Ooo ho ho ho ho ho! Wciskam play niczego ekscytującego ponad poziom satysfakcjonujący się nie spodziewając, a tu druga odsłona najnowszej płyty Green Carnation robi mi od pierwszego motywu do końca (poprzez liczne zmiany, w sensie aranżacyjnych zakrętów) niezłe przyjemne kuku. Sanguis otwierający trwa ponad dziewięć minut i ani przez sekundę nie zawiera w sobie mielizy, a podbicie kompozycji skrzekiem wokalnym odpowiednio rasowo mu siły oddziaływania dodaje. Przyznaję, spore zaskoczenie na plus duży, bowiem pierwsza część A Dark Poem ujrzawszy światło dzienne bodaj we wrześniu ubiegłego roku, a docierając do mnie gdzieś około dopiero stycznie bieżącego nie zrobiła na mnie wrażenia większego, rywalizację przegrywając jak pamiętam pisałem z równolegle przez In The Woods... wydaną Otrą. Tutaj wejście w płytę mam od razu z epickim pazurem, a za chwilę po wybrzmieniu subtelnej, czterominutowej ale jednak w kontekście miniaturki łączącej indeks pierwszy z trzecim kontynuację energetyczną otwieracza. Prosty zdawałoby się, ciężki zarazem riff trójki daje absolutnie radę, a przy przed finale złowrogo brzmiące głosy wzmacniają siłę przekazu. Tak tak, to potężne w całej rozciągłości krążka utwory - pół rockowo progresywne, pół gotycko klimatyczne, dark metalowe granie, które w tym momencie gdy zabrzmią jeszcze syntezatory pół folkowe kojarzy się z półką na jakiej stoi i ruszyć się nie da, bo sklejony ze stylistyką obecny Amorphis, ale ten Amorphis jednocześnie (no może poza za każdym razem na niemal każdym albumie pojedynczych chwytliwych killerów) deklasujący ciekawszymi, bardziej różnorodnymi pomysłami. Fakt, Green Carnation też może wydawać się w tej odsłonie w dłuższej perspektywie kontaktu przewidywalny, ale gdy Amorphis ostatnio mnie wprost od pierwszego odsłuchu niemiłosiernie zanudza, to do A Dark Poem Part II: Sanguis chcę powrócić i napawać się atmosferą jaką rozsiewa - co nie takie trywialne, także tymi deklamacjami podniosłymi. Przejmujący to materiał tak pod względem muzycznym jak i lirycznym, jaki w odróżnieniu od startowej części zapowiadanej trylogii, na kolejny, zamykający ją etap robi mi smaka. Thanks, mimo że klamra z końca jest semi akustyczna, to też jest autentycznie wzruszająca.
czwartek, 9 kwietnia 2026
Green Carnation - A Dark Poem Part II: Sanguis (2026)
poniedziałek, 5 stycznia 2026
Green Carnation - A Dark Poem Part I: The Shores of Melancholia (2025)
Noworocznego uzupełniania ciąg dalszy, bowiem okazuje się iż się zaczęło wylewać, gdy ostatni album In the Woods... wziąłem w obroty i okazało się, że ziomkowie z Green Carnation także w minionym coś wyrzeźbili i wydali. Nie ma jednak tak dobrze, że po bardzo udanej Otrze przyszło mi się zachwycić równie okazałym (subiektywnie) jakościowo A Dark Poem Part I: The Shores of Melancholia. Nie napiszę (nie to to nie) bardzo o premierowym Green Carnation źle - nie o to w moim problemie z nim chodzi, że to materiał słaby, ale o to, iż kompletnie do mnie nie przemówił. Zaskoczka solidna kiedy wziąwszy pod uwagę fakt niepodważalny, iż tak klasyczne albumy Norwegów, jak i specyficzny, bo poniekąd odgrzewany ostatni materiał wpadały mi w ucho, a do tych z początków lat dwutysięcznych to jestem wprost przywiązany sentymentalnie i odsłuchowo, bo co jakiś czas potrzebuje ich odświeżenia i jest to chwila naprawdę przemiła. A Dark Poem Part I: The Shores of Melancholia niby posiada wszystkie cechy właściwego stylu grupy - jest przede wszystkim w całej rozciągłości i głębi emocjonalnie, solówki są powłóczyście soczyste, refreny się potrafią przykleić do ucha, bowiem melodie mają w sobie przyjazną czystość i wrażliwość, czy riffy niosą konkretne uderzenie metalowo-rockowe, a z całości w formule progresywnej nie wieje teoretycznie nudą, bo pomysłów na czasem ostre (doczytuję, iż gościnny udział typa z Enslaved), czasem (raczej zwłaszcza) nieostre zakręty aranżacyjnie nie brakuje. Kłopot tylko w tym, że jak teoretycznie jest w porządku, to praktyka swoje i ja po odsłuchach wciąż jestem zmęczony, więc brakuje mi ochoty oraz elementarnie powodu do zachwytu, bądź co najmniej uznania, że wyszło w moim odczuciu tak fajnie, jak fajnie by się wydawało z pozoru iż wyszło. Paleta środków w teorii i zasób umiejętności są szerokie, a jednak nie jestem w stanie w tym momencie do efektu finalnego przekonać się tak w stu procentach jakbym sobie życzył, zatem pozostaje okazanie wstrzemięźliwości pokornej, bądź stwierdzenie subiektywne na maksa, iż Green Carnation tym razem nie wyszło. Radykałem w żadnym aspekcie oceny realiów się nie czuję, stąd zakończę wywód może nieco niestabilny określeniem bezpiecznym, iż nagrali to co zamierzali, a konsekwencje odbioru mogą być jak widać różne. Raz niemal euforyczne (sporo dobrego o powrocie na dobre Green Carnation się pisze), raz bez względu na sympatię dość chłodne - tak to o moim stosunku. Dziękuję za uwagę!





