej oprawie, gdzie obraz na ekranie niewyraźny przez filtr tłumiący kontrast przepuszczony, natomiast puenta dosadna w żadnym stopniu rozmyta. Inteligentnie i przenikliwie z mnóstwem symbolicznych scen i zbliżeń twarzy, twarzy których wyraz mówi więcej niż tysiące słów, opasłe elaboraty, czy statystyczne analizy. Tutaj postacie o zmęczonych obliczach, prowadzą ascetyczne i odizolowane życie w teoretycznym poczuciu skruchy i żarliwej pokuty - w warunkach względnego bezpieczeństwa i tłumionego strachu przed odpowiedzialnością. Przybywa jednak w ich życie na okoliczność zaskakującej śmierci prawdziwa pokuta, która zabiera wszelkie zastępcze przyjemności i drąży w potępionych umysłach poszukując poczucia winy. W powietrzu wisi strach przed odkryciem tajemnicy, obnażeniem przeszłości anonimowych "skazańców" i naznaczeniu ich przez okolicznych mieszkańców. Wstrząsający to dramat, dostrzegający w upadłych klechach słabych ludzi z poharataną, pokręconą psychiką ale nawet przez moment nie usprawiedliwiający ich czynów i bezskutecznie tłumionych instynktów. Wspólnotowa patologia to punkt wyjścia i klamra dla tej historii o nieludzkich obliczach "ludzi", w której finał zaskakuje i bardzo mocno do myślenia daje.

piątek, 10 lutego 2017

Jackie (2016) - Pablo Larraín




Ostrzeżenie! Polecam wyłącznie tym, którzy są w stanie znieść ponad sześć kwadransów druzgocącej dawki ludzkiego cierpienia. To taki rodzaj filmu, który boli fizycznie i już w jego połowie widz pragnie, aby się zakończył - a kiedy już do końca seans dobiegnie i człowiek poniekąd się z depresji otrząśnie, przychodzi głęboka refleksja i film ze łba nie chce wyleźć, przynosząc gorzką prawdę o ludziach żyjących na świeczniku i też o nas, tych którzy wobec tych mitycznych postaci z czerwonego dywanu mają swoje wymagania. Jackie jako fabularny dramat, to w moim przekonaniu tonąca w czarnej melancholii i goryczy próba uzmysłowienia jak bardzo amerykański naród ówcześnie ale i także dzisiaj wciskanej bajki pragnie, takiej gdzie ona urodziwą księżną a on mądrym królem. Pięknej, paradnej opowieści, w której na życzenie mity pierwszoplanową rolę odgrywają, a często mroczna rzeczywistość dla dobra wszystkich i nikogo zostaje pieczołowicie przykryta teatralną kreacją. Zakładam, że z tego powodu Jacqueline Kennedy taką nienaturalną pozę i manierę wypowiedzi w kontaktach z mediami przyjmowała, a reżyser by uwypuklić to przekonanie, tak tłustym drukiem te wszystkie ujęcia stylizowane na archiwalne z uporem maniaka wciskał. Widz dostrzegł, zrozumiał - widz uwierzył, został zadowolony? I tutaj jest fundamentalny problem! Bowiem Pablo Larrain przygnębiająco realistycznym klimatem, potworną dawką smutku i rozpaczy, potęgowaną przenikliwą muzyką (co poniekąd przecież naturalne, gdy chce się pokazać człowieka w głębokim dole emocjonalnym) odciągnął skupienie od meritum. Nie zrobił tego jednak odwróceniem uwagi na masę wątków pobocznych, a zwyczajnie zmęczył totalnym przygnębieniem. Szczerze mówiąc już dawno w kinie nie widziałem tak sugestywnie przytłaczającego i intensywnie przeszywającego obrazu smutku wdzierającego się do umysłu z ekranu i jednocześnie tylu osób odpływających w objęcia snu. Kto zatem był na wstępie już zmęczony (zapewne dodatkowo ciężkim dniem w pracy), miał trudności by utrzymać koncentrację, aby móc odczytać to, co reżyser pomiędzy wierszami próbuje przekazać. Jednak jeżeli nie poddał się fali znużenia, to wyszedł bogatszy w prawdziwą wiedzę o „Camelocie” i żyjącej w jego murach „Ginewrze”. Niestety tych osób pewnie znikoma ilość, bo to obraz dla widza wytrwałego, bystrego i przede wszystkim kochającego film ambitny, z głęboko zakamuflowaną treścią na wielu poziomach symboliki i według artystycznych standardów skrojonego. Stąd zapewne wysokich notowań i entuzjastycznej prasy nie ma, a absolutnie na ignorancje nie zasługuje i krytyce pod względem, jakości nie powinien być poddawany. Cieszy mnie zatem, że pomimo ciężaru gatunkowego fenomenalna rola Natalie Portman została zauważona i jej katorga na planie już nagrodzona. Trzeba było wykazać się ogromnym profesjonalizmem i odpornością na stres, gdy kamera wyłącznie na niej sfokusowana, a pozbawiające całkowicie intymności emocjonalnej zbliżenia z detaliczną precyzją pokazywały najdrobniejsze ruchy mimiczne, mogąc z łatwością obnażać warsztat aktorski i także wszelkie niedostatki charakteryzacji. Tyle że praca wykonana przez aktorkę, operatora oraz speców od filmowego makijażu, to poziom mistrzowski, czyniący z filmu Larraína autentyczne świadectwo dramatu, pustki przeżywanej przez jego uczestników. Zderzenia z ciosem zadanym przez śmierć, ale i w większości kurtuazyjną empatią politycznego środowiska, tym pozbawionym ludzkich odruchów pragmatycznym, zimnym zawodowym profesjonalizmem. Presją zachowania fasonu, pozorów w obliczu żałoby z emocjami utrzymywanymi na postronku wymagań pozycji społecznej, ale i konieczności pełnej naturalności, rzecz jasna paradoksalnie wedle wyobrażeń opinii publicznej. Miałem ogromne oczekiwania i obawy równie duże. Spodziewałem się portretu wyrazistego i bogatego niuansami, wrażliwego emocjonalnie jak i ekspresyjnego wykonawczo. Taki też finalnie do przetrawienia otrzymałem. Nie miałem jednak pojęcia, że to będzie takie trudne i bolesne doświadczenie, niczym uczestnictwo w pożegnaniu kogoś z kim nie było się związanym, ale samo obserwowanie żałoby i rozpaczy najbliższych powoduje kolosalne udręczenie.

Drukuj