Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Green Carnation. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Green Carnation. Pokaż wszystkie posty

czwartek, 9 kwietnia 2026

Green Carnation - A Dark Poem Part II: Sanguis (2026)

 


Ooo ho ho ho ho ho! Wciskam play niczego ekscytującego ponad poziom satysfakcjonujący się nie spodziewając, a tu druga odsłona najnowszej płyty Green Carnation robi mi od pierwszego motywu do końca (poprzez liczne zmiany, w sensie aranżacyjnych zakrętów) niezłe przyjemne kuku. Sanguis otwierający trwa ponad dziewięć minut i ani przez sekundę nie zawiera w sobie mielizy, a podbicie kompozycji skrzekiem wokalnym odpowiednio rasowo mu siły oddziaływania dodaje. Przyznaję, spore zaskoczenie na plus duży, bowiem pierwsza część A Dark Poem ujrzawszy światło dzienne bodaj we wrześniu ubiegłego roku, a docierając do mnie gdzieś około dopiero stycznie bieżącego nie zrobiła na mnie wrażenia większego, rywalizację przegrywając jak pamiętam pisałem z równolegle przez In The Woods... wydaną Otrą. Tutaj wejście w płytę mam od razu z epickim pazurem, a za chwilę po wybrzmieniu subtelnej, czterominutowej ale jednak w kontekście miniaturki łączącej indeks pierwszy z trzecim kontynuację energetyczną otwieracza. Prosty zdawałoby się, ciężki zarazem riff trójki daje absolutnie radę, a przy przed finale złowrogo brzmiące głosy wzmacniają siłę przekazu. Tak tak, to potężne w całej rozciągłości krążka utwory - pół rockowo progresywne, pół gotycko klimatyczne, dark metalowe granie, które w tym momencie gdy zabrzmią jeszcze syntezatory pół folkowe kojarzy się z półką na jakiej stoi i ruszyć się nie da, bo sklejony ze stylistyką obecny Amorphis, ale ten Amorphis jednocześnie (no może poza za każdym razem na niemal każdym albumie pojedynczych chwytliwych killerów) deklasujący ciekawszymi, bardziej różnorodnymi pomysłami. Fakt, Green Carnation też może wydawać się w tej odsłonie w dłuższej perspektywie kontaktu przewidywalny, ale gdy Amorphis ostatnio mnie wprost od pierwszego odsłuchu niemiłosiernie zanudza, to do A Dark Poem Part II: Sanguis chcę powrócić i napawać się atmosferą jaką rozsiewa - co nie takie trywialne, także tymi deklamacjami podniosłymi. Przejmujący to materiał tak pod względem muzycznym jak i lirycznym, jaki w odróżnieniu od startowej części zapowiadanej trylogii, na kolejny, zamykający ją etap robi mi smaka. Thanks, mimo że klamra z końca jest semi akustyczna, to też jest autentycznie wzruszająca. 

poniedziałek, 5 stycznia 2026

Green Carnation - A Dark Poem Part I: The Shores of Melancholia (2025)

 

Noworocznego uzupełniania ciąg dalszy, bowiem okazuje się iż się zaczęło wylewać, gdy ostatni album In the Woods... wziąłem w obroty i okazało się, że ziomkowie z Green Carnation także w minionym coś wyrzeźbili i wydali. Nie ma jednak tak dobrze, że po bardzo udanej Otrze przyszło mi się zachwycić równie okazałym (subiektywnie) jakościowo A Dark Poem Part I: The Shores of Melancholia. Nie napiszę (nie to to nie) bardzo o premierowym Green Carnation źle - nie o to w moim problemie z nim chodzi, że to materiał słaby, ale o to, iż kompletnie do mnie nie przemówił. Zaskoczka solidna kiedy wziąwszy pod uwagę fakt niepodważalny, iż tak klasyczne albumy Norwegów, jak i specyficzny, bo poniekąd odgrzewany ostatni materiał wpadały mi w ucho, a do tych z początków lat dwutysięcznych to jestem wprost przywiązany sentymentalnie i odsłuchowo, bo co jakiś czas potrzebuje ich odświeżenia i jest to chwila naprawdę przemiła. A Dark Poem Part I: The Shores of Melancholia niby posiada wszystkie cechy właściwego stylu grupy - jest przede wszystkim w całej rozciągłości i głębi emocjonalnie, solówki są powłóczyście soczyste, refreny się potrafią przykleić do ucha, bowiem melodie mają w sobie przyjazną czystość i wrażliwość, czy riffy niosą konkretne uderzenie metalowo-rockowe, a z całości w formule progresywnej nie wieje teoretycznie nudą, bo pomysłów na czasem ostre (doczytuję, iż gościnny udział typa z Enslaved), czasem (raczej zwłaszcza) nieostre zakręty aranżacyjnie nie brakuje. Kłopot tylko w tym, że jak teoretycznie jest w porządku, to praktyka swoje i ja po odsłuchach wciąż jestem zmęczony, więc brakuje mi ochoty oraz elementarnie powodu do zachwytu, bądź co najmniej uznania, że wyszło w moim odczuciu tak fajnie, jak fajnie by się wydawało z pozoru iż wyszło. Paleta środków w teorii i zasób umiejętności są szerokie, a jednak nie jestem w stanie w tym momencie do efektu finalnego przekonać się tak w stu procentach jakbym sobie życzył, zatem pozostaje okazanie wstrzemięźliwości pokornej, bądź stwierdzenie subiektywne na maksa, iż Green Carnation tym razem nie wyszło. Radykałem w żadnym aspekcie oceny realiów się nie czuję, stąd zakończę wywód może nieco niestabilny określeniem bezpiecznym, iż nagrali to co zamierzali, a konsekwencje odbioru mogą być jak widać różne. Raz niemal euforyczne (sporo dobrego o powrocie na dobre Green Carnation się pisze), raz bez względu na sympatię dość chłodne - tak to o moim stosunku. Dziękuję za uwagę!

czwartek, 11 listopada 2021

Green Carnation - The Quiet Offspring (2005)

 


Obserwuje właśnie u siebie, wzrost zainteresowania albumami Green Carnation - gdy jeszcze do niedawna z rzadka do nich powracałem, a wręcz rejestrowałem u siebie kilkuletni z nimi rozbrat. Sytuacja ta jest wprost owocem wydanego przed półtora rokiem Leaves of Yesteryear - krążka quasi nowego na którym między innymi znalazły się odświeżone wersje leciwych numerów, które efektywnie na nowo także entuzjastyczne nastawienie do dwóch ostatnich studyjnych płyt pobudziły. Zatem kręcił się już A Blessing In Disguise i poddany został po latach weryfikacji na blogu i kręci się obecnie The Quiet Offspring, który właśnie teraz zostanie nożem amatorskiego krytyka tak tylko z wierzchu pociachany. Startowa uwaga sprowadza się do przekonania, że to już tutaj zupełnie inny band niż u zarania i także kolejne wcielenie ewolucyjne, po sporo w estetyce grupy zmieniającym poprzedniku. Mniej tu progresywnych wycieczek, więcej typowo rockowego feelingu, ale żeby sprawę postawić jasno, wciąż to sącząca się melancholia, tylko że daleka od pretendowania do bycia dziełem sztuki. Znacznie odważniej za to sięgająca po piosenkowe konstrukcje i przy okazji nie rezygnująca na szczęście z lirycznego mroku, co czyniło ją nadal odległą od mainstreamowej przeciętności i odbierało szansę na takąż popularność. Kiedyś (na początku działalności) może drażniło w ich propozycji pretensjonalne rozmemłanie i aranżacyjny chaos. W roku 2005 było zaś konkretnie i w zgodzie z dobrymi aranżacyjnymi manierami. Nie utknęli w przyciężkiej formule, nie utknęli też na mieliźnie i nie wyprodukowali albumu nabrzmiałego od pretensji. Stąd, właśnie! Gdybym tym co wypisuję sprowokował niezgodę, to niezgadzającym się przypominam, że kiedy człowiek pogodzi się że ma słaby gust, to jakoś łatwiej się żyje. Nie ma co się wzdrygać. Nie ma co się wstydzić. :)

piątek, 23 lipca 2021

Green Carnation - A Blessing in Disguise (2003)

 


Klimaty, klimaty, teraz klimaty. :) A Blessing in Disguise w dyskografii Norwegów jawi się jako połyskujący klejnot, który mógł pomóc wynieść grupę ponad ograniczoną rozpoznawalność i dać szansę dotrzeć do takiego miejsca, w którym Green Carnation dołączy do największych nazw atmosferycznej rockowej nuty - oczywiście mam na myśli tych wszystkich najbliższych memu sercu wykonawców wywodzących się ze sceny metalowej. Tak sobie właśnie niegdyś gdybałem, gdy wpierw A Blessing in Disguise mnie totalnie zauroczył, a w niecałe dwa lata później jego następca niestety odrobinę w konfrontacji z poprzedniczką rozczarował, a dalsze losy grupy odebrały jak się okazało płonną nadzieję na realizację snów o artystycznej kreatywności i stabilizującej losy popularności. Coś się w trybach formacji Tchorta (Terje Vik Schei) zacięło i ten wszechstronny gitarzysta (epizody z Emperorem i Satyriconem oraz współpraca przy tworzeniu od podstaw death metalowego Blood Red Throne) na wiele lat porzucił rockową namiętność i dopiero niedawno wraz z kumplami wskrzesił Green Carnation, tylko w części nowym, a w głównej mierze wspominkowym materiałem. Żałuję jednak że w tym przypadku co się odwlecze to nie uciecze, bowiem zbyt wiele lat minęło i sama popularność "klimatów" w metalowym światku jest już zdecydowanie mniejsza, a i chyba mimo znakomitych umiejętności kompozytorskich brak przez pryzmat dojrzałego wieku w grupie Tchorta samej wiary w odniesienie sukcesu na miarę przykładowo Anathemy czy Katatonii. To takie tylko moje (nie obawiajmy się tego określenia) bełkotliwe w tych okolicznościach rozmyślania, gdyż zapewne sami muzycy powrót do aktywności rozumieją w znacznie skromniejszych rozmiarach. Co przyniesie przyszłość to zagadka, lecz nie trudno o przekonanie że wyżej niż wówczas na przełomie 2003/2005 nie podskoczą, a sam A Blessing in Disguise pozostanie najlepszym ich dokonaniem. Albumem (czego jestem pewny, przy czym będę zawsze obstawał) przepięknie zatopionym w tonacjach progresywnego rocka z lat siedemdziesiątych i osiemdziesiątych i fantastycznie przeniesionych w realia brzmieniowe początku lat dwutysięcznych. Ponadto słychać, iż wchodząc w klimat progresywny muzycy nie zapomnieli skąd się wywodzą i ta korekta kursu jest li tylko naturalną ewolucją ich wcześniej rozwijanego pomysłu na brzmienie. Orientacji na muzykę melancholijną, niby smutną ale gdzieś pomimo swojego mrocznego oblicza paradoksalnie optymistyczną. Dźwięki te bowiem unoszą się na fali i kołyszą, a muzycy pozwalają im na swobodne lawirowanie pomiędzy klawiszowymi suitami i bardziej dynamicznymi formami, których zaangażowane kosztowanie absolutnie nie dołuje. Hipnotyzujące Lullaby in Winter, rozmarzone The Boy in the Attic i Two Seconds in Life, najbardziej rozpędzone As Life Flows By i otwierający Crushed to Dust. Także moje ulubione Int the Deep i na koniec epicki Rain, a w międzyczasie jeszcze kilka świetnych gitarowo-klawiszowych perełek, które nawet jeśli robię sobie dłuższą od A Blessing in Disguise przerwę, to są doskonale przez pryzmat swoich walorów pamiętane i przy każdym powrocie smakuję z taką samą przyjemnością. Wracam do odsłuchów - skoro jest taka wyborna okazja. :)

środa, 1 lipca 2020

Green Carnation - Journey to the End of the Night (2000)




Motyw z tegorocznym odświeżeniem My Dark Reflections Of Life And Death przy okazji wydania nowego materiału, stał się sprężyną do chwilowego powrotu do debiutu Green Carnation. W roku dwutysięcznym weszli ci goście z całkiem już rozpoznawalnymi nazwiskami na mocno wtedy niszową scenę, która swoje najlepsze lata wydawała się mieć za sobą. Granie bowiem rozbudowanego klimatycznego metalu stawało się brodzeniem w coraz słabiej dotlenionej sadzawce, w której ostało się w miarę dobrej formie kilka jedynie grubych ryb dominujących od mniej więcej początku lat dziewięćdziesiątych. Mimo iż Green Carnation nawiązywało wprost do odchodzącego wówczas trendu, to też nietrudno było dostrzec, że ambicje artystyczne formacji sięgają również szanowanego w szerokim rockowym świecie progresywnego zacięcia. Tyle że, jak korzenie tkwią w mniejszej lub większej, ale jednak ekstremie i w dodatku próbuje się w więcej niż w śladowych ilościach korzystać przy tym ze słowiczych niewieścich treli, to niełatwo się przecież przebić do serc i gustów wysublimowanej publiczności neoprogresywnej. Stąd dalsze posunięcia grupy świadczyły o pewnej porażce domniemanej przeze mnie idei, a upraszczanie propozycji muzycznej (skądinąd w ich przypadku interesującego), jaka następowała konsekwentnie na A Blessing in Disguise i The Quiet Offspring doprowadziła grupę do głębokiego niedźwiedziego snu - aż do obecnego roku. Co tam dzisiaj grają pisałem niedawno, co tam grali u zarania spieszę donieść teraz. Niestety nawet jeśli Norwegowie zaledwie dwie dekady wcześniej debiutancki materiał nagrali, to jego zawartość przede wszystkim dziś brzmi archaiczne i utwierdza mnie w przekonaniu, że co najmniej kilka lat na większą porcję trendowego tortu się spóźnili. Może i co poniektóre kompozycje z Journey to the End of the Night posiadają walor niezłej słuchalności (tutaj właśnie wyżej wspomniany My Dark Reflections Of Life And Death zasługuje na wyróżnienie), lecz zastosowane środki w studiu nagraniowym dość wysoce odbierają mu tą moc i wyrazistość, jaka w nowej wersji potrafi przykuć moją uwagę - do uzależnienia niemal włącznie. :) Podsumowując, nie mówię że jestem bez oporów na tak, nie mówię też że jestem bezdyskusyjnie na nie. Mówię po prostu, że w odpowiednich okolicznościach miejsca i czasu mógłbym zawartość Journey to the End of the Night pochwalić. Szkoda tylko, że podróże w czasie nadal są poza zasięgiem możliwości człowieka.

środa, 13 maja 2020

Green Carnation - Leaves of Yesteryear (2020)




Pierwszy od piętnastu lat świeży studyjny wypiek Green Carnation pojawia się z zaskoczenia, bez naturalnie wielkiej pompy promocyjnej i zaskakuje nie tylko tym, że jest, ale też iż bardzo mocno punktuje w kwestii jakości. Znając doskonale twórczość Norwegów z przełomu tysiącleci, a nawet w owym czasie będąc pod zdecydowanie sporym wpływem ich muzyki śmiem donosić, iż te pięć nowych kompozycji zawartych w niespełna trzech emocjonujących kwadransach (to i tak więcej niż jedna w czterech - Light of Day, Day of Darkness się kłania :)), to jedne z najlepszych utworów jakie "zieloni" w swojej historii skomponowali. Oczywiście nie jest to jakiś gigantyczny skok jakościowy, więcej nawet pomiędzy albumami sprzed lat, a Leaves of Yesteryear nie dostrzegam znaczących różnic w stylu i mocy oddziaływania, ale kiedy dla porównania przypomniałem sobie A Blessing in Disguise i The Quiet Offspring, to odczułem, iż właśnie "świeżynka" (w post scriptum zwięzłe wyjaśnienie dlaczego w cudzysłowiu) robi najlepsze wrażenie. Gdzieś jedynie wspomniany powyżej Light of Day, Day of Darkness odbija się podobnym echem i gdybym miał teraz ustalać kolejność względem współczynnika waloru słuchalności do waloru ambicji, to ten najnowszy krążek ustawiłbym na równi z płytą z 2001-ego roku, a pozostałe dwa zakotwiczył poniżej - z delikatnym prymatem trójki nad czwórką i bez umieszczenia w tej hierarchii debiutu (bo mało z obcowania z nim szczerze pisząc pamiętam, a czasu na "pełne" wspominkowe odświeżenie nie znalazłem) i naturalnie bez akustycznego Acustic Verses (bo to zupełnie inna kategoria gatunkowa). Kiedy od kilku dni Leaves of Yesteryear osadzony w tak samo w refleksyjnym jak i dramatycznym kontekście muzyczno-lirycznym często z ogromną melancholijną dla mnie przyjemnością w głośnikach wybrzmiewa, to myślę sobie, iż to wspaniała dla mnie niespodzianka i nie tylko okazja aby nieco zapomniana już formacja w niewiele tylko odmienionej formule na nowo mnie zainteresowała, ale także okazja aby mroczną metalową progresję z całkiem wyraźnymi ambicjami pod innymi szyldami powspominać. Takim nie całkiem ślepym trafem popularny serwis z filmikami (i nie tylko) podsunął mi pod uszy kolejnych ciekawych przedstawicieli sceny sprzed już dwóch dekad, których świadomość istnienia przykrył kurz, a wynik spotkania (jak na razie) z ich również powrotnym po latach albumem już zaraz/natychmiast w formie zwięzłego quasi eseju w stronach NTOTR77 umieszczę.

P.S. Nie zapominam donieść, że cztery kompozycje to w pełni autorska robota (w tym aranżacyjnie odmieniony My Dark Reflections of Life and Death), a piąty to jak spojrzycie w rozpiskę świetnie zaaranżowany klasyk legendarnej ekipy z Birmingham. Co w proporcjach nowy do stary zmieniając wiele, niewiele właściwie nic nie zmienia, kiedy powtarzam jako całość album brzmi kapitalnie.

Drukuj