Noworocznego uzupełniania ciąg dalszy, bowiem okazuje się iż się zaczęło wylewać, gdy ostatni album In the Woods... wziąłem w obroty i okazało się, że ziomkowie z Green Carnation także w minionym coś wyrzeźbili i wydali. Nie ma jednak tak dobrze, że po bardzo udanej Otrze przyszło mi się zachwycić równie okazałym (subiektywnie) jakościowo A Dark Poem Part I: The Shores of Melancholia. Nie napiszę (nie to to nie) bardzo o premierowym Green Carnation źle - nie o to w moim problemie z nim chodzi, że to materiał słaby, ale o to, iż kompletnie do mnie nie przemówił. Zaskoczka solidna kiedy wziąwszy pod uwagę fakt niepodważalny, iż tak klasyczne albumy Norwegów, jak i specyficzny, bo poniekąd odgrzewany ostatni materiał wpadały mi w ucho, a do tych z początków lat dwutysięcznych to jestem wprost przywiązany sentymentalnie i odsłuchowo, bo co jakiś czas potrzebuje ich odświeżenia i jest to chwila naprawdę przemiła. A Dark Poem Part I: The Shores of Melancholia niby posiada wszystkie cechy właściwego stylu grupy - jest przede wszystkim w całej rozciągłości i głębi emocjonalnie, solówki są powłóczyście soczyste, refreny się potrafią przykleić do ucha, bowiem melodie mają w sobie przyjazną czystość i wrażliwość, czy riffy niosą konkretne uderzenie metalowo-rockowe, a z całości w formule progresywnej nie wieje teoretycznie nudą, bo pomysłów na czasem ostre (doczytuję, iż gościnny udział typa z Enslaved), czasem (raczej zwłaszcza) nieostre zakręty aranżacyjnie nie brakuje. Kłopot tylko w tym, że jak teoretycznie jest w porządku, to praktyka swoje i ja po odsłuchach wciąż jestem zmęczony, więc brakuje mi ochoty oraz elementarnie powodu do zachwytu, bądź co najmniej uznania, że wyszło w moim odczuciu tak fajnie, jak fajnie by się wydawało z pozoru iż wyszło. Paleta środków w teorii i zasób umiejętności są szerokie, a jednak nie jestem w stanie w tym momencie do efektu finalnego przekonać się tak w stu procentach jakbym sobie życzył, zatem pozostaje okazanie wstrzemięźliwości pokornej, bądź stwierdzenie subiektywne na maksa, iż Green Carnation tym razem nie wyszło. Radykałem w żadnym aspekcie oceny realiów się nie czuję, stąd zakończę wywód może nieco niestabilny określeniem bezpiecznym, iż nagrali to co zamierzali, a konsekwencje odbioru mogą być jak widać różne. Raz niemal euforyczne (sporo dobrego o powrocie na dobre Green Carnation się pisze), raz bez względu na sympatię dość chłodne - tak to o moim stosunku. Dziękuję za uwagę!

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz