Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Joe Wright. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Joe Wright. Pokaż wszystkie posty

wtorek, 27 sierpnia 2024

Pride & Prejudice / Duma i uprzedzenie (2005) - Joe Wright

 

Kto się czubi ten się lubi, a pozory mogą mylić i mylą często i gęsto, korzystając z nadarzającej się okazji. Niezwykle przekorna historia miłosna ta DUMA i to UPRZEDZENIE - historia z pięknymi panienkami na wydaniu, w które wciela się plejada wówczas wschodzących gwiazd pośród których eteryczne Keira Knightley, Carey Mulligan (najbardziej), Rosamund Pike i Kelly Reilly. Ten obraz się smakuje i rozważa jego detale oraz niuanse i choć narracja raczej szczędząc ekscytacji smęci, to pod powierzchnią pulsuje wyraziście, bowiem szlachetne emocje wrzą skrywane, a i plastycznie jest bardzo malarski (te kadry w okolicznościach przyrody och i ach), ale i scenografia we wnętrzach przepiękna i przebogata. Estetyczna rozkosz na ekranie gości, której fundamentem powieść pióra przez znawców gatunku uznanej za fenomenalną Jane Austen. Kobiety kochają, mężczyźni się najczęściej dla zasady lekko dystansują, lecz czasami gdy przede wszystkim naturalny urok kobiecy jak alkohol oszałamia, a autor zdjęć przenosi dziewczęce oblicza w malowniczy świat zupełnie innych od współczesnych, to nawet impregnowany na co dzień na romantyczność najbardziej męski z męskich facet daje się porwać fali gorącej ekranowej namiętności. Zasięgnąłem opinii kilku kumpli, tudzież znajomków i może nie ochoczo, ale poniekąd potwierdzają, nie wyrywając się jednak do tej pory by przeczytać Austin w oryginale, a Panie, miłosnej literatury klasycznej admiratorki na każdym kroku polecają, gdyż podkreślają prymat powieści nad jej piękną, ale jednak tylko ekranizacją.

środa, 16 czerwca 2021

The Woman in the Window / Kobieta w oknie (2021) - Joe Wright

 

Z jednej strony bardzo przyjemne wizualnie (scenografia, barwy) nawiązanie do żelaznego klasyka w postaci Okna na podwórze, a i sama historia to hitchcockowska tradycja pełną gębą. Ale z drugiej to nie każdy ma to suspensowe coś i nie wszyscy potrafią tak jak Alfred, więc jest to w pewnym sensie rzucanie się na zbyt głęboką wodę, lub wprost wydłubywanie sobie części piór albo też podcinanie skrzydeł przed ekstremalnie wymagającym lotem. Joe Wright pierwszym lepszym reżyserem na pewno nie jest, ma dokonania, obnosi się jakimiś zasłużenie zdobytymi branżowymi statuetkami, ale powtarzam że Hitchcock był jeden, a potem może po drodze byli mu nawet kinowi twórcy w fachu dorównujący ale w czasach kiedy magia kina nie zależała tak bezpośrednio od technologicznej maestrii obrazowej, jak i pewnie wówczas mniej się od całej produkcyjnej otoczki wymagało. Dzisiaj kino jest już zupełnie inne, mimo unowocześniania/komplikowania teatralna maniera jest w nim jednak pożądana i stylistyka taka posiada wielu zwolenników (mam na myśli także siebie), ale żeby zrobić doskonałą interpretację powieści osadzoną w czterech kątach mieszkania, to trzeba mieć coś więcej niż doskonałą ekipę od światła. Należy posiadać (wbrew może pozorom) wszystko to co drzewiej się liczyło, czyli spory potencjał w samym scenariuszu, dalej genialnych aktorów i w końcu czuć doskonale specyfikę takiego wyzwania. Piszę tak nie mając jakichś większych uwag do roboty gwiazdorskiego sztabu (Amy Adams, Julianne Moore, Gary Oldman, Jennifer Jason Leigh) pod kierownictwem Joe Wrighta, ale po to by dać jasno do zrozumienia, że poddając się czarowi nazwisk i wizualnemu, nie należy od Kobiety w oknie oczekiwać nazbyt wiele. Bo jeśli człowiek na starcie nastawi się na dzieło to się sromotnie rozczaruje, a jak spodziewać raczy mniej, otrzyma w zamian całkiem niezłą rozrywkę z tajemniczą zagadką oraz miłym dla oka operatorskim zamysłem w praktykę zamienionym i po wszystkim zamiast wyrywać się z oczywistością że Hitchcock zrobiłby to lepiej, z przyjemnością stwierdzi iż spędził bardzo udany wieczór z netflixową produkcją. Innymi słowy życzę dość pokrętnie trochę więcej niż tylko trochę wyrozumiałości. :)

P.S. Jak w tytule filmu widnieje kobieta, to Netflix czuje się zobowiązany by „uatrakcyjnić” odbiór żeńskim lektorem, przepraszam lektorką. A idź pan z tym w ch!

sobota, 27 marca 2021

Atonement / Pokuta (2007) - Joe Wright

 

Znakomity, osadzony w przełomowych historycznie realiach po części thriller (tutaj prolog się kłania), opisany ogólnikowo jako melodramat, a jednak właściwościami w rozbudowaną historię wprowadzającymi i za sprawą uwarunkowań konfliktu zbrojnego w tle, przypominający bardziej od klasycznego romansu, całkiem nowatorsko rozumiany wstrząsająco mroczny wojenny dramat z ciekawym wątkiem tajemnicy. Rozbudowany do wielowątkowej historii o potędze zbiegów okoliczności, które wpływają w nieodwracalny sposób na ludzkie losy. Plus znakomita muzyka, w tym piękne pianina tematy i wizualna poetyka, nie wyłącznie ograniczona do urokliwych zdjęć. Ponadto epicka scena na plaży, którą uznaję za jeden z największych operatorskich majstersztyków w historii kina. Co summa summarum daje bardzo malowniczy, wielogatunkowy, wartki i świadomy "fresk z wojną i miłością w tle". Daje (z czym się w pełni zgadzam), coś znacznie więcej, bo okazję do głębokiej refleksji, a jego ostatecznym przeznaczeniem myślę miejsce pośród wielce znaczących filmowych dzieł. Co w sumie ocenić może tylko czas. Czas który jak dotąd działa na korzyść dzieła Joe Wrighta.

P.S. Jakiś czas temu byłem pod całkiem sporym wrażeniem pracy jaką Joe Wright wykonał kręcąc fragmentaryczną biografię Winstona Churchilla i nie byłem wówczas absolutnie świadom, iż wcześniej stworzył dzieło znacznie wybitniejsze. To mi uprzytamnia jak wielkie jeszcze mam braki w filmowym rozeznaniu i ile jeszcze przede mną ważnej klasyki do obejrzenia, bym mógł powiedzieć o sobie he he koneser. :) 

niedziela, 4 lutego 2018

Darkest Hour / Czas mroku (2017) - Joe Wright




Kino jednego aktora, bo jakby nie doceniać kunsztu wszystkich kreacji, to jednak naturalnie światła jupiteròw skupiają się w założeniach, a także w praktyce na osobie Winstona Churchilla i brawurowym odebraniu roli przez Gary’ego Oldmana. To sytuacja w której zdaje się, iż aktor po fachowej charakteryzacji i przyswojeniu oczywiście odpowiedniej wiedzy merytorycznej w temacie charakterystycznych cech i zachowań odgrywanej postaci, z miejsca staje się nią samą, z daleko idącą identyfikacją. Nic dodać, nic ująć, to zdanie powyższe w pełni oddaje bowiem wartość warsztatową pracy Oldmana. Dla jej spektakularnego efektu warto z filmem Joe Wrighta się zapoznać, choć cała produkcja nie tylko i wyłącznie jedną zaletą w osobie Oldmana stoi. To dość kuriozalna sytuacja, kiedy film wpisując się w standardową koncepcje kina biograficznego, zdający się przybierać postawę zasadniczo dość bezpieczną względem formuły i treści, jest jednocześnie czymś dość odmiennym, od tego co w ostatnim czasie uznaje za szablon. Po pierwsze w kwestii akcji i jej rozpiętości w czasie, jest to podejście dość minimalistyczne, ale merytorycznie bardzo bogate. Spojrzenie ogranicza się do kilkunastu krytycznych dni w życiu Churchilla, jest rodzajem kroniki, też lekcji historii i nie ma w nim żadnej nawet minimalnej retrospekcji, próbującej przez pryzmat przeszłości tłumaczyć osobliwych dyspozycji psychicznych i cech osobowościowych. Pomimo że psychologia postaci jest rozbudowana, a kreacja Oldmana rewelacyjnie uwypukla jej niuanse, to jest to dramat polityczny, w którym podstawową kwestią wpływ na losy Europy okoliczności i decyzji podejmowanych przez człowieka pełnego wewnętrznych sprzeczności i wątpliwości. Po drugie, wizualna strona robi wrażenie, bo dość wyraźnie odstaje od typowej. To taka w moim odczuciu perspektywa malarska, kojarząca się z klasycznymi portretami, artystycznym modelowaniem ujęć, kolorystyką czerpiącą inspiracje z magii brązu w różnych odcieniach i korzystającą z nastrojowego operowania światłocieniami. Także teatralna inscenizacyjność, mimo swoich formalnych ograniczeń i formuły przede wszystkim opartej na statycznych rozbudowanych dialogach, nie pozbawia całości dynamiki i dramaturgii. Faktem jest, że charyzma Churchilla i jej mistrzowskie odzwierciedlenie w sposobie gry Oldmana ma znaczenie decydujące i determinuje tempo i charakter tego spektaklu. To jednak bez dobrego, odpowiednio zbilansowanego scenariusza i frapująco zaadaptowanej teatralnej metody zdobnej w wizualne tricki, działania Oldmana pozbawione byłyby elementu przyciągającego oko i ciekawość - tej scenicznej scenografii i interesującej bazy merytorycznej. Przyznaję, iż w tej koncepcji najbardziej podobała mi się właśnie ta symbioza tła i dominującej postaci z pierwszego planu. Malarska wrażliwość, teatralny sznyt i w centrum prawdziwy koncert Gary’ego Oldmana. Jak mniemam oscarowego pewniaka. :) 

Drukuj