czwartek, 2 lipca 2026

Mutoid Man - Bleeder (2015)



 
Melduję, iż otrzymując wciąż i wciąż od podświadomości sugestię że czas się kurczy i kurczy naturalnie niemożliwie, spróbowałem raz jeszcze (tym razem już znając więcej niż debiut) rozpoznać rzeczony raz jeszcze i czuję, że nieco inaczej go odbieram, niźli wcześniej - przed około JUŻ dekadą. Kolejne powstałe albumy Mutoid Man (kogo one dokładnie, dla niewtajemniczonych wcześniej szerzej pisałem) dłużej po premierach na mnie wpływały, ale w sumie żaden nie przebił się do ścisłej rotującej czołówki na tyle bym wracał do niego systematycznie i konsekwentnie, natomiast Bleeder to był jedynie epizod u mnie - poznałem, pomyślałem fajnie , ale jedno i drugie, po czym po części kompletnie zapomniałem. Nie miał na taki stosunek wpływu fakt, że to słabe wydawnictwo jakościowo, ale zwyczajnie podobne dźwięki serwowane przez główną inspiracje dla MM czyli Mastodon, wystarczają bym pozostał tylko przy tych większych. To finezyjne hard-core'owe i sludge'owe granie, z mocnym akcentem melodycznym, nieoczywistymi podziałami rytmicznymi - szaleństwem w nieokrzesanej spontaniczności i żywiołowo też momentami opanowane, przyhamowane z kierunku agresywnego na refleksyjny. Wokalnie różnorodnie akcentowany, choć głos na tyle charakterystyczny, że z miejsca przyklejający się nie tylko do frontmana głównego zespołu, ale i do tego projektu. Wachlarz szeroki w zasadzie w każdym elemencie instrumentalnym i w zaśpiewach - wybuchowość i żywiołowość plus do rozpoznawania długofalowego niebanalny zmysł melodyczny. Gdyby ktokolwiek potrzebował bardziej jasnej wskazówki, a nie zdążył już sprawdzić i sam pokojarzyć, to Bleeder zaczyna się tam gdzie kończył się pionierów "Blood Mountain" - choć nie jest to myślę aż tak jak wspomniany wciągający materiał. Być może póki nie poświęci się jemu więcej ze swojego kurczącego się życia, niż ja z łaski swojej poświęciłem. ;)

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Drukuj