Powiedz mi eM dlaczego TY eM kiedy premierę Chasing Shadows miało, to TY eM ją przespałeś? Przecież że wyszła świadomość posiadać mieć należało, albowiem obserwujesz Sunnaty profil fejsowy, a twój ulubiony (obecnie zawieszony - ubolewam) periodyk muzyczny ową premierę zauważył, bo zauważyć nie mógł, gdyż Sunnata to nie jakieś nic znikąd, a nazwa na naszym ojczyźnianym rynku znana i mimo że nie wystrzeliła jak dotąd z popularnością w kosmos, to ceniona, a nawet wręcz szanowana. Trudno mi jako eM odpowiedzieć na to zasadnicze pytanie, ale stawiając siebie sam samemu pod ścianą i przyjmując na klatę presję odpowiem, że najzwyczajniej kompletnie chyba pogubiony byłem, że się już wcześniej na tym jawnym błędzie zapomnienia nie przyłapałem, a teraz czyniąc przeprosiny (a jakże samego siebie) napiszę, iż jakie tutaj ekipa Sunnaty śmierdzące egzotyką poniekąd linie melodyczne w riffach zaszyła (o mój Panie - Wishbone!), to ja się kłaniam z uszanowaniem i dla wyobraźni kompozytorów mam wyłącznie ciepłe słowa. Chasing Shadows uznaję za rodzaj metalowego, tak samo stonerem bujającego, grungem nieco szorstkim miziającego, jak i sludge betonowego miodku na uszy wylewającego muzycznego dobra, a właśnie jego najgłębszy aromat to te melodie, wątki wszystkie wschodniego kolorytu nie pierwszej przecież płycie Sunnaty dodające, jakie czynią klimat hipnotyzujący i zarazem uszlachetniająco-urozmaicający. Gdyż przecież i ponieważ one osadzone w kapitalnych, bo ciekawych aranżacjach wymagają skupienia, wyciągając mnie człowieka-słuchacza i fana z moich czterech domowych ścian w podróż - narrację wytrawną na bogatym półmisku talentów podając. Niczym szamani muzycy mieszają skutecznie w mojej bani, a ja głupi (teraz głupi, czasem tylko niemądry) spóźniony o około ponad pół roku przyznaję, iż Chasing Shadows to bezapelacyjnie najciekawsze i najdojrzalsze dzieło Sunnaty, do którego nie trzeba było więcej niż jednego przesłuchania aby mnie przekonali i kilku kolejnych bym poczuł że ta magia to nie tylko chwila. Tańczyć w parze do tej nuty się nie da (kto wie kto wie, jest przecież na bicie oparty Like Cogs...), a może nie powinno, ale pląsanie i tuptanie solo jest wskazane, bo to kręci, wręcz w głowie wiruje.
niedziela, 12 stycznia 2025
piątek, 9 kwietnia 2021
Sunnata - Burning in Heaven, Melting on Earth (2021)
Obserwuje tą ekipę niemal od kołyski, jeśli przyjąć za okres niemowlęcy czasy kiedy pod szyldem Satellite Beaver funkcjonowali. Uwagę przyciągnęli wtedy moją skutecznie i od tej pory nawet jeśli do częstego odsłuchu nie zawsze się przebijają, to nie wyobrażam sobie aby każdy kolejny materiał nie został chociaż kilkukrotnie obwąchany, a nawet jeśli okazuje się nader ciekawy, to przetrawiony skrupulatnie. Tak do tej pory było, że większych słabości na materiałach warszawskiej (mazowieckiej) ekipy nie dostrzegałem, a ciągła ewolucja muzycznej formuły dopingowała do wzmożonej uwagi. Cóżeż przynosi zatem czwarty długograj Sunnaty? Przynosi zasadniczo to czego można było się spodziewać, czyli jak sami w materiałach promocyjnych dają celnie do zrozumienia, zamkniętą w trzech kwadransach porcję szamańską atmosferą spowitego psychodelicznego doom-grunge’u. Rozpisanego na zaledwie sześć rozbudowanych kompozycji, w których rządzi i dzieli pielęgnowana od startu do finału atmosfera, stąd dodam nie bez przyczyny, że przymiotnik progresywny także można w charakterystyce tej nuty użyć, bowiem może brak tu wybitnych popisów instrumentalnych i solówek wielominutowych, ale progresywny rozwój tematów stanowi priorytet. Muzyka rośnie wprost proporcjonalnie do czasu trwania, dźwięki budują systematycznie i konsekwentnie napięcie, a wyczucie specyfiki stylistyki jest więcej niż tylko poprawnie zadowalające. Innymi słowy można przy utworach z Burning in Heaven, Melting on Earth odpłynąć, a jak słuchaczowi nie groźne ostrzejsze partie to nawet kapitalnie się zrelaksować - tudzież osobnik wybitnie na duchowość nastawiony wręcz oddać medytacji. Takie więc to granie które rytmem nie spiesznym w ogólności stoi i znakomicie wyraża za jego pośrednictwem melancholijne emocje. Ciszej, głośniej, sennie, a chwilami bardziej energetycznie, jednak powyżej stanów o średniej dynamice nie wychodząc. W sumie nie wiem czy mają na naszej rodzimej scenie gatunkową konkurencję, bo ja nie bardzo jestem w polskim podziemiu obeznany, więc porównać z kimś mniejszym lub większym nie bardzo potrafię, Mogę jedynie dodać, że gdyby mieli więcej szczęścia promocyjnego, to status podobny do Blindead im akurat by się należał. Mielą swoje i nawet mielą po swojemu, a do tego mają rękę do chwytliwej melodyki. Klasowa nuta i jeszcze nasi muzycy. Należy się toast za ich zdrowie, szczególnie w kurewsko nieprzychylnych dla nieżalu czasach.




