Darabonta (przypominam tego od ultra popularnych swego czasu i wciąż trzymających się w czubie hitów wszechczasów Skazanych na Shawshank i Złotej mili) bajeczka jakiej do tej pory obejrzeć nie zdołałem, a uczyniłem to jak widać teraz. Bajeczka, bo trudno inaczej określić fantazyjny scenariusz oraz też anturaż wizualny przepychem wyrazistych barw upstrzony. Bardzo faktycznie dopracowany, ale też pozbawiony nieco surowego autentyzmu, mimo że pozornie fragmentami przedmioty i dekoracje przybierają formę postarzałą. Ogólnie jednak atrybuty ilustracyjne są hollywoodzko nieznośnie dopieszczone i wymuskane, a nawet mam wrażenie że obróbka światłem faktur przypomina ingerencję branżowego programu komputerowego czy innego podobnego quasi ustrojstwa. Bajeczka też dlatego, iż pomysł oraz narracja taka wygładzona i nie zmienia tego też istotny udział prawdziwych mocnych akcentów, tak emocjonalnych jak i historyczno-politycznych. Nie jest to jednak zarzut tylko uwaga/spostrzeżenie, bo to taka konwencja stylistyczna i zapewne się sprawdziła, skoro widzowie ocenili ponad średnią znacznie wyżej. Rzewna i momentami dość płaska, a mimo to w tradycyjnie szlachetny sposób urocza sentymentalna podróż w kierunku klasycznego opowiadania o uniwersalnych wartościach i namiętnościach. Byli zapewne widzowie którzy beczeli, bo wrażliwość niejedno ma imię, a ta tutaj jak najbardziej w powszechny jej charakter precyzyjnie trafiająca. Ładne, ale bardzo poprawne i na koniec jeszcze z bardzo porządną porcją patosu oraz happy endem książkowym. Dałem radę znieść i nie napiszę aby trzymać się z daleka, bowiem trzeba tylko nastawić się na stylistykę poprawiającą przede wszystkim nastrój (bardzo umownie traktującą realia przez pryzmat fikcji), jak i sprawdzić zaskakująco dobrze obsadzonego Carrey'a, bo ta jego dramatyczność kreskówkowa, bardziej tutaj pasuje, od typowej dla innych specjalistów od „poważnych” aktorskich póz dramatyczności głęboko eksplorującej mroki. Tutaj trzymała z formą sztamę, będąc dramatycznością teatralnie powierzchowną, a zarazem taką wprost nastawioną na efekt westchnieniowy och i ach - bo to powtarzam rodzaj quasi baśni, a nie kino oczywiście dusznego realizmu.
czwartek, 26 lutego 2026
czwartek, 10 lutego 2022
The Green Mile / Zielona mila (1999) - Frank Darabont
Jeden z chyba największych blockbusterów w historii kina i tak przy okazji dodać należy, że znakomicie wyprodukowany, jednak bardzo szczwany produkt hollywoodzkich decydentów, którzy dobre pieniądze powierzyli sprawdzonemu przy okazji podobnego sukcesu Skazanych na Shawshank Frankowi Darabantowi. Nie widzę sensu by szeroko pisać jaką to wyciskającą łezki historię adaptacja powieści Stevena Kinga opowiada, bowiem wszyscy z pokolenia przed milenijnego wiedzą i znają, a i już zapewne też większość dorosłych przedstawicieli kolejnego pokolenia, którzy klasycznym kinem zainteresowani pewnie poznali - bo każda mama i każdy tata, każda ciocia i każdy wujek był zachwycony, każdy z nich od lat proponuje, każdy wreszcie twierdzi uparcie że film za-je-bi-sty. Ale pokrótce przypomnę - jest to fabuła wycacana i wychuchana, idealnie pod gusta widza statystycznego skrojona, więc nie dziwią ochy i achy, jak nie zaskakuje, że widz bardziej wymagający będzie choć nieco kręcił nosem, pod nosem tym zadartym sobie oczywiście sarkając. Materiał wyjściowy, coby nie dostrzegać w nim wątków biblijnych i ich banalności nie krytykować, to na hicior kinowy nadawał się znakomicie, więc zepsucie go wchodziło w grę, chyba wyłącznie wówczas, gdyby za jego obróbkę zabrał się kompletny dyletant pozbawiony wręcz rzemieślniczego warsztatu czy elementarnego poczucia smaku, a Darabont absolutnie do tej reżyserskiej kategorii wtedy nie należał. Stworzył więc człowiek dzieło jak na standardy kina mainstreamowego wielkie i w swojej wymowie oczywiście emocjonalnie szlachetne. Nikt nie pozostaje bowiem obojętny wobec jego warstwy trafiającej wprost do serduszek i tej zacnej historii która przez trzy godziny poruszenie i wzruszenie wywołuje. Jej rozbudowany koncept i powiązanie z metafizycznym aspektem daru z niebios i tego daru właściwym wykorzystaniem (nawet za cenę życia dla dobra przez dobro i w dobrze), może i trąca łopatologią, lecz trudno też nie uznać z punktu widzenia szycia produktu idealnie na miarę klienta, że wszystko doskonale zostało przemyślane, wyważone idealnie i nic nie brakuje ani nie ma się czego czepić że przesadzone. Śmiertelnie poważny charakter jak to w popularnym kinie zza oceanu przełamany jest poczuciem humoru (to dobrze) i obficie potraktowany zbyt standardowymi szablonami myślenia (to chyba źle). Czasem taka pogoń za harmonią i równowagą nie odbija się korzystnie na osiągniętym rezultacie, ale w przypadku Zielonej mili absolutnie mnie ona zaskakująco nie przeszkadza, a film do bólu klasyczny formalnie robi wrażenie sięgania absolutu. Sprawiedliwość to taka skomplikowana i bardzo rzadko naturalnie realna do osiągnięcia sytuacja, że potrzeba jej czasem pomóc. Zatem ja też jej teraz pomagam i prosto w twarz prześmiewcom rzucam moją dla Zielonej mili przychylność.
P.S. Tom Hanks miał to szczęście, iż zagrał w mnóstwie kultowych tytułów i te tytuły miały tyle samo fartu że właśnie jego zatrudniono, bo często dzięki swym kreacjom wyniósł je na wyżyny filmowej sztuki. Zielona mila jednak obok bezdyskusyjnie fenomenalnego i zasłużenie wynoszonego na piedestał Forresta Gumpa, to dla Hanksa myślę akurat nie do końca uzasadniony największy sukces artystyczny. Gra tu jak zwykle i efekt uzyskuje też taki po raz kolejny bliźniaczy, ale akurat nie o nim ja teraz tutaj. Ja teraz tutaj o obłędnym i to dosłownie (bowiem wystrugał niezłego wariata) Samie Rockwellu, który kapitalnie obecnością swojej postaci przeciwdziała mdłościom z przedawkowania słodkości. Za co należy rzecz jasna równie głośno podziękować wyobraźni i wyczuciu Pana Kinga.

