Pokazywanie postów oznaczonych etykietą The Cure. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą The Cure. Pokaż wszystkie posty

sobota, 16 maja 2026

The Cure - Pornography (1982)

 

Kilka "nie wiem" i paradoksalnie w kontrze w post scriptum "wiem" w tym tekście się pojawi, bowiem nie wiem wciąż czy mogę siebie nazywać chociaż częściowo i umownie fan boyem The Cure i wiąże się z tym brak pewności w odczuciach i osądach. Wahania we mnie kolosalna ilość i nie wiem na przykład czy bardziej cenię Disintegration czy Pornography, a może miałbym pośród albumów ekipy Robercika jeszcze bardziej lubiany, gdybym znał coś więcej niż tylko odrobinę powyżej fundamentalnego standardu. Nie wiem dlaczego przez wiele lat kręciłem się wokół tejże dyskografii i dopiero dekadę lub odrobinę później, zaciągnąłem się krążkami które mogę bez problemu policzyć na palcach jednej dłoni. Nie wiem też zbyt wiele naturalnie o szczegółach i kontekstach sytuacji w jakiej powstawało Pornography i wiedzę czerpię od tych którzy tak ówcześnie jak i może w dalszej perspektywie zdobyli szersze postrzeganie zawartości czwartego longa, tych najjaśniej chyba świecących prekursorów nowej fali i kilku odmian stylistycznych powiązanych. W Wikipedii bowiem obok NEW WAVE jak byk stoi, że ta nuta to pop-rock, rock alternatywny, pop alternatywny, indie rock, rock gotycki, post-punk, dance-rock i cokolwiek to znaczy college rock. :) Sporo sporo, ale zawężając stylistykę na potrzebę recko-refleksji czwórki, to ja swoim uchem osłuchującym się wciąż na bieżąco i z materiałami z przeszłości elektronicznie-rockowej nuty, dosłuchuje się tutaj wyłącznie syntezatorowo, basowo-perkusyjnej psychodelii owiewanej cierpiącym głosem lidera. Robercik nie był w tym czasie w najlepszym jak donoszą źródła stanie. Płakał na scenie, przeżywał załamanie nerwowe, pogrążając się w depresji, co odbijało się na atmosferze w grupie. Alko i narkotyki robiły swoje - demony przywołując, drenując mroczną podświadomość. Spięcia między muzykami były codziennością pracy nad Pornography i klimat ten odkładał się niczym ponury cień na finalnym efekcie. Co jednak w tej mrocznej opowieści pozytywne, to charakter emocjonalny sesji spowodował, iż powstał jednoznacznie jakościowo album kapitalnie wieńczący pierwszą fazę działalności zespołu, oceniany jednogłośnie jako jedno z najlepszych osiągnięć epoki. Zapewne sukces zahamował być może ostateczne tendencje rozpadowe, choć jak doczytałem, kolejna płyta nie spełniła oczekiwań, ani nie wznosząc się na poziom opisywanej, ani nawet nie dopasowując się do niej stylistycznie. Ta zimna, duszno-klaustrofobiczna poświata się straciła, a starcia osobowości, pesymizm i melancholia konstytuująca Pornography podczas komponowania, tym razem nie mogły mieć wpływu, bo i Robercik sam napisał większość materiału - świadomie kierując go w lżejsze, banalnie jałowe popowo piosenkowe rejony. Nie dziwi więc, że fani utożsamiający się z nostalgicznymi instrumentów westchnieniami, egzaltowanymi wokalami i przykrymi emocjami ją odrzucili, jako produkt bez rezonującej historii. Rozumiem ich, bo wiem jak bardzo dobrze (paradoks takich mroków) Pornography robi mi minimalistycznym chłodem, mechanicznym rytmem, idealnym współbrzmieniem basu i perkusji, gdzie dudnią zarazem maszynowa precyzja i otulający pogłos. Może i nie łączy mnie sentyment, ale na ile to możliwe silnie mnie Pornography angażuje i rzutuje na samopoczucie, rezonując z moim ja tu i teraz.  

P.S. U góry "nie wiem" a u dołu "wiem", bo domyślam się jednak co nieco, gdyż miałem na to mnóstwo czasu by wewnątrz bańki swojej, szeptem odpowiadać sobie na pytanie dlaczego. Wiem że nie miałem starszego rodzeństwa, które by mnie wkręcało i wiem, iż świadomie zaczynając słuchać muzyki, to wychodziłem z bardziej gitarowego stuffu (grunge, potem metal, a jeszcze wcześniej punk i punk rock) i wiem dodatkowo jak trendy powracają i że ostatnie lata, to renesans brzmień ejtisowych i tym samy dla mnie sprężyna do przeszłości, gdy dzisiaj wielu podobne nuty w najwyższej jakości komponuje, ubogacając je po swojemu i mnie z tą na poły mainstreamową modą w ostatnich latach bardzo po drodze. 

wtorek, 24 czerwca 2025

The Cure - Disintegration (1989)

 

Opiekun blogaska, autorem nazywany retorycznie pyta, poniekąd oczywistość cytując, czy Disintegration  to najlepszy i najbardziej popularny album ekipy kierowanej przez tak charakterystycznego jak największe tylko gwiazdy biznesu muzycznego Roberta Smitha. Wiem swoje, bo przecież nawet nie będąc do tej pory fan boye'm kultowego bandu, to egzystując w około cure'owych ostatnio szczególnie klimatach (Grave Pleasures, wcześniej Beastmilk, Whispering Sons a bardziej House of Harm, czy ogólnie sytuacjach muzycznych nowofalowych bądź gotyckich), jakie współcześnie bezdyskusyjnie są na fali i sporo ciekawego w stylistyce się dzieje, to nawet i przez pryzmat doświadczenia i bez detalicznej wiedzy wiem jak z The Cure w postrzeganiu fan bazy jest. Poza tym trudno nie mówić o najbardziej rozpoznawalnym albumie, gdy zawiera on najbardziej reprezentatywna ilość przebojów. Pictures of Yoy, Lovesong i wreszcie Lullaby, a pomiędzy cała esencja stylu grupy w numerach które może nie przebiły się w mainstreamie tak mocno jak rzeczone, ale nie można, bo brak prawa by odebrać im gigantyczną wartość jako kompozycji w karierze znaczących. Przecież nie trudno w ich objęciach tak samo mocno się zatracić, a spójność uznać za kluczową cechę Disintegration jako całości. Albumu obfitego czasowo, ale tak skonstruowanego że nie odczuwa się w żadnym stopniu iż jest nadmiernie obciążony ilościowo, gdyż te numery które dodają do rozmiarów najwięcej posiadają strukturę przemyślanie otwartą i ich hipnotyczny nastrój pozwala zapomnieć się w mijających sekundach i minutach. Klimat i koloryt Disintegration, jego duch i tonacja potrafi wcisnąć się płynnie w najgłębsze zakamarki świadomości i ukoić, choć absolutnie wymowa liryczna nie jest optymistyczna, a ten przytwierdzony do esencji brzmieniowej i poetyckiej twórczości The Cure mroczny, depresyjny romantyzm ma właściwości wysysające ze mnie energię, wręcz do poziomu w jakim musze złożyć się do snu. Disintegration coraz mocniej jednako ze mną rezonuje, tym bardziej, iż daleko mi obecnie do melancholijnego zwątpienia, a kierujący w objęcia Hypnosa manieryzm bardziej mnie odpręża niżby odbierał ochotę na głębsze oddychanie, bowiem paradoksalnie taka nuta jednak w stanie uniesienia szczególnie uczuciowego nie dołuje, a nasyca tym co wzajemność w miłości najpiękniejszego przynosi. Gdy czyta się wybeszające emocje teksty Roberta, to tym mocniej rozumie się co w miłości jest tak magnetyczne i dlaczego tak mocno tęskni się za kochaniem - bardzo proszę luknąć tylko w słowa z Pictures of You. Ja w nie nurkuję i bez granic ekshibicjonistycznie tutaj otwieram, domniemając dlaczego nieprzypadkowo tyle czasu z archiwizacją tak Disintegration, jak i pozostałych krążków The Cure czekałem. 

Drukuj