Ja wiedziałem że Koszałka to jest kawał reżyserskiego talentu i dodatkowo jako wrażliwy artystycznie operator z wykształcenia, potencjalnie estetycznie, wizualnie zawsze mój faworyt do komplementowania. Będę się więc teraz ekscytował i Koszałki pracę chwalił, bo to jest w praktyce fenomenalnie nakręcone i nawet jeśli historia byłaby miałka (a oczywiście nie jest), to i tak z gigantyczną pewnie wciąż rozkoszą bym oczami obraz wciągał - a tak mam i jedno i drugie, kapitalne ujęcia i fabułę zniuansowaną na poziomie najlepszych scenarzystów w branży. Historię fascynująco i też przygnębiająco przez życie napisaną i zaadaptowaną przez ekipę pod nadzorem Koszałki równie bogato i wybornie. Pól godziny wstępu, po czym robi nieco inaczej, bo lokacja się przenosi i po przez kulturę kształtowanych tożsamościowych rozważaniach wkracza kluczowy wątek sprowadzającego strach, ale i niosącego pokusę dominacji nazizmu, ale jakościowo od początku do końca mocarnie, nie pędząc przez fakty nazbyt szaleńczo i nie ślizgając się po nich, bo wszystko co w scenariuszu można nazwać konsekwencjami, na solidnym fundamencie przyczynowo skutkowym oparte. Szczegóły po raz pierwszy teraz – ten brudny zielonkawy filtr upodabniający do fotograficznych archiwaliów dobrze współgra z ciekawą pracą kamery i ujęciami onieśmielającego skalnego majestatu Tatr. W ogóle zmyślnie to nakręcone, nowocześnie techniczne możliwości wykorzystujące ale i trzymające się mrocznego artyzmu plastycznego, a ja to tutaj w tekście wytłuszczam, bowiem mam słabość tak do statycznego kręcenia w izbach, jak i z perspektywy gruntu ogarniania scenografii w obejściach, co jasne też do z rozmachem filmowania pejzaży, a tu wszystko w jednym w idealnych proporcjach jest mi nieszczędzone. To nie zaskoczenie że każdy kadr u Koszałki dopieszczony i tak na zewnątrz jak i wnętrzarz chat wyglądający niczym realistyczne pędzlem malowane obrazy, czyniące ogromne wrażenie bez konieczności posiłkowania się technologią, która zeżarła już zakładam właśnie swój ogon w przypadku ubiegłorocznej ekranizacji Reymontowskich Chłopów. Szczegóły tutaj po raz drugi, że zwyczaje ponad zdrowy rozsądek, dudki ponad chyba też honor i tą podkreślaną uparcie góralską dumę, ale dla oddającej historyczną prawdę, w straszliwie skomplikowanych, przynoszących gwałtowne i zdumiewające koleje losu, wymuszających złe wybory wojennych czasach, kiedy słownym deklaracjom okoliczności stawiają wyzwanie pt. "sprawdzam!". Wstrząsającego niezmiernie kina przez dwie godziny kosztowałem i ja tu widzę (gdyż z automatu porównuje) szerokie podobieństwa, bo tak jak od czasu fenomenalnie opowiedzianego przez Smarzowskiego Wołynia, nie było równie targającej emocjami nieoczywistej historycznej opowieści o ludziach z krwi i kości oraz skomplikowanej etnicznie i politycznie rzeczywistości, tak seans Białej odwagi także z pamięci przywołuje u mnie również doświadczenie projekcji Filipa Michała Kwiecińskiego na podstawie powieści Tyrmanda. Biała odwaga FILM, to jest na wielu poziomach prawdziwa uczta - odważne spojrzenie na trudną przeszłość Podhala, co ciekawe zupełnie nie przystające do jednostronnego i ubogiego obiektywnie założenia jakie musowo patriotyczni pseudo-historycy z mnóstwem frazesów na ustach (ryjach?) zanim obejrzeli, aby zrobić szum mieli i też zapewne Biała odwaga mini SERIAL (tak powstała też rozszerzona wersja) ma swoje walory, choć nie napiszę, że nieomieszkam sprawdzić, bo seriale omijam z racji czasu nie z gumy i wchodzenia (w tym subiektywnym kontekście) akurat klasycznym z okolic dwóch godzin fabułom przez niezwykle popularny obecnie format w paradę. Finalizując refleksję - Koszałka mistrz, gdyż jak jest reżyser który ma wizję, do wyważonej optyki serce oraz do obrazu wyostrzone oko, przede wszystkim jednak na planie charyzmę, to wszyscy grają jak z nut, a Biała odwaga jest aktorskim koncercichem najwyższych lotów, całej bez wyjątku obsady.
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Marcin Koszałka. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Marcin Koszałka. Pokaż wszystkie posty
środa, 29 maja 2024
poniedziałek, 4 kwietnia 2016
Czerwony pająk (2015) - Marcin Koszałka
Marcin Koszałka to ceniony operator jak i od kultowego debiutu
(Takiego pięknego syna urodziłam) uzdolniony dokumentalista. Teraz jako reżyser fabuły, biorąc na warsztat autentyczną historię stworzył obraz który w oczach zarówno
profesjonalnej jak i amatorskiej krytyki niestety zbytniego poklasku nie zdobył. Chociaż
strona wizualna niemal jednogłośnie była chwalona to jednak scenariusz wespół z
surową realizacją nie odnalazł przychylności u widza. Dziwię się bo w moim mniemaniu, to
jeden z bardziej oryginalnych rodzimych projektów ostatnich lat, zachwycający nie tylko precyzją odtworzenia realiów peerelowskich lat sześćdziesiątych (lokacje, scenografia,
przedmioty), zdjęciami w których gra światła i cienia kreuje zimną atmosferę
oraz intrygującym patologicznym zimnym dystansem. Sporo pytań w scenariuszu zawarte, a żadnych
bezpośrednich odpowiedzi i za to twórcą należą się brawa, że widzowi gotowców
nie przygotowali tylko pozwolili na swobodną interpretację, pośród poszlak i licznych domniemań. Mnie ten przytłaczający festiwal ujęć skąpanych w półmroku i treści ograbiony z przypisów poniekąd z kinem
Smarzowskiego się skojarzył, jednak gdy dyżurny prowokator polskiego kina surową dosłownością poczucie
estetycznego niesmaku wzbudza to Koszałka pomimo brutalnej wizji więcej hermetycznego artyzmu wprowadza.
Subskrybuj:
Posty (Atom)

