piątek, 29 maja 2026

Project Hail Mary / Projekt Hail Mary (2026) - Phil Lord, Christopher Miller

 

Mocno się przed wyrażeniem przekonania ociągałem, ważyłem bowiem bardzo ostrożnie za i przeciw zanim bym nazbyt pochopną opinię wydał. Pierwotne nastawienie mega optymistyczne, na które złożyć się miały zachwycone słowa, zdania, całe elaboraty, tak przeciętnego widza, jak raczej w przeważającym stopniu również rzadko zgadzającej się z ogółem, zawsze wymagającej poziomu najwyższego zawodowej krytyki, na początku pięknie się zgrały z moimi własnymi odczuciami. Niemniej jednak gdy chwila od seansu minęła, poczułem że nosem niepokojąco kręcić zaczynam, bowiem że za ciepły, za wzruszający i za za za, wszystko co kojarzy się z kinem o przyjaźni - kinem dalekim od wybitnego, ale jednocześnie takim którego pomimo jego wymienionych przywar, nie da się nie lubić. W tym sensie Projekt Hail Mary jest taki fajny, że wysyła większość konkurencji w czarną dziurę ze wstydu. Wzruszu tutaj masa, ale takiego emocjonalnego milusiania, które sprawnie zdaje się równoważone równą proporcjonalnie dawką doskonałego, uniwersalnego poczucia humoru. No nie ma opcji, żeby naturalnie finezyjnej interakcji dopktora Rylanda i Rocky'ego nie ulec, nie porechotać szczerze i nie poczuć ciepełka na serduszku, jak i nie przeżyć dramatycznych wątków, tak jakby oglądało się najlepszą z interpretacji historii o Lessiem. To właśnie poniekąd ten sam trop emocjonalny, który w kilkudziesięciu pewnie podobnych odsłonach wywoływał łzy, a najbardziej okazale je wyciskał, kiedy Parker Wilson (Richard Gere) zbudował niezapomnianą więź z Hachiko. :) Innymi słowy zamiast pieska dostajemy równie silnie łaskoczącą tam gdzie na duszy wrażliwe "żywą skamielinę". Do tego cała otoczka wizualna, czyli przestrzeń kosmiczna, efekty, zdjęcia i kolorystyka - wszystko to dodatkowo jeszcze skutecznie pociągające i hipnotyzujące. Familijny Interstellar poniekąd, czy doskonałe feel good movie w kosmicznym uniwersum, z czasem zasady bardziej, czasem mniej ssącym Goslingiem (cytuje stereotyp), któremu łątkę aktora "kluski" nie trudno przyszyć, tak jak nie ma problemu aby pośród jego już gigantycznego dorobku aktorskiego, nie znaleźć kreacji kontrargumentującej żarty prześmiewców, samych częstokroć śmieszniejszych w swych wywodach, niż sam słodziaśny Ryanek. Ryanek który przypominam że nieraz pokazał, iż posiada papiery na granie nie tylko komediowe - przeszukajcie proszę ten szeroki katalog zaczynający się od pajacowania, a kończący na twardzielach równych najtwardszych, tyle że z buźką ciasteczka. Tutaj trzyma się z charyzmą tej pierwszej z wymienionych skrajności, dodając oczywiście konkretną dawkę ciapowatości i prawdziwego oddania dla sprawy i zdobytego przyjaciela z dalekiej galaktyki. To Ryan po prostu po "ryanowskiemu" zdobywający serducho widza - udowadniający iż jak ktoś podsunie mu oryginalną wizję całościową, wdzięczny scenariusz oraz go trafnie obsadzi i pozwoli na swobodę, to odpłaca się zdobywając szczyty box office'u. Dołożyłem się do tego sukcesu w towarzystwie, z niekłamaną przyjemnością, nawet jeśli nie uznaję za kino które mi się pod skórą odłoży, to pośród wszystkiego co w większości obecnie wokół człowieka dołującego, fajna to przeciwwaga i odtrutka na czasem zbyt przeginaną wizję wszechogarniającego cynizmu. Za ten znakomicie ozdobiony też siłą rezonującą muzyki z tła powrót do fundamentu pośród wartości, to ja serdecznie wszystkim zaangażowanym w PHM dziękuję. Kategoria "miód na serduszku". :)

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Drukuj