Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Aaron Sorkin. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Aaron Sorkin. Pokaż wszystkie posty

niedziela, 2 stycznia 2022

Being the Ricardos / Lucy i Desi (2021) - Aaron Sorkin

 

I love Lucy, najpopularniejszy serial wszechczasów z sześćdziesięciomilionową widownią, to totalny knock down. Prekursor sitcom-owych hitów, korzystających z humoru sytuacyjnego z mimicznym wsadem i śmiechem z puszki, znaczy widowni. Niby film o sukcesie, czyli biograficzna opowieść o spełnieniu amerykańskiego snu w branży rozrywkowej, ale również dramat zaszufladkowania i niewykorzystania poprzez niezagospodarowania ogromnego aktorskiego i jak się okazuje przedramatyzowywanego talentu Lucille Ball. Co by mogło powstać gdyby zabrała się za pracę z perspektywy kamery? Jeśli to wszystko prawda nie tylko "sorkinowego" ekranu, to śmiem twierdzić że mogłaby być doskonałym reżyserem. Lucille Ball w oczach scenarzysty i reżysera to tutaj kobieta żyjąca w paradoksalnym klinczu posiadanej władzy zawodowej i kobiecej uległości wobec mężczyzny swojego życia. Relacje Lucy i Desiego skomplikowane, a ten układ pomiędzy nimi dodatkowo mocno poddawany ciśnieniu politycznej nagonki, pochodzenia i osobistych ambicji. Sorkin całkiem odważnie sobie formułę obmyślił, zgrabnie między sceny wmontowując komentarze autentycznych bohaterów ówczesnych wydarzeń. Postaci stojących zaraz za plecami bohaterów - scenarzystów, scenografów i producentów telewizyjnego megahitu. Uzyskał tym samym dość niespotykany efekt, który jako rodzaj przypisów docierających z marginesu spełnia swoje zadanie, lecz ciut zaburza płynność i na tle właściwej historii oraz z punktu widzenia przywiązania do klasycznej narracji wygląda nieswojo. Na szczęście tych wklejek jest na tyle niewiele,  dobre tempo akcji nakręcane płynnymi dialogami łapie dobry rytm, a Sorkin świadomie w miejscach decydujących unika stosowania tych jak jednak myślę wątpliwych wtrętów. Ostatnie to jeszcze to, co od początku przykuwa zbędną uwagę i konsternację. Twarz Nicole Kidman rzecz jasna mam na myśli. Charakteryzacja czy efekt dotychczasowych działań chirurga plastycznego? Gra jednak Kidman jak zwykle znakomicie bez względu na fakt, że połyskująca maska może jej w tym przeszkadzać. Obok niej Javier Bardem jako Desi Arnaz trzyma fason i używając swojego naturalnego aczkolwiek podrasowanego hiszpańskiego akcentu w roli znacznie bardziej od niego w rzeczywistości wycacanego Kubańczyka jest całkiem ok.

P.S. Nie słuchajcie wobec tego powyższego mądrali, ja ostrzegam. Przemądrzałych funta kłaków wartych krytyków po dodających tylko plus sto do poczucia wyższości szkołach, którzy piszą że film nieciekawy, bo słabo wyreżyserowany i dialogi w nim nawet nie wyszły. Prawda może i jest po środku bowiem Sorkin to nie Sam Mendes, a tym bardziej Paul Thomas Anderson, lecz nie każdy film który dostarcza przede wszystkim rozrywki musi być arcydziełem. Zaparzcie sobie kawusi i serniczka ukroicie, a daje wam gwarancję że niedzielne popołudnie Being the Ricardos wam umili. :)

poniedziałek, 2 listopada 2020

The Trial of the Chicago 7 / Proces Siódemki z Chicago (2020) - Aaron Sorkin

 

Aaron Sorkin, uznany scenarzysta i wciąż jeszcze początkujący reżyser. Na podstawie jego scenariuszy powstało już kilka doskonałych filmów, ale jakoś nie mogę jeszcze doszukać się pośród jego niewielu prac reżyserskich, takich które dotarły na najwyższe szczyty. Oto teraz właśnie Pan uznany scenarzysta dostaje wielką szansę (pierwotnie miał temat ogarnąć Spielberg), pisze tekst na podstawie głośnego wydarzenia i staje za kamerą jako głównodowodzący solidnie podpartego grubym pieniądzem projektu. Walory Procesu Siódemki z Chicago to scenografia, montaż, ogólnie aspekt wizualny oraz świetny casting (he he Sacha Baron Cohen). Ponadto kapitalne dialogi, cała realizacyjna kompletna profeska - mam tu przede wszystkim na myśli ten typowy hollywoodzki koloryt, mieszający sprawnie powagę z elementami dobrego poczucia humoru. Wadami natomiast, nieco niuanse pomijająca, dość prosta, a nawet propagandowa optyka spojrzenia (może nie czarno-biała, ale jednak), oraz mniej napięcia i dramatyzmu na które fundament historyczny by przecież tak wyraźnie wskazywał, a obowiązkiem znakomitego speca od scenariusza było je maksymalnie zagospodarować. Jest więc za co chwalić, lecz nie można też zbagatelizować mankamentów, z których fundamentalnym brak wyrazistszego charakteru wynikającego akurat z oklepanej kompromisowej formuły (skrojony po nagrody Akademii :)) i mniej niż optymalnego wykorzystania intensywnych punktów kulminacyjnych. Gdy Sorkin próbuje podnosić napięcie, kreować newralgiczny dla realizmu aspekt dramatyczny (bo przecież krew przelana musi wstrząsnąć), to nadal bez koniecznej ikry, która przełamałaby zwyczajnie letnią specyfikę odbioru, szczególnie przez widza nieco bardziej wstrząsu emocjonalnego wymagającego. Jedna wyłącznie scena potrafiła wzburzyć moją spokojnie płynącą krew, a przecież potencjał był na co najmniej kilka. Podsumowując pozostaje do pochwalenia fakt, że obejrzałem film ważny względem wartości ideowej, słabszy (i tu tkwi jego problem) przez naiwność wzniosłej ich prezentacji. Ubolewam że miast potężny dramat sądowy, taki sądowy ale Walt Disney na netflixową platformę z hukiem wjechał.

P.S. Ameryka kolebka demokracji, wzór praworządności. Ameryka wzorowo zniewolony kraj - mimo wszystko mniej przeżarty hipokryzją niż nasz.

niedziela, 23 września 2018

Molly's Game / Gra o wszystko (2017) - Aaron Sorkin




Miał tu być użyty potężny kaliber pocisku, zakładam miała to być zapewne ostra gra z widzem. Historia oparta na faktach i zdrowo podrasowana dla kinowego efektu, która miała robić wrażenie, po prostu konkretnie ekscytować. Ten film został zrobiony tak by energetyzować, scenariusz napisany by pobudzać, ale coś tutaj nie do końca zagrało, bo para idzie nieco w gwizdek, bo emocje są tylko powierzchowne, bo brak interwałów emocjonalnych przez co robi się płasko. Historia w zasadzie ciekawa, ale co mnie smuci właśnie płaska, mimo że tak mocno rozkręcona. Jessica Chastain świeci biustem odpowiednio seksownie wyeksponowanym, jako główna bohaterka i narratorka prowadzi widza przez historię wyjaśniając każdą pierdółkę, znaczy prowadząc go za rączkę. Chastain jak na topową gwiazdę gra ostatnimi czasy bardzo dużo, przez co jej sposób kreacji roli staje się szablonowy i nie bardzo zaskakuje. Pamiętam kilka takich jej interpretacji postaci, które wyrywały z buciorów, bądź łapały za serducho i co ciekawe kilka, które będąc im bardzo podobne nie robiły już takiego wrażenia. Przypadek czy efekt spowszednienia, bądź warsztat niewystarczająco wyrazisty lub do jej statusu na scenie nieprzystający? To też nie ten poziom pokazania hazardu jak u Scorsese, to nie ta klasa reżyserska i nie to wyczucie tematu. Poprawnie, mechanicznie równo starannie, ale bez błysku i z tymi może nie topornymi, ale irytującymi przemowami z umoralniającym jądrem. Taka napuszona nieautentyczna etyka wygłaszana ze wzruszającym drżeniem głosu. Także podsumowując moje zdziwienie przybierało chwilami rozmiary monstrualne, szczególnie kiedy łapałem się na tym, że niedawno taką prawie 1:1 Chastain w Miss Sloane Johna Maddena widziałem i wszystko w miarę grało. Kropka!

Drukuj