Starość jest w nadziei na długie życie celem i z drugiej manieczki gigantycznym lękiem przed długotrwałym przeciąganiu końca wszystkiego. Może być oczekiwaniem na wyhamowanie z codziennego biegu, ale i zarazem totalnie paraliżującą obawą przed odstawieniem człowieka w kąt - by sobie tam w „komforcie” snujących się dni i czasu dla siebie, na nieuchronny kres cierpliwie czekał. Sędziwy stan jawi się więc jako pełen sprzeczności i niby by się chciało tegoż doświadczyć, jeśli fart pozwoli i gdzieś po drodze człowiek nie zniknie z dnia na dzień nagle, bądź co gorsza w fizycznych i psychicznych cierpieniach choroby dech tracąc. Jak i może lepiej by było uniknąć jego, tym bardziej jakiegoś monotonnie nijakiego, tudzież miast możliwość jeszcze odrobinę czerpania z życia bezradnie dźwigając dokuczliwe dolegliwości, męczyć się w stanie zaawansowanie seniorskim niemożliwie. On po prostu podstępny, niebezpieczny, potrafi zapewne zaskoczyć i zmartwić, ale i ona, starość ta teoretycznie spokojna, bo świadoma, dojrzała i na swój sposób racjonalna, zebrawszy doświadczenia i przepracowawszy je, racjonalnie i zbawiennie klamrę naturalną oferując podsumowująca, fajna na swój "masochistyczny" sposób. Nie wiem czy będzie mi dana i jaka - zastanawiałem się, gdy pod wpływem jednej rekomendacji sprawdzić mi się zdarzyło mały oraz bez sprzeczności smutno-optymistyczny film wiszący na Netflixie. Prosty, bez pretensji wielkich ambicjonalnych, a mądry, uroczy bo wrażliwy -empatyczny. Po raczej taniości, ze słabościami realizacyjnymi, oczywistymi sytuacjami i groteską (sporo było dziwaczności w nim), ale przede wszystkim bez skomplikowanego do przesłania klucza. Wprost z poczuciem odjechanego i świadomego humoru o starości i samotności, z mocną obsadą weteranów. Z wnioskami dodającymi finalnie otuchy i siedmioma kocimi truchłami, zniebieszczonym łbem ufoka oraz sentymentem myślę do klasycznego Kapuśniaczku z Louisem de Funèsem.

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz