Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Ridley Scott. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Ridley Scott. Pokaż wszystkie posty

piątek, 4 września 2026

The Dog Stars / Gwiazdozbiór psa (2026) - Ridley Scott



Jeśli wszystko co poniżej zostało spisane w formie okrojonej do średniej wielkości tekstu, ale jednak sprowadzonego do opisania podstawowych podstaw i umiarkowanie krytycznie ocennie, to naturalnie nie będzie oznaczało, iż nie warto sobie „strzępić pióra” na najnowszej produkcji Ridley’a Scotta. Bardziej wiążę obraną z premedytacją strategię refleksji z przekonaniem kluczowym, że podsumowując za dużo w tym barszczu grzybków pływało, a ilość finałów przed kolejnymi finałami, przez co seans nie mógł się zakończyć była nieco irytująca, pomimo że momentami była to naprawdę udana ballada post-apo, w jakiej skutecznie umieszczono w tle nutki które nie przeszkadzały się autentycznie wzruszyć. Problem jednak istotny, podniesiony na wstępie, iż ogólnie powstała dziwna, choć w miarę spójna hybryda tak rzeczonej ballady wespół z elementami kojarzonymi z refleksyjnymi westernami, ale i scenami niczym z zombie jatki i terroru „plemiennego” jakich moja pamięć zawsze doszukuje się w ikonicznych Mad Maxach, a na koniec niemal jeszcze, żeby już kompletnie widzowi we łbie zakręcić, czegoś w rodzaju horror scie-fi, z totalnym obłędem. Ja nie wiem czy bardziej zawalił człowiek od adaptacji powieści Petera Hellera (podobno bestseller), czy może sam autor poczytnego tekstu przesadził, ale nie trzeba było może by poruszając opowiedzieć o przyszłym czasie, gdy maska cywilizacji zostanie zerwana, w tak nabity po korek „atrakcjami” sposób. Tym bardziej, iż to co wyssano z książki i poddano interpretacji aktorskiej, gdzie doskonały casting rzuca się najbardziej w oczy (szczególnie Brolin i Pearce - super super), do połowy projekcji świetnie oddawało specyfikę brutalnych zasad w świecie bez norm i twardych warunkach wyłącznie dla silnych, szybko przystosowujących się do wymagań charakterów, a strona wizualnie ilustracyjna (krajobrazy i lokacje) naprawdę dobrze współgrały z anomijnym/anomicznym charakterem. Gdyby nie nadmiar nadgorliwości z „grzybkami” i poniekąd jeszcze w jednym z finałów męcząca gadka moralizująca, to byłoby zaskakująco zajefajnie, a tak to niby tak, a niby nie i cholera wie co.

P.S. Poza tym nie robi się takich numerów wiernemu psu (pobudliwy Malinois) - kiedy film ma tytuł The Dog Stars i ta relacja Higa z Jasperem, to pośród "grzybków" najbardziej szlachetny borowik!

niedziela, 9 sierpnia 2026

Kingdom of Heaven / Królestwo niebieskie (2005) - Ridley Scott

 

Po sprawdzeniu praktycznym, rozhulanej promocyjnie nolanowskiej Odysei, postanowić mi się zachciało, iż luknę na nowo na kilka może historycznych i quasi historycznych tytułów (jakie jeszcze tutaj nie zagościły) i tym samym będę miał też jakieś porównanie i odpowiedz między innymi na pytanie - czy w ostatnich dajmy trzydziestu, może skrajnie czterdziestu laty, robiono też super produkcje w gatunku, jakie z dzisiejszych hitem box office’u mogą pójść w szranki? Nie pod względem kultowości, bowiem co stare i głośne było, to często z czasem zdobywa dodatkowe uznanie w formie właśnie kultowości. Chodzi mi bardziej o to, czy przykładowo technicznie jest lepiej i czy takie możliwości obróbki komputerowej popsuły kwestie wizualnej wiarygodności, czy może dodały jej wartości. Na pierwszy rzut biorę Ridley'a Scotta Królestwo niebieskie, czyli klasyczne kino bitewno-przygodowe, rycerskie znaczy - ze szczękiem żelastwa i rżeniem koni w galopie. Wszelkiej pierwotnej maści oręża dominacji, więc krwi i flaków charakterystycznie szołmeńsko z zadawanych ran tryskających, nader natężenia. Może to nie ta kategoria porównawcza, bo w mitach więcej umowności i ugrzecznienia, a gdy pod lupę bierze się wydarzenia w większym stopniu realistyczne, to należy wprost pokazywać jak krzywda, nawet w przyjętych za usprawiedliwione działaniach mogła być zadawana. Batalistyczne jest w Królestwie konkretnie i potęga wojsk robi wrażenie. Epickie zacięcie wynosi widowiskowość na najwyższy z możliwych wtedy, a może i wciąż obecnie poziom, lecz wizualna technologia sterylna nie czyni Królestwa niebiańskiego odpornym na wady. Chciałoby się aby ziarno filmu jakieś istniało, bo jego kompletne spłaszczenie, czyni efekt soczystym, lecz nazbyt klinicznie myślę efektownym. To chyba w tym segmencie punkt dla Nolana, który mniej z wygładzeniami przesadza, ale przegrywa w moim przekonaniu na poziomie dynamiki, bowiem Królestwo jest znacznie intensywniej dynamiczne, spektakularne i efekciarskie, mimo że „osadzone bliżej ziemi”. Zastanawiając się po seansach (kinowym i domowym), w którym przyjemniej jako widz oczekujący wkręcającego efektu się odnalazłem, to jednak nie mam jasnego stanowiska. Dochodzę do wniosku, że trudno w sumie porównywać oba hity i każdy z nich stoi przed konkurentem w pewnych wąskich kategoriach, a całościowo trzymają równy poziom, a że ten Scotta o ponad ćwierć wieku starszy, to chylę czoła, że mimo na pełnej korzystającego z technologii, wciąż ogląda się wyśmienicie. Mówię o oddziaływaniu całej warstwy ilustracyjnej, a najmocniej kluczowego szturmu na Jerozolimę, gdzie maszyny oblężnicze i szerokie kadry robią super wrażenie. Ale na pewno pomimo włożonego wysiłku, trudno mi również Królestwo Niebieskie uznać za dzieło wybitne. Zabrakło drenującej siły psychologicznej relacji pomiędzy bohaterami i intrygi porażającej emocjonalnie. Zamiast tego nacisk położony na potęgę produkcji i dla oczu wizualna efektywności, nieco oczy zamydla. Tak jak podobnie do obecnej wciąż na ekranach Odysei, trudno mi się przyczepić do przesłania, gdyż ono celne, pozbawione jednakże odrobiny chociaż kontrowersji, dostosowane do możliwości intelektualnych szerokiego grona widzów, z tezami oczywistymi, bez większego zniuansowania. Tu i tu (zwyczajnie górą ponad istniejącą, lecz niewykorzystaną treść przygoda) - chociażby każdy bardziej wnikliwie analizujący sznyt historyczny zauważy coś ponadto, co reżyser wprost chciał dać do zrozumienia. Okej, może jak dobiorę następny typ, to będzie bardziej trafiony. Czekają między innymi Aleksander, Trzynasty wojownik i oczywiście Troja. 

piątek, 3 kwietnia 2026

A Good Year / Dobry rok (2006) - Ridley Scott

 

Sympatycznie banalny ale i w swej przewidywalnej prostocie urokliwy romansik od (niewiarygodne) Ridley'a Scotta. Trochę się efekt zestarzał pod względem formy, bowiem nieco tu w kwestii montażu pokombinowano, a kombinacje w rodzaju tych co próby czasu dobrze nie znoszą, oczywiście w uniknięciu powyższego nie pomagają. Jednak jako niezobowiązujące kino przede wszystkim dla oka i serduszka, rodzaj próby stworzenia lekkiego melodramatycznego feel good movie w tak samo francusko-włoskim i wyspiarskim/angielskim stylu z Hugh Grantem bez Hugh Granta, jak najbardziej się nadaje i nie mówię jedynie o okolicznościach czarującej przyrody i architektury, ale o walorach obsadzonej w idealnie dla siebie charakternej rólce Marion Cottilard, jaka wygląda tutaj ZJA-WI-SKO-WO i bardziej ledwo na dwudziestolatkę energiczną niż tak jak było w rzeczywistości kobietę wówczas już trzydziestoletnią. W ogóle casting postawił na aktoreczki z wybitnie podkreślonym figlarnym biustem, co zapewne męską część widowni przez całą projekcję ów walor utrzymał przed ekranem mocniej niż intensywnie wkręcony w rolę Russell Crowe. Crowe niekoniecznie tak błyskotliwie uroczy jak się stara i jakby mógł tutaj znacznie lepiej wypaść delikatniutki, cherubinkowy Hugh. Całkiem fajna mimo to bezpretensjonalna rozrywka, nic ponad to i jeśli mogę zdradzić intymne skojarzenie, to naturalnie dla widoku tych wielkich oczu z woreczkami Marion (tak tak Lalu) przede wszystkim się zdecydowałem. Wszak sam pierdołowaty w tym nowym dla siebie bodaj gatunkowym kontekście Ridley, Russell spoko, lecz nieco w doborze do roli wątpliwy oraz w tle wielce charakterystyczny, bez potrzeby pierwszego planu zajmowania Tom Hollander nie mieliby żadnych szans mnie przed ekranem utrzymać, bez KLUCZOWEJ przyjemności łypania sobie oczkiem od samego dołu do samej góry na CZARUJĄCĄ niewiarygodnie Marion. :)

poniedziałek, 25 listopada 2024

Gladiator II (2024) - Ridley Scott

 

Melduję brak potrzeby pogłębionego rozczulania się nad czy krytykowania większego, motywowanego myślę wyłącznie napełnieniem brzucha producenta sequela ikonicznego Gladiatora. Moja raczej lodowata neutralność nie powodowana jest tak zwyczajową niechęcią w stosunku do samej idei kontynuacji, lecz czymś w rodzaju do takich pomysłów zdroworozsądkowego dystansu, a że nowy Gladiator z pewnością nie wnosi też niczego ani ciekawego wyjątkowo, ani świeżego do wcześniejszego (notabene prócz romantycznej uczty, tylko wizualnie porządnego, aktorsko solidnie przewidywalnego i muzycznie poruszającego stanu), to cóż mi z wystukiwania osobistych przemyśleń, kiedy są one najzwyczajniej bardzo skromne i jak zasugerowałem z emocji głęboki wyzute. Informuję tylko, iż ponownie rzecz między innymi o władzy, honorze, miłości, wyidealizowanych marzeniach politycznych i brutalnej sile w formule w której najwyżej w hierarchii postawione zostało wywołanie wrażenia epickiego i w której można dopatrzyć się jakichś tam walorów, jak i odczuć zażenowanie można. To pierwsze to ogólnie fachowe aktorstwo i to bardziej raczej drugiego planu aktorstwo wybitne („bliźniaki” Quinn i Hechinger), niż pary gwiazd, od której ja akurat bym więcej charyzmy wymagał. Wszyscy pieją natomiast zachwytu nad kreacją Denzela, ale prócz kluczowej jego postaci roli w intrydze, a tym samym sporej przestrzeni do wykorzystania i wywiązania się z obowiązku naprawdę porządnie, to ja przed obliczem przebiegłego Makrynusa, tak jak i przed majestatem Ridley’a Scotta nie padłem – a przecież zdarzało mi się ukłony temu drugiemu ostatnio posyłać. Drugie to pewne uśmiech politowania wywołujące przekonanie, jakie w pierwszych trzydziestu minutach projekcji się we mnie zrodziło i nie opuściło już do końca, iż może miałbym więcej satysfakcji z drugiego Gladiatora, gdyby Scott nie postanowił sam je świadomie sabotować, wypuszczając na arenę Koloseum jebnięte pawiany, wygenerowane tandetnie przez CGI, bo przecież lwy i tygrysy to się już opatrzyły. Aby jednako pozostać w miarę w zgodzie z obiektywizmem, na poczet plusów zaliczę jeszcze w porządku chronologicznym, nostalgiczną, ożywioną animacją, malarską sekwencje napisów początkowych oraz po prawdzie całkiem sprytny scenariusz. No ale to koło ratunkowe jakie teraz rzucam w sumie niepotrzebne, bowiem chyba w box officie się sequel dobrze wybronił.

P.S. Jak ktoś będzie miał ochotę, to może się czepić botoxu Connie Nielsen, ale czy potrzeba być aż tak złośliwym?

niedziela, 10 grudnia 2023

Gladiator (2000) - Ridley Scott

 

Nadarza się idealna okazja by pójść w jego klasykę, kiedy to Ridley Scott pokazał właśnie batalistycznego Napoleona (recenzje wstrząsająco niepochlebne i trzeba z tym żyć) oraz z tego co donoszą media, kręci dalsze losy rzeczonego Gladiatora. Stąd trafiona to pora, aby odświeżyć spektakularne i przede wszystkim heroiczne przygody Maximusa Decimusa Meridiusa i najlepiej zdać z tego doświadczenia relację, choć może wypadałoby aby w innej formule, niż mnóstwo dostępnych – może dajmy na to po trosze żartobliwie o filmie poważnym niczym miny zatroskanych polityków, a może też robiąc rodzaj porównania ze Spartakusem wiadomo kogo i nie do końca jestem przekonany niby akurat dlaczego. ;) Gladiator wyrywa z butów już od pierwszych ujęć, bo takiej sytuacji z pola boju w sensie rozmachu wizualnego i realistycznego odczucia, to tylko w najlepszych produkcjach z zakresu historia-przygoda można szukać i choćby nie wiem jak za czasów największej świetności (lata 50-te) hollywoodzkich widowisk historycznych, a szczególnie eposów rzymskich ojcowie gatunku nie mogli osiągnąć, bo nie ta technika i narzędzia dostępne. Stąd pewnie wizjoner w osobie Kubricka nie poszedłby wprost tą drogą, gdyby był w pełni przygotowany, bo wiemy w jakich okolicznościach objął stery w tej mega produkcji i że to właściwie nie jego, a Kirka Douglasa był film. Nieważne, oglądam teraz przecież Gladiatora, a nie Spartakusa i muszę jasno rzec że Ridley w butach speca od widowiska zamaszystego, to zawsze albo wóz albo przewóz i nawet jeśli bywało że nie sięgał w kwestii ekscytowania widza poziomów ponad zasięgami (Królestwo niebieskie), to tutaj niech mnie gromy że człowiek takiego sięga - oj sięga. Nie zawsze przecież kiedy są pieniądze, jest wizja i nawet jest talent z warsztatem predysponującym do realizacji znakomitej, to są wykrzesane konieczne emocje i ich ładunek idealnie trafia, niczym współczesne terapie celowane we właściwe miejsce - w tych okolicznościach wprost do serduszka. W tym przypadku precyzja jest mistrzowska i seans systematycznych ekscytujących uniesień jest zawsze gdy Polsat w paśmie mega hitu Gladiatora powtórzy, gwarantowany. Stąd myślę bierze się ta legenda nadal niegasnąca Gladiatora i miejsce w historii kinematografii na szczycie, bowiem Gladiator to uczucia wyższe plus non stop miejsce w ramówkach największych telewizyjnych graczy. Tak w kategorii blockbustera, jak filmu jednocześnie szlachetnego, bo oprócz produkcyjnego rozmachu oferuje także niesamowicie wciągającą intrygę ze szczytów władzy, z szarpiącymi powszechnie kręgosłupy moralne uczuciami. Konkretne widowicho o wszystkich tych od tysięcy lat targających cywilizacjami ludzkimi pasjach i namiętnościach. Knowaniach dla władzy, upojenia władzą - najohydniejszą niemal ludzką obsesja i dla sprawiedliwej równowagi najprostszą drogą do klęski. Honor, uczciwość - dobro przeciwko złu! Wielkie dramaty, wzruszenia silne, vendetta, zwycięstwo determinacji i finał jaki zostaje z człowiekiem, bo też muzyka z tła nie pozostaje absolutnie obojętna. Po to myślę wynaleziono kino! Być może z perspektywy upływu lat (jeśli się czepić) to ta w tle architektura, wprost wygenerowana przez ówczesne możliwości przeliczeniowe komputera, lekko nadgryziona zębem czasu, lecz ona nie stanowi o największej fundamentalnej sile Gladiatora. Gladiator zwycięża napięciem i intensywnością kluczowych scen, a tego waloru nie odbiera mu czas.

sobota, 13 maja 2023

Thelma & Louise / Thelma i Louise (1991) - Ridley Scott



Bonnie Parker i Clyde Barrow, Mallory i Mickey Knox, wreszcie Aileen Wuornos i Selby Wall oraz właśnie z kategorii od tego poniekąd się zaczęło, Thelma Dickinson i Louise Sawyer. Tak sobie skojarzyłem te zasadniczo bardzo różne sytuacje, kiedy kino wykorzystało motyw, raz rozbitków, dwa rozbitków kobiet na muszce śledczych i pogoni za nimi. Ten ostatni uznany za mega klasyczny klasyk - Ridley Scott z maksymalnie zajebiście wysokiej półki, choć to też nigdy nie było kino wystrzelonych w przestrzeń kosmiczną ambicji, a tylko kino rozrywkowe ubrane w społecznie istotną problematykę. Stąd stało się hitem kinowym i zaskarbiło też sympatię profesjonalnej krytyki, identyfikowane ze świetnym kinem koneserskim i jak zaznaczyłem na początku tego zdania, nakręcającym wciąż oglądalność w stacjach telewizyjnych, jako mega hit - wszystko to w jednym. Dwie ognistowłose babeczki, jedna totalnie stłamszona przez faceta, druga bardziej wyzwolona, ale też odczuwająca czym jest dominacja męska w życiu płci pięknej. Kobiety w drodze, wyrwane codzienności obydwie, na tzw. gościnnych występach pakujące się w poważne kłopoty, tak w obronie własnej, jak przez puszczające im nerwy. Posługując się cytatem - „reżyser Ridley Scott pokazuje Stany Zjednoczone, niebieskie niebo i zielone równiny, jako kraj obiecujący wolność - ale niestety nie wszystkim”. Świetną muzykę w tło też Scott wkomponowuje, ogólnie kręcąc film w roku 1991, a mam wrażenie, iż wciąż jeszcze posiłkując się urokliwym stylem kina z lat osiemdziesiątych, więc jako klasyczny film drogi znakomicie się broni, jak także doskonale w całkiem rozrywkowej, a na pewno mainstreamowej formule korzysta między wierszami z publicystycznego komentarza do amerykańskich marzeń dostatniego życia w klimacie - mały domek, a na podjeździe ładna gablota, skonfrontowanych z rzeczywistością - Pan domu i Pani domu. Inaczej amerykańska masakra żeńskimi hormonami w wykonaniu dwóch mocnych warsztatowo aktorek i feministyczny manifest kręcony ręką faceta, ale napisany piórem kobiety i nie ma w tym nic dziwnego, bowiem ta współpraca „kółeczka z krzyżykiem” i „kółeczka ze strzałeczką” dała kinu jeden z najmocniejszych obrazów o toksycznej naturze męskiego świata. Nie znać wstyd, nie zostać wkręconym, niezrozumiała reakcja. :)

wtorek, 4 kwietnia 2023

White Squall / Sztorm (1996) - Ridley Scott

 

Jeden z mniej głośnych filmów Ridley’a Scotta. Coby dobrego o nim nie napisać, a na co jako porządna produkcja zasługuje, nie odniósł jeśli dobrze pamiętam jakiegoś gigantycznego sukcesu kasowego, ani nie zdobył wyróżniającego się uznania zawodowej krytyki, pomimo i dlatego, iż to tylko kawał porządnie, lecz nie więcej niż poprawnie (w sensie schematycznie) przygotowanego kina przygodowego osadzonego w tle i kontekście wydarzeń historycznych lat sześćdziesiątych ubiegłego wieku. Zaczyna się lajtowo, ale i intrygująco od młodzieńczej ochoty na przeżycie romantycznej przygody, dalej podąża szlakiem ważnych życiowych banałów i rozwija się w momencie kulminacji wręcz niczym rasowy dramat katastroficzny, by zakończyć jako wzrusz bez pełnego happy endu, gęsto podlanego jankeskim patosem. Życie w sumie podobno jego dramatyczny scenariusz napisało, lecz trudno by przypuszczać, że na potrzeby widowiska fundamentu historii nie podkręcono. Bowiem - tutaj podkreślam stanowczo i być może powtarzam się - nie patrzcie mili moi nigdy na kino fabularne jak na dokument, tym bardziej zeznanie w sądzie z ręką na sercu składane, gdyż nikt nie przysięga w kinie mówić prawdy, całej prawdy i tylko prawdy, a jedynie obiecuje przeżycie emocjonalne i ma obowiązek wykorzystać większość dostępnych metod i narzędzi, które je zagwarantują! Dlatego najczęściej wybaczam świadome działania w kierunku poszukiwania dla filmu języka uniwersalnego, większą grupę widzów przyciągającego, kiedy wszystko warsztatowo się klei i nie ma powodu aby twórcom amatorszczyznę zarzucać, a White Squall, znaczy szkwał biały technicznie został znakomicie zrealizowany i widać że wyzwań w pracy było sporo, bo warunki na morzu trudno nazwać komfortowym studiem. Nawet jeśli naturalnie część zdjęć zrealizowana w warunkach „laboratoryjnych” (widać, ale nie mam z tym problemu), to z rozmachem i mocnym akcentem roli speców od wszelkich zabawek wprawiających scenografię w ruch i całkiem realistycznie wykorzystujących makiety. Podobała mi się poza tym jeszcze popisówka Jeffa Bridgesa i partnerujący mu przystojni młodzieńcy radę dali, choć chyba żaden z nich nie posiadał takiej iskry aktorskiej w sobie, aby tutaj skraść show Bridgesowi, a w przyszłości wybić się w zawodzie. Podsumowując dobre to było lata temu i nieźle się starzeje, także jako autentyczna lekcja życia - męskiego dorastania w grupie rówieśniczej i stawania oko w oko z wyzwaniami, walcząc nie tylko z żywiołem natury, ale i ludzkimi ambicjami oraz namiętnościami.

poniedziałek, 21 lutego 2022

House of Gucci / Dom Gucci (2021) - Ridley Scott

 

Rzadko rozpoczynam seans od czołówki w której ryk lwa projekcję zapowiada. Człowiek się przyzwyczaił do nowych na rynku filmowym potentatów, a klasyczne wytwórnie typu MGM, jeśli chodzi o kino wielkie zepchnął chyba w cień. Nie wiem, nie orientuję się tak dobrze, być może one same w ambitny niebyt popadły? Może pod ich skrzydłami powstają te wszystkie mega hity o superbohaterach, które słusznie Ridley Scott wraz z Martinem Scorsese ostatnio wrzucili do koszyka z produkcjami filmopodobnymi? Dobra, ale nie o tym, nie o tym! :) Domu Gucci to widowiskowa biografia, biografia też nieco rozwlekła, w której formę i treść oprócz autentycznej zasadniczo historii, wciśnięto także mnóstwo charakterystycznych motywów z których klasyczne kino z lat osiemdziesiątych i dziewięćdziesiątych było sławne. Oczywiście widać że ono dzisiaj nakręcone, ale cieszy że szczęśliwie nikt tu nie sili się na ultranowoczesne sztuczki czy pomysły o wątpliwej jakości artystycznej. Dom Gucci jest trochę jak ta hollywodzka zabawa faktami i gatunkami, umowny i figlarny. Momentami łapie świetny rytm, ale przede wszystkim jego potencjał dramatyczny mimo wszystko i poza wszystkimi ale, zostaje wykorzystany i jeśli miałbym oglądać filmy trwające prawie trzy godziny, to życzyłbym sobie aby były to obrazy chociażby tak minimalnie otrzymujące uwagę. Także ten szlif którym swoje liczne opowieści przyozdabiali właśnie Scorsese i starszy z braci Scott jest wyczuwalny i nawet gdy nie robi już takiego wrażenia jak niegdyś, to wciąż ma urok i czar, więc mnie kręci. Ma też Dom mankamenty i najbardziej boli że nuta kuleje, a precyzyjnie ujmując z montażem (napiszę delikatnie) naturalnie nie koresponduje, robiąc wrażenie na chybcika w post produkcji wciskanej, ale że premiera kinowa już chwilę wcześniej się odbyła, stąd wszyscy krytycy zdążyli je w swoich wybitnych recenzjach wymienić, a większość z nich nie omieszkała nawet podkreślić tłustym drukiem, jaka to gigantyczna porażka. Ja doszukałem się więcej pozytywów i w ogólnym rozrachunku jak na wstępie widać jestem względnie kontent, bo Lady Gaga dała popis, zaś dla równowagi jak zwykle drewniany ale tym razem pasujący do roli, bo niewyraźny, chwilami karykaturalny - cały on i mam nadzieję cały też wówczas Maurizio Gucci. Ponadto wyciska wszystkie soki z roli brzuchaty Al Pacino, nie mówiąc już o fenomenalnym w tej charakteryzacji, kompletnie nierozpoznawany Jared Leto. Jednak numer jeden to bezdyskusyjnie właśnie Pani Lady i w jej wykonaniu pięknie Patrizia Reggiani dąży do celu, manipuluje subtelnie ale niezwykle skutecznie i prawie nikt nie widzi (Jeremy Irons też klasa) jaka chytra suka w niej drzemie. I to mi się bardzo pod względem sztuki aktorskiej podoba, jak opętana przez żądze pieniądza i w łapskach "tarotowej" wiedźmy zmienia się w piranię skubiącą ofiary,  do momentu przesilenia i zwrotu akcji. Pierwszego zwrotu, ale nie ostatniego. Chłopcy z rodziny Gucci przez chwilę mogą się tylko od niej uczyć, jak się konsekwentnie z tronu władców imperium wysadza i przez chwilę niestety ze zdobytego przyczółku, z boczku kontroluje. Tą przemianę Lady świetnie zagrała i to ona jest w centrum zainteresowania widza nie tylko ze względu na fakt, iż tak w scenariuszu zdecydowano, tylko że jej kreacja tą uwagę zaskarbia. Intryga możne nie gęstnieje jakoś wybitnie, lecz posiada ten posmak który nakręca tempo, mimo że rytm jest dość monotonny i Ridley Scott nie popisuje się specjalne fajerwerkami tylko metodycznie prowadzi narrację do dramatycznego finału, powiązanego z zapowiadaną na starcie klątwą rodzinną. Postuluje zatem nie histeryzować, używając określeń "kabaret z ludźmi udającymi Włochów", bo nawet jeśli w kręcony chyba równolegle do-sko-na-ły Ostatni pojedynek sercem Ridley Scott był zaangażowany, bowiem nie jest tak źle jak mogło być, a jest tylko dobrze. I dobrze - nie wszystko musi być złotem. ;)

P.S. jeszcze tylko dwa słowa - Tom Ford. I kumaci kinomani trybią natychmiast!

wtorek, 7 grudnia 2021

The Last Duel / Ostatni pojedynek (2021) - Ridley Scott

 


Na wstępie zaznaczę, iż ogromnie oczy moje się radują, widząc tak wyborną realizację lokacyjno-scenograficzną i z tego miejsca swój od lat niezachwiany szacunek dla fachowego oka Ridley’a Scotta wyrażam. Bywały tymczasem w wieloletniej historii pracy nestora reżyserii przypadki, że za wyśmienitą stroną wizualną, nie do końca ekscytująco prowadzona historia stała i być może za dużo niewątpliwy mistrz władania filmowym orężem w swojej karierze prób praktycznych raczył podejmować. Na szczęście nie przydarzały się klęski totalne - obrazy, które radykalnie na moment jego status reżyserski obniżały. W tym roku także obfitością mnie obdarowuje, bowiem dziś Ostatni pojedynek mam przyjemność poddać rozważnej ocenie, a za czas już niedługi Dom Guccich poddam mniej lub bardziej wnikliwej analizie. Jak ten drugi z wymienionych się udał - już jakieś niepokojące sygnały do mnie dotarły. Jednako rzecz oczywista, dopiero gdy sam będę miał sposobność z tematem się zapoznać, to absolutnie we własnym sumieniu prawdę subiektywną przepracuję i nie omieszkam podzielić się jej wynikami. Jak natomiast wyszedł epos rycerski, już teraz wartko donoszę. Wyszło zacnie, w szczególe zarówno odnoszącym się do wizualnego efektu, jak i najbardziej do historii bogatej w niuanse i subtelności oraz w stosunku do przyjętej konwencji tejże historii widzowi przekazania i objaśniania. Historia jest zajmująca i ze względu na mnogość detali pomiędzy wierszami i nazbyt śpieszne, krótkimi scenami w powtarzalnym rytmie prześlizgiwanie się przez rozbudowaną fabułę, wciąż pomimo to przejrzysta i z racji z trzech perspektyw narracji, nie wymagająca dopisywania faktów z marginesu wyczytywanych. Nie jest także aż tak niemożebnie dokuczliwe, to bardzo wartkimi ujęciami widza karmienie i nawet ekspozycja, bez obecności myślę mimo wszystko dla dobra estetycznego koniecznych dłuższych fragmentów (przyjęta formuła perspektywy spojrzenia i śledzenia nie zdołała tego zapewnić), nie odbierała ochoty na obserwację męskiej rywalizacji o zaszczyty, honor, władzę i fundamentalną w scenariuszu kwestię męskiej dominacji nad kobiecymi walorami. Pomiędzy dwoma druhami konfrontacji i kulminacyjnego brutalnego znieważenia białogłowy, które doprowadzi finalnie do efektownego pojedynku na ubitej ziemi. Skupionym bowiem raczy być Scott nie na tanim kuglarstwie, a na solidnym rzemiośle, które zręcznie praktykowane, także szlachetny efekt potrafi osiągnąć i emocji wzniosłego przeżywania nie szczędzić.

P.S. A inaczej, a wprost - bez wydziwiania. :) Ogromne przeżycie - wzruszenie i poruszenie szczególne, kiedy opowieść systematycznie nabiera rumieńców. Wielki film, godny porównań z największymi dziełami gatunku. Sceny brutalnych walk bitewnych to bardzo sugestywne doznania, kiedy szczęk żelaza, gruchot łamanych kości i rozbryzgi krwi na ekranie dominują. Finałowy pojedynek spostrzegam natomiast, jako wręcz operatorski i montażowy majstersztyk. Zapierający dech pokaz kunsztu na wielu płaszczyznach filmowej sztuki. To technicznie, a merytorycznie? Role społeczne jako konstrukty czasu i okoliczności - powiązane z poziomem wiedzy oraz potrzebą pielęgnowania poczucia władzy i dominacji. Krytyka ekstremalnego patriarchatu i kobiety jako milczące ofiary, bądź ofiary stanowczego forsowania prawdy. Bardzo inspirujący temat, można by napisać że też współcześnie zaskakująco aktualny. Jednak na czoło wysuwa się jeszcze inny wniosek. Wniosek którego bym się z jednej strony nie spodziewał, a z drugiej jest on logicznie wytłumaczalny. Stwierdzam (uwaga!), iż Ben Affleck trafnie obsadzony, potrafi sobie na pochwały zasłużyć. Chociaż nie na taką lawinę komplementów jak pięknowłosa Jodie Comer!

sobota, 3 lipca 2021

1492: Conquest of Paradise / 1492: Wyprawa do raju (1992) - Ridley Scott

 


Na otwarcie seansu scena niewiarygodnego okrucieństwa i symboliczne zakreślenie tła kontekstowego, szerokich okoliczności w jakich Kolumb musiał przekonać twardogłowych kościelnych dygnitarzy i będących pod ich wpływem ówczesnych władców oraz możnych do pomysłu kosztownej wyprawy eksploracyjnej. Hierarchowie oczywiście byli niereformowalni - tezy o rozwijaniu wiedzy praktycznej do nich nie przemawiały. Przemówić mogły jedynie argumenty wielkości i bogactwa, jakie mogła ona przynieść oraz podstęp, szczwany plan realizujący ich interesy. Z Kolumba Krzysztofa jednak uparty był człowiek, który łączył niezależny umysł z ogromną pasją i determinacją oraz był biegły w przebiegłym targowaniu się, co z kolei było wypadkową pewności siebie graniczącej wręcz z arogancją. W tej roli obsadzono mega charakterystycznego Gérarda Depardieu - już wówczas bardzo dalekiego od dobrej formy fizycznej (znaczy zapasionego), ale oprócz cieszącego się uznaniem w branży, także wciąż całkiem sprawnego warsztatowo i tym samym niedoprowadzającego na szczęście przedsięwzięcia do spektakularnego fiaska. Ryzyko dla Ridley'a Scotta jednak istniało (krytyka gatunku ogólnie nie rozpieszcza, publiczność kinowa bywa w temacie podzielona), bowiem filmy historyczne, innymi słowy epickie produkcje kostiumowe mają ten feler, że trudno w ich realizacji o oryginalność formy, bo wszystko tu musi się zgadzać nie tylko względem znanej prawdy historycznej, ale skupić znakomicie na odtworzeniu jak najbardziej realnie ówczesnej rzeczywistości. Nie ma zatem miejsca na brawurowe kombinacje, a narracja musi być przejrzysta i jak za rączkę prowadzić widza przez historyczne zawiłości polityczno-społeczne, z uwzględnieniem oczywiście mentalności z epoki. Taki też okazał się ten obraz (jeden z wielu filmów) Ridley'a Scotta. Obraz koncentrujący się na czytelności przekazu, odwołujący koniecznie do elementarnej wiedzy jaką widz posiada, a jeśli nie posiada to będzie zwyczajnie mógł w pozorny tylko sposób czerpać z seansu. Będzie wówczas tylko zwracał uwagę na to, co fasada ukazuje, a pod nią bynajmniej nie będzie w stanie zajrzeć. Zachwyci się być może (jeśli w miarę wrażliwy) cechami wizualnymi, porwie go pełna patosu oprawa muzyczna Vangelisa (ona akurat po premierze największa furorę zrobiła), ale nie będzie się zastanawiał, co z czego wynika i dlaczego wydarzenia przybrały taki obrót jaki przybrały. Bowiem produkcje o charakterze biograficzno-historycznym, a w szczególności te które sięgają głęboko w przeszłość, są hermetyczne i mają fundamentalne ograniczenia, a bez względu ile się wpompuje w nie milionów zielonych banknotów, to powyżej schematycznej odtwórczości się nie podskoczy. Kostiumowe przygody mogą jedynie zachwycać jako fenomenalne rzemieślnicze prace i może jeszcze ekscytować egzotyką wraz z rozmachem. Jeśli komuś w kinie to wystarcza to będzie kontent. Jeśli lubi natomiast doświadczać świeżego spojrzenia, być zaskakiwany i nawet gubić się w pomysłach podpowiadanych przez wyobraźnię twórców, to może się nudzić bądź nawet męczyć podczas projekcji. Najlepiej jednak jeśli widz jest świadomy cech charakterystycznych gatunku i estetyki, gdyż wtedy będzie przygotowany i nie będzie oczekiwał twistowego odbicia od klasycznej formuły. Ja przynajmniej do tego rodzaju prawideł staram się zawsze zaadaptować, kiedy taka estetyka na ekran mi wjeżdża. Dostosowywać wymagania i nie żądać więcej niż jest mi w stanie twórca zaoferować. Także „ten tego” Conquest of Paradise jako świetne rzemieślnicze kino szanuje, choć wolę bardziej te stylistyki, które znacznie więcej swobody reżyserowi i scenarzyście oferują. Wreszcie mimo że Ridley Scott kilku wpadek w karierze nie uniknął, to jako jeden z reżyserów którzy w różnych gatunkach filmowych sukces odnosili, poszczycić się może niepodważalnym wyczynem jakim fakt, iż kino kostiumowe częściej li tylko zazwyczaj solidnie mu wychodziło. Ten nieprzesadnie udramatyzowany fresk historyczny jest chyba głównym tej tezy potwierdzeniem.

P.S. W powyższym tekście nie znalazło się słowo krytyki odnośnie cywilizacyjnej odpowiedzialności i moralnych konsekwencji eksploracji nowego lądu. Gdybym bowiem o tym napisał, to nomen omen nie odkryłbym przecież Ameryki. :)

poniedziałek, 26 kwietnia 2021

Prometheus / Prometeusz (2012) - Ridley Scott

 

Technicznie i wizualnie wysoka klasa, nie uznam jednak że lepiej wtedy było niż w przypadku Covenant wyszło - poziom to porównywalny. Tym bardziej z żadnym większym ciśnieniem czy zaskoczeniem - w dodatku nowa seria jednak bez tej magii i w odbiorze młodzieńczej ekscytacji, jaka ikonicznej pierwszej odsłonie czterech epizodów Obcego towarzyszyła. Pomysł, inspiracja i intencje ciekawe, ale gdzieś po drodze zagubił się właściwy sens i chyba jednak zbytnie filozofowanie, zobrazowane płytką, w znaczeniu przewidywalnie schematyczną narracją sprowadziły kultowy świat do poziomu wyłącznie nabijacza kabzy producentom i miziania megalomańskiej ambicji Ridley’a Scotta. Można oczywiście wypełnić ten szmat czasu pomiędzy czasem akcji Prometeusza i Ósmego pasażera Nostromo jeszcze wieloma próbami zagospodarowywania otwartego pola, ale chyba już casus kolejnej z 2017-ego roku części dał do zrozumienia że konwencja to się wyczerpała. W moim przekonaniu można było zrobić to zdecydowanie oryginalniej i efektywniej połączyć paranaukowo-filozoficzną "genealogię" z rozbudowanym kinem akcji. Jest jednak jak jest, wyszło według przyjętej koncepcji całkiem poprawnie/przyzwoicie. Szkoda jednako że szablonowo, więc nie ma się czym podniecać, a można jedynie spędzić rozrywkowo czas przed telewizorem, kiedy akurat nic bardziej zajmującego nadawcy nie proponują. Tak ja przynajmniej swego czasu uczyniłem. :)

wtorek, 16 marca 2021

Black Rain / Czarny deszcz (1989) - Ridley Scott

 

Klasyka według Ridley’a Scotta, ale też  pełną gębą kultowy dramat sensacyjny, w gatunku w którym w latach osiemdziesiątych powstało masę produkcji i w pamięci mojego pokolenia na zawsze nie tylko przez wzgląd na sentyment pozostaną. Oglądane najczęściej już po przełomie politycznym roku 89-ego działały na smarkatą wyobraźnię znacznie pewnie mocniej, niż wszystkie te współczesne akcyjniaki na młodzież dzisiejszą. Traf jednak chciał ze Czarny deszcz tak się dobrze przez lata w filmografii starszego z braci Scott zakamuflował, że jedynie fragmentarycznie w moim życiu się pojawiał, a jeśli kiedyś seans w całości odbyłem, to chyba zwyczajnie (choć to chyba mało prawdopodobne) o tym zapomniałem. Nie rozumiem jednak jak to możliwe, bowiem film to w estetyce detektywistycznej wzorcowo nakręcony, lecz także kapitalnie łączący rozrywkowo potraktowaną akcję, ze świetnie skrojoną intrygą. Co by też o schematach gatunkowych krytycznie nie napisać, to trudno o złapanie oddechu, bowiem akcja jest soczysta i napięcie ustawiczne prym wiedzie. W dodatku dobrze wykorzystano potencjał kulturowych różnic pomiędzy jankeską brawurą (zachodnim relatywizmem), a azjatycką dyscypliną (japońskim honorem), przez co film jest ciekawy również przez pryzmat, pisząc w tonie naukowym, socjologiczny. :) W dodatku klimat jest tak znakomicie nakreślony i mrokiem gęstym po korek nabity, że mimo iż osadzony w teraźniejszości dzięki egzotycznym azjatyckim lokacjom niemal tak futurystyczny jak w innym, kilka lat starszym i jeszcze głośniejszym dziele Ridley’a Scotta. Obsada cała poza tym świetna i ma się rozumieć jak zwykle Michael Douglas ekstra. I tylko ten minus  nie związany z merytorycznym na Black Rain spojrzeniem, a wyłącznie z osobistą nostalgiczną potrzebą na koniec muszę podkreślić, że takie filmy kręcono wyłącznie kiedyś. Dzisiaj straszna w tym segmencie dobrych, bo z serduchem kręconych sensacyjnych obrazów posucha. 

czwartek, 1 lutego 2018

All the Money in the World / Wszystkie pieniądze świata (2017) - Ridley Scott




Lubię sytuacje, kiedy markowy reżyser zabiera się za stylistykę, w której na efekt finalny doświadczenie zawodowe, znajomości w branży i wreszcie pokaźny zasób środków finansowych mają wpływ zasadniczy. Fakt pierwszy, kasa to nie wszystko, ale bez kasy nie ma rozmachu. Fakt drugi, nazwiska podobno nie grają, ale bez nazwisk nie ma magnesu na plakatach i nie ma inwestora z kasą. Fakt trzeci, reżyser znany gwarancji nie daje, że bilans kosztów i przychodów będzie na plus, ale bez ogarniętego w temacie fachowca, drużyna może nie być drużyną i kasa w błoto zostanie lekkomyślnie wyrzucona. Zatem wniosek kluczowy z tej błyskotliwej analizy jeden - pieniądze to jednak wszystko, bo bez pieniędzy to nie ma szans na komercyjny sukces. A taki zdaje się w założeniach Ridley’a Scotta zasadniczą motywacją przy produkcji All the Money in the World. To czuć od początku seansu, pełna profeska, wszystko od strony technicznej dopięte na ostatni guziczek, a najbardziej zachwycający obraz przez naszego rodaka uwieczniony i cała doskonała robota wykonana przez speców od strony wizualnej. Ten klimat ówczesnej Italii urzeka - designersko miodzio, klasyczne pojazdy, przedmioty, ubranka z epoki, lecz przede wszystkim ujęcia uliczek Rzymu, czy też zaułków prowincjonalnego miasteczka, jak i przyrody spalonej słońcem Kalabrii. Ale też charakterystyczne angielskie cechy architektoniczne posiadłości “Ebenezera Scrooge’a” dają sporo przyjemności estetycznej, a dodatkowo ich ogrom przytłaczając, dostarcza też między wierszami odczuwalną pustkę człowieka zatraconego w bezmiernym bogactwie. Człowieka, który o zgrozo posiadając “wszystkie pieniądze świata” żałuje drobnych siedemnastu, siedmiu i ostatecznie czterech milionów zielonych na okup za wnuka, którego podobno kocha ale jednak nie tak bardzo jak świętą panienkę z dzieciątkiem pędzla uznanego mistrza. Nominacja oscarowa dla Plummera uzasadniona, tak jak powinna być także dla Michelle Williams, a jej o zgrozo nie ma. Ona bowiem, co zabrzmi może odrobinę zbyt odważnie (ale, co mi tam) strzeliła taką ekspresyjną kreację, że nawet ta ostatnio uznana za fenomenalną z Manchester by the Sea zostaje w tyle. Świetna aktorka i urodziwa kobitka, w tym akurat dla mnie idealnie pasującym typie. Zatem moja słabość do niej ogromna i przez ten pierwiastek męski w spojrzeniu na jej walory uzasadniona. :) Na koniec dodam jeszcze, że miałem przed sensem obawy. One wprost związane z faktem uskuteczniania żałosnych szopek wokół obsady, z przyczyn poprawności politycznej zmienianej, ale i dosyć chłodnego przyjęcia filmu przez zawodową krytykę, także przez ambitnych ponad stan amatorskich pismaków z sieci. Wylewali oni łzy zawodu lub zwyczajnie czuli potrzebę po dziadku Ridley’u z rozpędu sobie pojeździć, bo co akurat prawdą, nie miał dziadzia ostatnio dobrej passy. Co do pierwszej obawy, nie ma o czym gadać, szkoda sobie pióro ponownie tępić, natomiast w kwestii drugiej, krótko i dosadnie napiszę, że mnie się podobało i nie będę się czepiał, bo niby za co? Za to, że historia oparta na autentycznych wydarzeniach została podrasowana, by bardziej widza kręcić? Może mam skarcić dziadziusia, że nie ma w nim ambicji przekraczania granic, zaskakiwania i zrobił nie dzieło, tylko wykonał wraz ze współpracownikami kapitalną rzemieślniczą robotę? Życzyłbym sobie by ci intelektualni stymulatorzy słowem pisanym, jadem tryskający podczas szczytowania przed monitorem, mając do dyspozycji taką gigantyczna machinę produkcyjną, nakręcili surową etiudę pełną pulsującego między wierszami niepokoju moralnego. Dla satysfakcji artystycznej wyłącznie, nie dla tych śmierdzących pieniędzy. 

czwartek, 3 sierpnia 2017

Alien: Covenant / Obcy: Przymierze (2017) - Ridley Scott




W końcu się zdecydowałem na starcie z Xenomorphem, w najnowszej odsłonie kontynuacji Obcego. Poczytałem wcześniej nieco opinii, obserwowałem z dystansu narastające napięcie przed premierą i oczekiwania bardzo wysokie, szczególnie iż Prometeusz nie był chyba do końca tym czego fani mrocznej sagi sobie życzyli. Cóż, mam akurat to szczęście, że tego rodzaju kino za młodzieńca fascynowało mnie znacznie bardziej niż obecnie i absolutnie do grona jego zafiksowanych miłośników dzisiaj nie należę. Przyznaję że sentyment do pierwszych produkcji u mnie spory, ale już od lat z obawy nie wracałem do jakiejkolwiek z części Obcego, by obrazu we wspomnieniach ukształtowanego nie zburzyć. Stąd gdy tylko Alien w tv gości nie zasiadam przed ekranem i nie dokarmiam szczeniackich fascynacji, sprawdzając jedynie bez napinki, zawsze z lekkim opóźnieniem, gdy szum ucichnie, bieżące produkcje. Jak widać zanim Przymierze obejrzałem wielkich oczekiwań nie miałem, przygotowałem się na odskocznie od ciężkich gatunkowo i emocjonalnie produkcji, które w wieku średnim robią na mnie największe wrażenie - łapiąc za gardło i wzbudzając poruszenie. Takie nastawienie okazało się odpowiednie, gdyż dwie godziny seansu podczas, którego Ridley Scott postanowił pozszywać ambitne wątki kreacjonizmu z niewyszukaną strzelanką absolutnie mnie nie przekonały. Zbyt często szwy w najbardziej krytycznych momentach puszczają i zamiast precyzyjnego ściegu ostają się tylko dobrze skrojone elementy (bo zdjęcia są dobre, muzyka też całkiem i Fassbender kapitalny), lecz bez trwałego połączenia i wreszcie cechy konstytutywnej, czyli klaustrofobicznego klimatu. Żeby nie przeciągać, bo nie ma się za bardzo nad czym rozwodzić, najbardziej kluczowym jest jednak fakt, iż najbardziej przerażający i fascynujący stwór w historii kina w prezentowanym tutaj ujęciu bardziej śmieszy niż straszy, bo zamiast wyłaniać się z mroku otoczony atmosferą tajemnicy, on niczym celebryta w blasku światła paraduje. Tym samym odarty z najistotniejszego waloru staje się groteskowym przykładem przemiany w karykaturę samego siebie. Proszę jednak uznać powyższą krytykę jako głos człowieka, którego samo przekonanie do idei ustawicznego przerobu najznakomitszych przykładów popkultury na maszynki do zarabiania kasy uznać można za misję niewykonalną. Rozumiecie - nastawienie! ;)

wtorek, 18 lipca 2017

Blade Runner / Łowca androidów (1982) - Ridley Scott




Denis Villeneuve kończy właśnie produkcje nowej odsłony Blade Runnera, zatem zanim ona w kinach zaistnieje i koniunkturę na nowo dla tytułu nakręci, to najwyższy czas, aby jeszcze w umiarkowanej ciszy, bez zbędnego szału zarchiwizować refleksje związane z oryginałem sprzed 35 laty. Z gigantycznym przymrużeniem oka zadam pytanie (gdyż świadom jestem na podstawie jakiej powieści ta ekranizacja) kto Scotta wizualnie inspirował, bowiem mnie tego rodzaju wizja fantastyki kojarzy się z komiksami z serii Yans autorstwa André-Paula Duchâteau i  Grzegorza Rosińskiego, ewentualnie popularną w czasach mojego dzieciństwa edukacyjną kreskówką Był sobie kosmos. :) Ta cała wizualizacja wyobrażeń jak świat może się prezentować w XXI wieku i z jakimi problemami ludzkość będzie się zmagała. Wyobraźnia wówczas podpowiadała, że komunikacja powietrzna w ogromnych aglomeracjach będzie codziennością, a pojazdy o skomplikowanym napędzie równie dobrze będą sobie radzić w gęstwinie zabudowań jak i podczas majestatycznych lotów pomiędzy futurystycznymi budowlami przypominającymi stacje kosmiczne. Wszędzie wokół dominować będą migocące pełną paletą barw neony, a ludzie i stworzeni na ich podobieństwo replikanci przemykać po zatłoczonych ulicach w bezustannie padających strugach kwaśnego deszczu. Sztuczna inteligencja przez człowieka skonstruowana wytworzy własną tożsamość i zwróci się przeciwko swoim stwórcom, a z konieczności do wyszukiwania potencjalnego zagrożenia wysłani zostaną wyspecjalizowani łowcy. :) Blade Runner jednak to nie tylko typowa ilustracja przyszłości pochodząca z lat osiemdziesiątych, bo prócz klasycznej wizji konfrontacji pomiędzy ludzkością, a światem organicznych maszyn masa tutaj symbolicznych odniesień zarówno do religijnej mitologii, jak i głęboko uduchowionej filozofii oraz mrugnięcia okiem w stronę klasyki kinowego romansidła w estetyce filmu noire. Nie można nie dostrzec, iż wątek miłosny to żywcem wyjęty przede wszystkim z przedwojennej amerykańskiej powieściowej formuły tzw. romans "zakazany", umieszczony bardzo sprawnie akurat w supernowoczesnych okolicznościach. To także mroczny dreszczowiec, bogaty w atmosferę niepokoju i tajemnicy podkreślanej znakomitą złożoną ścieżką dźwiękową autorstwa Vangelisa. Obraz, który zasłużenie przez lata obrósł kultem i pomimo zaawansowania wiekowego i w tym gatunku galopujących możliwości technicznych także z łatwością dzisiaj robi kapitalne wrażenie porywającą realizacją i nie raz w starciu wypada bardziej naturalnie niż te wszystkie współczesne produkcje przeładowane bez smaku szołmeńską grafiką komputerową. Jest co godne najwyższego uznania, jako hybryda gatunków spójny i intrygujący, niczym dobry trunek skomponowany z dbałością o detale i dotknięty pasją kreacji rzeczy wyjątkowych. Moje uznanie!

poniedziałek, 13 lutego 2017

The Martian / Marsjanin (2015) - Ridley Scott




Stało się! Choć jeszcze chwilę wcześniej absolutnie stać się nie miało! Naturalnie niezachęcony krytycznymi bądź umiarkowanymi recenzjami, świadomie zrezygnowałem z seansu kinowego, potem z rozpędu, a może za sprawą konsekwencji, także z premiery DVD. Przyszedł jednak ten dzień, kiedy po pracy i obiedzie usiadłem przed telewizorem i przerzucając kanały trafiłem idealnie w punkt, kiedy na C+ Marsjanin się zaczynał. Odebrałem ten fakt jako glos przeznaczenia i poświęciłem dwie godziny na obserwację poczynań skrzyżowania współczesnego Robinsona Crusoe z ejtisowym MacGyverem, z domieszką w dodatku współczesnego telewizyjnego celebryty. W nieprzyjaznych środowiskowych warunkach Marsa pan botanik tworzy sobie pole do uprawy i walcząc z kapryśnym sprzętem próbuje przetrwać do chwili, gdy NASA przyśle misję ratunkową. Przyznaje że nie mając zbyt wielkiego naukowego pojęcia o fizyce, astronautyce czy botanice nie powinienem i nie będę polemizował z możliwymi czy niemożliwymi osiągnięciami bohatera. Skupię się tylko na własnościach kinowych i stwierdzam, że pomimo iż to żadne wielkie dzieło, to obiektywnie zrobione tak by nie nudzić i pozwolić w miarę ciekawie spędzić czas przed ekranem – subiektywnie nie do końca, bo systematyczne kilkuminutowe odjazdy w objęcia Hypnosa zaliczyłem. Ridley Scott gwarantuje niemal zawsze wysoki poziom i tutaj poniżej przyzwoitości, z tego czego nie przespałem wynika, że nie zszedł. Ale ja od takich tuzów więcej oczekuje, przynajmniej bym nie przysypiał i w miarę zadowolony po pokonaniu senności będąc, na coś więcej niźli rzemieślniczą poprawność liczyłem. Tym bardziej, iż podobno podstawa literacka dla scenariusza sporo emocji gwarantowała - tak przynajmniej donoszą ci, co znaleźli czas na jej lekturę.

P.S. Ja tu gadu gadu, coś tam o tym i trochę o tamtym, a i tak największą gwiazdą Marsjanina jest taśma na hełmie skafandra. Każdy fachowiec wie przecie, że bez takiej taśmy, która wszystko sklei to ani rusz. :)

czwartek, 8 września 2016

American Gangster (2007) - Ridley Scott




Kariera gangstera, od szofera do szefa szefów. W tej profesji droga na szczyt usłana trupami być musi, bo bezwzględność respekt wzbudza, a kiedy prócz niej elitarny kryminalista jeszcze inteligencję na poziomie bardzo wysokim posiada to sukces murowany. Wyciąga wtedy naukę z każdej sytuacji, wnioski trafne w kolejne działania przekuwa, spryt i przytomność umysłu z rozmachem łączy, bo widowiskowo być musi, by legenda szła w środowisko. Klasyczna to i skuteczna próba zbudowania mafijnej opowieści według sprawdzonego szablonu. Przygotowana z pasją i tylko odrobinką rutyny, bo nic tu nie zaskakuje, a jednak trzyma przed ekranem i do końca daje takie emocje jakich fan gatunku oczekuje. Warsztatowo bez zarzutu, gdyż Ridley Scott z nie jednego pieca hollywoodzki chleb wyjadał i doskonale daje radę w niemal każdej konwencji - taki z niego uniwersalny reżyserski skurczybyk. :) Główne postaci, chociaż kreowane przez aktorów, którzy dla znawców kinematografii niemal synonimami drewna, ewentualnie aktorami jednej twarzy, mimiki, gestu to akurat tutaj obsadzeni celnie. Washington gangster, Crowe policjant, a i jeszcze Josh Brolin na poły jedno i drugie -  gęby ich pasują, potrafią się idealnie wkomponować w obraz twardych gości. Plusem oczywiście klimat czasów w których akcja się rozgrywa, lata siedemdziesiąte w kinowym wydaniu to dla mnie ambrozja i co ciekawe szczególnie upodobałem sobie te obrazy, które względnie współcześnie nagrane, a odwołujące się do tej epoki. Mam słabość i tyle, szczególnie gdy sporo standardów muzycznych w tle się pojawia, muskularne gabloty lśnią, a ich V8-ki ryczą, no i ponętne babki naturalnymi, nie plastikowymi jeszcze walorami urzekają. W takich okolicznościach polowanie na grubą rybę się toczy, kto myśliwym, kto ofiarą trudno jednoznacznie orzec. Psychologia postaci do przemyśleń daje materiał i adrenalina wtłaczana do organizmu energetycznie pobudza to ja zawsze jestem na tak! Kapitalny rzemieślnik jakim Ridley Scott nie dorównał artystom pokroju Martina Scorsese, Francisa Forda Coppoli czy Briana de Palmy, ale też dystansu do nich zbyt wielkiego nie stracił. Z miejsca gdzie American Gangster ustawiony widać doskonale Goodfellas, The Godfather czy Scarface. 

wtorek, 10 listopada 2015

Black Hawk Down / Helikopter w ogniu (2001) - Ridley Scott




To nadal, mimo iż niemal piętnaście lat od premiery minęło, najbardziej spektakularny obraz wojenny w historii kina. Pisząc spektakularny mam na myśli widowiskowość uzyskaną dzięki operatorskiej wirtuozerii i dynamicznemu montażowi. Kamera jest wszędzie, obraz dociera z niemal każdej dostępnej perspektywy by dostarczyć najmocniej, najbardziej precyzyjnie i ponad wszelka miarę namacalnego autentyzmu pola walki. Walka z całym miastem, gdzie zza każdego rogu, budynku czy dziury tubylcy wyłażą i siekają z automatów, wyrzutni - bez skrupułów, bezmyślnie w kompletnym chaosie. Padają pod ostrzałem w ilościach niewiarygodnych, a i tak multiplikując się powracają w przytłaczających ilościach niczym jakieś kierowane rządzą mięcha zombie. Rozpierducha jest konkretna, a ogarnięcie jej przez zespół operatora to bezdyskusyjne mistrzostwo. Jeśli chodzi o warsztat Sławomir Idziak wzniósł się na poziom niebotyczny, połączył możliwości techniczne jakie dawał pokaźny budżet, z własnym wizjonerstwem i pomysłowością. To niepodważalny walor tej produkcji i poniekąd jednocześnie też jej minus, bo gdzieś pod tym pełnym realizmu miejsca i sytuacji operatorskim efekciarstwem, pod tą serią wybuchów, tym świstem kul zewsząd, tonami gruzu, złomu i rozbryzgującą się krwią z porwanych tętnic ginie przekaz odrobinę. Bez względu na amerykańską żonglerkę patosem niezwykle istotny i nie do końca tak bezkrytycznie pochwalny wobec amerykańskiego interwencjonizmu. Przesłanie przez pryzmat polityki odczytane zdaje się w miarę jasne - istnieją takie narody, które gardzą zachodnią demokracją, szczególnie kiedy ona (co tu się oszukiwać) przemocą narzucana arogancją im śmierdzi. Bez zwycięstwa nie ma mowy o pokoju, taki jest ich cały świat, w nim kompromis nie funkcjonuje, a ludzkie życie żadną przeszkodą by władze przejmować. W takim świecie nie ma miejsca dla cywilizowanych zasad, liczy się argument siły nie siła argumentu. Zachodnia demokracja w takich warunkach wyłącznie bronią zaprowadzana sama staje się skarłowaciałym odpowiednikiem tej z rozwiniętej Ameryki czy Europy. Nie sposób uniknąć ofiar przypadkowych, nie ma szans by w ferworze walki kolejnej fali niechęci wobec takich działań zapobiec. Giną mieszkańcy, śmierć ponoszą żołnierze - wstrząsający obraz bezsensownej przemocy prym wiedzie i szans brak na przerwanie tej spirali. Perspektywa dla bezpośrednio zaangażowanych w konflikt jest skrajnie odmienna i na dwóch przeciwstawnych biegunach usytuowana. To uzasadnione i usprawiedliwione, że ponad barykadę nie są w stanie się wznieść. Szczęściarzem ten kto z boku przygląda się tej zawierusze. On widzi więcej, a jego spostrzeganie pozbawione stronniczości do wyważonych wniosków może prowadzić. Niezależnie od tego jak bardzo może nie podobać się wtykanie wszędzie łap przez Amerykę trzeba uczciwie przyznać, że to nie pociągający za sznurki życiem ryzykują, to walczą zwykli ludzie dla których przyjaciel droższy własnego życia. Przecież prawdziwe przyjaźnie rodzą się w sytuacjach ekstremalnych - są najtrwalsze, gdy ich fundamentem pierwotne instynkty, nie racjonalne wybory. O tym moim zadaniem jest przede wszystkim obraz Ridley'a Scotta, a popis sprawności Idziaka i ekipy to tylko instrument do jego osiągnięcia, który swą błyskotliwością odrobinę uwagę od sedna odciągnął. 

niedziela, 21 września 2014

Body of Lies / W sieci kłamstw (2008) - Ridley Scott




Staram się zrozumieć co jest powodem, że starszy z braci Scott raz takim majstersztykiem powali jak Gladiator, American Gangster czy żeby wprost do żelaznej klasyki przejść Blade Runner, by równie często zdopingować do bezlitosnej krytyki za sprawą Prometeusza czy G.I. Jane. Zagadka, może ktoś mądrzejszy mi wytłumaczy! Mieć taki kapitalny warsztat plus całą hollywoodzka machinę produkcyjną na zawołanie i od czasu do czasu takimi klocami zasmrodzić sobie reputację. Rzecz niezrozumiała! Jak okoliczności pozwolą to kiedyś jeszcze imiennie zganię te cuchnące odpady, a piać z zachwytu będę pisząc o diamentach. Dziś o czymś pomiędzy będzie, chociaż nie – w przypadku Body of Lies tylko jedną mam uwagę o charakterze negatywnym. To cholernie rozczarowujące odczucie, że ogląda się spektakularnie wyprodukowany hicior, a człowiek od czasu do czasu przyłapuje się na zerkaniu ile jeszcze do końca. To tak frustrujące i trudno wytłumaczalne, bo od strony technicznej nie ma się absolutnie czego czepiać. Są wyborne role Marka Stronga (Pan starannie ułożone włosy) i Russella Crowa (Pan brzusio), równie dobre całej obsady drugoplanowej i może nie porywająca ale z pewnością solidna DiCaprio. Jest zajmujący scenariusz, autentyzm wzbudzający klimat, z egzotycznym sznytem muzyka i niesamowicie widowiskowe wybuchy, strzelaniny, pościgi i te wszystkie bach, bum, jeb i tak dalej. :) W tym całym arabskim anturażu wzbudzający niepokój fanatyzm, frapujący wewnętrzny muzułmański spokój, inteligencja tak cynicznie wykorzystywana i na swój sposób ekscytująca przygoda. Jest strach i jednocześnie próba zrozumienia socjologicznego fenomenu tak radykalnych postaw. Jednak daniem głównym sama wywiadowcza łamigłówka, walka organizacji i skomplikowane relacje wewnątrz nich samych. Zderzenie racji stanu, dobra narodu z ambicjami jednostek, ich słabościami i walorami od których zależy globalny porządek i bezpieczeństwo. Jeden trybik zatarty czy niezgodnie z instrukcją działający  by misternie zbudowana intryga miast przeważyć szale na korzyść skrajnie inne efekty przyniosła. Wytrawni gracze w teatrze pozorów gubią się równie łatwo jak amatorscy sympatycy survivalu w lesie. Czy te metody zachodnich sprzymierzeńców skuteczne wobec praktycznej bezkompromisowości fundamentalizmu islamskiego. Dobre pytanie szczególnie w kontekście działań Trybunału Praw Człowieka. Dać w imię humanizmu przyzwolenie do zabijania – taka praktyka praworządnych demokratycznych bytów. Niepojęte! Summa summarum to bardzo porządne kino, a że zerkałem już nie pierwszy raz w trakcie seansu na zegarek - może zakochany nie jestem. ;)

czwartek, 17 kwietnia 2014

The Counselor / Adwokat (2013) - Ridley Scott




Ridley Scott to już niemalże instytucja w hollywoodzkim światku, którego produkcje pomimo czasem mniejszych innym razem odrobinę poważniejszych potknięć poniżej pewnego względnie wysokiego poziomu nie schodzą. Dodatkowo obsada z Fassbenderem, ostatnimi czasy dynamicznie wschodzącą gwiazdą i Bardemem, człowiekiem o tysiącu przekonujących twarzy, mimo dość chłodnych opinii recenzenckich mnie akurat apetytu narobiła. Nie kierując się zatem uprzedzeniami o pismaczej genezie do seansu z Adwokatem zasiadłem! Już wnioski idą, refleksje na ekran się przelewają. ;) Zbudował Scott koncept na bazie specyficznej literackiej maniery Cormaca McCarthy'ego, a że ja bezwzględnie oddanym fanem scenariuszy Sunset Limited i  No Country for Old Men toż gadki z ekranu dobiegające wkręcić mnie zdołały. Bazą dialogi rozbudowane, elokwentne z nutką dekadencji i w formie wyrafinowane. Bez wybuchowej natury, za to z pulsującym głęboko pod powierzchnią treści napięciem. To zarzut w przekonaniu moim o słowotoku rozwleczonym przeroście podważa, a że dobry dramat kryminalny obejść się może bez setek dynamicznych pościgów, strzelaniny co kilka minut i spływającej hektolitrami krwi, gdy zagadka precyzyjną strategią wciąga, nie muszę przekonywać. Mnie porwały filozoficzne deliberacje z ust bossów karteli płynące, refleksje cynicznych twardzieli nastawione na efektowne wrażenie. Świat interesów, działań nakierowanych wyłącznie na szmal i władzę - luksus, elitarni cwaniacy, bezwzględni dranie u stóp których świat pada. I wśród tych autentycznych grubych ryb, ten co o sobie takie przekonanie zdołał nabyć, zapomniał jednak, że z rekinami pływając pamiętać trzeba by ci główki nie upierdoliły, bo akurat zgłodniały. Szczerze to miałem przez chwile pewne wątpliwości, po części mieszane odczucia, że zbyt naciągany i w ogólności pretensjonalny po trosze - one zniknęły kiedy przez dłuższy czas spokoju mi nie dawał. Seans dobiegł końca, a treść ze mną została i z pewnością już niebawem do powtórnej konfrontacji mnie zmusi. Jest w niej coś czego nie dostrzegam, czego do końca nie rozumiem, a taka sytuacja zawsze intrygującą, niemal jak Malkina, ta femme fatale tak wybornie przez Cameron Diaz zagrana.

P.S. Istna galaktyka pierwszoplanowych postaci hollywoodzkiej fabryki marzeń nie pozwala w tekście pominąć jeszcze istotnych ról Penélope Cruz, Brada Pitta, epizodycznych Bruno Ganza czy Rubéna Bladesa - kapitalna scena o naturze filozoficznej. :)

Drukuj