To będzie krótki tekst, zawężony w zdecydowanym stopniu do przekierowujących odnośników, a związana taka strategii recenzjo-refleksji z faktem, że co miałem do powiedzenia w temacie powrotnych, gęsto wydawanych do dzisiaj albumów In the Woods..., to we wcześniejszych tekstach o Pure (2016), Diversum (2022) i Otra (2025) dałem już do zrozumienia. Cease the Day swego czasu pominąłem, bowiem być może przeszedł po prostu bez właściwego dla ważnej dla fana nuty klimatyczno-metalowej z drugiej połowy lat dziewięćdziesiątych echa. Ja zwyczajnie nie spodziewałem się, iż pójdą tak szybko za ciosem, bowiem Pure jako ciosu nie postrzegałem i raczej wróżyłem niepotrzebne przebudzenie do walki o swoje miejsce na scenie, niż powrót w chwale i po chwałę. Moje gusta być może się z gustami bardziej wiernych fanów rozjechały i zespół czując że jest dla niego miejsce, nagrał rzeczony, u mnie jak widać po macoszemu potraktowany. Ogólnie postrzegam go jako pomost naturalny pomiędzy mało przeze mnie chwalonym Pure (patrz recka archiwalna), a trochę bardziej zaciekawiającym Diversum (patrz ponownie recka archiwalna), ale i tak najlepsze co do tej pory nagrali w drugiej odsłonie, to ubiegłoroczna Otra. Szkoda czasu na mielenie co już przemielone. Dziękuję za uwagę. ;)

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz