piątek, 10 lipca 2026

Pillion (2025) - Harry Lighton

 

Odważne, w sensie możliwości obyczajowego napiętnowania role (jeden i drugi aktor z pary kozak), bezkompromisowe sceny (na surowo i ostro), ale to nie jakieś totalne zniesmaczenie, bo zdecydowanie to nie wyłącznie relacje seksualne męskie mnie o konsternację przyprawiły, ale sposób traktowania jakiego doświadcza postać/bohater, ze strony postaci/bohatera. Bliskość fizyczna to raz, a wykorzystywanie w kontekście psychicznej obojętności i przemocy cielesnej z nastawieniem na służalczość i cierpliwe znoszenie upokorzeń, to z wielkich liter, migające czerwonym światłem DWA. Brak dumy, a może niemożliwa do zniesienia samotność w tłumie, bądź w dodatku tak niskie poczucie własnej wartości, że pozwala się doprowadzić do wręcz upodlenia - może to szokować i wyrwać ze strefy moralnego komfortu. W tym kontekście jest to potężna dawka szokersa, tak jak prawdę pisząc są tu też momenty, że szczena opada (idę o zakład, iż nadwrażliwych, a może przede wszystkich niepewnych swojej heteroseksualności one oburzą święcie), kiedy środowisko więcej niż stuprocentowych motocyklowych samców, prezentuje skłonności do sado-maso, w odmianie niewolniczo homoseksualnych, z kłódką z łańcuchem dosłownie na szyi praktyk. Dlatego może lepiej za dużo nie zdradzać i nie zniechęcać, zachęcając prowokująco zarazem do machania transparentami środowiska zlęknionych, dodając tylko ostrożnie i optymistycznie być może, że w dramacie nieoczywistym, w punkt przekornym i całkiem w odpowiednich chwilach tragikomicznie ironizującym, odnajduję się też kochająca rodzina (wartości rodzinne zawsze na propsie), naturalnie i bezdyskusyjnie akceptująca te napiętnowane społecznie zachowania seksualne oraz ewolucja opisanej wyżej relacji - tak zaskakująca, iż poniekąd (gdyby nie podstawa naukowa) niewiarygodna. Kłódka na szyi może i wciąż pozostaje, ale robi się/jest empatycznie i zabawnie, patrząc na zdruzgotane sztywne konwenanse i tabu się roztrzaskujące, w tej opowieści o samotności i skromności. Towarzysząc poddawanemu próbie bohaterowi w wyboistej, pełnej pokory drodze do wyzwolenia. Rzecz nie taka ofensywna i nie taka śmiertelnie poważna, jakby się z pozoru mogło wydawać. Uznania dla Pana reżysera, podkreślę że debiutanta. 

czwartek, 9 lipca 2026

Deep Purple - Splat! (2026)

 

Sprawa wygląda jasno, wszystko jest dla mnie od lat myślę jednak zrozumiałe, że w moim, wciąż jeszcze teoretycznie rozwojowym wieku, trudno mi utrzymać zainteresowanie bieżącymi produkcjami jednej z moich ulubionych legend hard rocka, bowiem (cholera cholera cholera!), jak tu słuchać z zainteresowaniem wypocin emerytów, gdy w tychże próbach kompletnie nie słychać, tego wszystkiego co niegdyś (no tak, gdy zaczynali i jeszcze się przepoczwarzali) powodowało, iż powstająca muzyka była pasjonująca. Dzisiaj to co nagrają  nie ma już nic wspólnego z porywaniem do przeżywania nuty na różnych, podnoszących włosy na przedramieniu poziomach. Sentymentalnym, czy energetycznym - nie ważne, czy na zawiasa czy szaleńca! Najgorsze jest jednak nie to że Splat! jest za miękki czy za twardy, za wolny czy za szybki, tudzież fajny czy niefajny. Problem w tym, że on jest obiektywnie najlepszym co legenda nagrała od bardzo wielu lat i ja słuchając zawartości nawet złapię się na tym, iż poszczególne riffy, motywy czy wątki, a nawet konstrukcje mnie przez moment zaciekawią (pierwsze ze środka Scriblin' Gib'rish), lecz kompletnie nie łączy się ono z jakimkolwiek większym czy tym bardziej dłuższym wyrzutem dopaminy. Może dlatego, iż dzieje się niby w kompozycjach ze Splat! sporo, ale to sporo to jakaś siłowa jednak sklejka, u której motywacja bez ikry, żeby może jak zaklniemy rzeczywistość się udało, tak jak niegdyś (parafraza porównania Gillana), za czasów Highway Star czy najlepiej Smoke on the Water, inaczej, czyli według mnie popuścić lejce, wcześniej smagając tego narowistego już z natury rumaka do szalonego, często improwizowanego galopu. Niestety wiek nie pozwala się już pogibać elastycznie tak fizycznie, jak mentalnie i jakby się "starsi chłopcy" nie spięli, nie zmobilizowali i zaktywizowali, to ich nuta nie będzie tak luźna, lotna i pierwotnie dzika. To przykre (rozumiem doskonale), ale nawbijali w indeksy potężną ilość nutek, przyjęli postawy sugerujące nonszalancję, a gdy zajrzeć pod skórę tym wykonom, to paradoksalnie, one negują wszystko co naturalnie powinno wynikać z przyjętego kierunku na rockowy żywioł. Zamiast niego dostałem wydmuszkę ze spłaszczoną dynamiką i miałkością aranżacyjną, w której sterylności nie mam zamiaru na siłę doszukiwać się czegoś więcej prócz często wręcz kiczowatych, jakby z wieczorka zapoznawczego z sanatorium melodyjek. Spiętego patetycznego dryfu bez powietrza, jakby na jednym, długo przytrzymywanym wdechu. Powiem mocniej (mimo że podkreślam, iż to prawda obiektywna, jakoby Splat! ma najwięcej w sobie do komplementowania, niż chyba każde pojedyncze studyjne wydawnictwo, powstałe w obozie Brytyjczyków w XXI wieku), ŻE dałbym sobie zdjąć pazurka z małego paluszka, IŻ w powstaniu takiego zestawu riffów i klawiszowych wzorów maczała swoje diabelskie kopytka sztuczna inteligencja. Jak nie na maksa, to dopieszczała całość, doszlifowując też twierdzę wizję z koperty.

P.S. Natomiast jakby mnie ktoś jeszcze zapytał - a jak wokal? Zaproponowałbym Ianowi zgadać się na kufelek z ziomkiem Robertem (tak z Plancikiem), który mógłby wytłumaczyć mu, co śpiewać kiedy tego co chciałby śpiewać, już zaśpiewać nie jest zajebiście w stanie.

środa, 8 lipca 2026

Backrooms / Backrooms. Bez wyjścia (2026) - Kane Parsons

 

Dzień dobry/dobry wieczór, kina mocnych wrażeń „dreszczowych” maniakom. Przypominam/donoszę, iż była bardzo niedawno na ustach wielu Obsesja, obecnie w apogeum zainteresowania od kilkunastu dni pozostaje Backrooms. Horrory na propsie i to autorstwa kompletnie nowego pokolenia filmowego, bowiem te dwa i w ostatnim szerszym nieco czasie, kilka innych ważnych, bowiem frapujący i wdzięczny kierunek obierających, dystansujących się od wyłącznie efektowności na rzecz głębszych treści, produkcji nastawionych żniwa. Backrooms jest interesujący koncepcyjnie oraz w mocnym pomieszaniu z poplątaniem (czytaj bezpośrednim chaosie alegorycznym) zdatny do intensywnego rozbierania na części składowe i rzecz jasna wyciągania wniosków, sugestiami podsuwanych. Nie wszystko na pewno według intencji młodocianego kierownika tego zamieszania połączyłem, nawet jeśli dwóch głów używając, do swoich wrażeń te Lalu dopasowałem. To przecież jest chaos spory, nagromadzenie tajemniczych motywów, nawiązujących do wspomnień podświadomości, jakie we łbie uśpione i wybudzane w konkretnie sprężynujących okolicznościach. Opisywanie obrazem tego co znajdujemy w zapętleniu wspomnień, co nam zrobiło dzieciństwo i z czym nas pozostawiło. Częstokroć z nieuświadomionym przez lat mnóstwo znaczeniem wydarzeń i odcisków traumatycznych, dla bezpieczeństwa póki to możliwe wypieranych. Z koszmarem zza pleców, na pełnej najczęściej wchodząc w „przed-starość”, w tym przypadku wizualnie kapitalnie zilustrowanym, dzięki zastosowaniu kameralnych, a jednak widowiskowych efektów specjalnych. Mnie w tym labiryncie, w towarzystwie bohaterów, całkiem fascynująco w transie gubiło jedne myśli, natrafiając na inne i korzystając z własnych doświadczeń mało konstruktywnych, z klocków pamięci i pół-pamięci i czarnych dziur, własną mapę strachów tworzyło. Wszystko wypływa z zapętleń i wszystko finalizuje się zapętleniami, w tej alegorii terapii - otwierania drzwi i okien do osobistej twierdzy w głowie, z których co rusz wypada jakieś trupie truchło z przeszłości, prowadząc skomplikowanymi labiryntami, przez analizowane koszmary, do jednego banalnego wniosku, że jeśli traumy z czasu smarkatego nie dadzą rady (stając się w międzyczasie morderczymi cieniami) Cię człowieku zabić, to na pewno gigantycznie nie raz Cię zdemolują. Być może dlatego bronię się i jeśli tylko nie jest to konieczne, nie wycofuję i nie podejmuję konfrontacji - lukając ostrożnie w permanentnym, ale oswojonym lęku zza ochronnej szyby samotności, stworzonej i pielęgnowanej banieczki. Nie prowokuję starcia, gdyż mój wewnętrzny potwór, aktywuje się poprzez bez zrozumienia reakcję otoczenia. Dlatego interpretacyjne spojrzenie debiutującego smarkacza, ma dla mnie znaczenie i nie będę tu narzekał, że może za dużo tu było nachalnego psychologizmu. Było go tyle ile uznał autor za konieczne i nie skupił się wyłącznie na intelektualnej głębi, ale sieknął też kilka razy surowo i konkretnie kapitalnymi „strasznościami”, korzystającymi skutecznie z podkładu dźwiękowo-muzycznego. Z pewnością nie było możliwości aby przyciąć komara, bowiem konsekwentnie to co wypływało z ekranu niepokoiło i intrygowało. Zwięźle ujmując, porządny kawał porządnie zagranego, „klaustrofobicznie geometrycznego slashera terapeutycznego” wciągnąłem!

wtorek, 7 lipca 2026

East of Eden / Na wschód od Edenu (1955) - Elia Kazan

 

Lalu się całkiem mocno po obejrzeniu efektem podniecała, ja natomiast pozostałem raczej niewzruszony, więc gdyby nie natłok u niej innych okoliczności niesprzyjających spisywaniu refleksji, to w tekście poniższym więcej byłoby opinii pozytywnej lub wręcz entuzjastycznej, niż tej jak się okaże dość wstrzemięźliwej, ale nie napiszę że rozczarowującej w odczuciu i w odniesieniu do meritum. Zatem jeden film, a dwa stany po skosztowaniu i moje pierwsze przekonanie, bądź obawa iż może czegoś nie zrozumiałem, na coś nie byłem odpowiednio wrażliwy, więc ocena kompletnie nie będzie nasączona pewnością siebie - raczej zdystansowana, pozostawiająca pootwierane furtki do ewentualnej zmiany zdania, gdy okaże się być może kiedyś, że coś zaświtało, jakieś połączenia w przemyśleniach zatrybiły i w konsekwencji przymusiły w poczuciu wstydu, głowy spuszczonej do oddania Kazanowi i Deanowi sprawiedliwości. Może się tak zdarzyć, gdy przynajmniej zrozumiem jak doskonałym fundamentem była powieść Steinbecka, bowiem na półce wypycha się do przeczytania tegoż biografia, a przecież nic do trafionego odbioru twórczości nie przybliża jak znajomość kontekstów z życia i inspiracyjnych sprężyn. Na dzisiaj jednak napiszę tylko tyle (zostawiając miejsce na ewentualny edit, tudzież coś w rodzaju poszerzonej erraty), iż faktycznie temat ambicjonalnej, podszytej zazdrością walki o względy ojca plus konkurowania dwóch braci o serce jednej kobiety, to podstawa iście dla opowieści bogatej w namiętności i dramaty perspektywiczna, ale w przypadku kina hollywoodzkiego z połowy lat pięćdziesiątych i sposobu w jaki uniesienia w nim były ukazywane, dla mnie jak się okazało nazbyt emfazą przesiąknięte, kiedy w dodatku maniera Jamesa Deana bywała równie emocjonująca co przeszarżowana – w sumie zasługująca na kultową adorację. Zatem waham się, ale fascynująca i doceniona przez miłośników, w praktyce literatura Steinbecka, w formule kina Kazana u mnie na ten moment uznania na jakie się nastawiłem nie zdobyła. Może jednak to nie tylko problem aktorstwa jakie dzisiaj lekko przekoloryzowane uczuciowo, ale właśnie podstawa była nadmiarowo melodramatyczna i popuszczająca wodze w kierunku taniej sensacji, a sam Steinbeck nie był pewny czy zmierza w trafnym kierunku, sam nie wiedząc do końca i niejasno mącąc, co sądzi o ówczesnej kondycji człowieka. Być może konstrukcja jego prozy była nazbyt złożona, do zekranizowania w formule oddającej jej najważniejsze walory niezdatna. W końcu być może postaci były mało wiarygodne, mimo że sposób opowiadania wymagającej historii, na kartach był pełen życia. Mam może też poczucie, iż ta wielowarstwowa i podsumowana mocnym finałem quasi epopeja rodzinna, nie jest adresowana do typów mnie podobnych, całkiem solidnie impregnowanych na przejaskrawianie. Nie uważając jednocześnie, że sagi rodzinne, jeśli są psychologicznie wiarygodne, bywają gatunkiem jaki wywołuje we mnie uczulenie. Patrzcie proszę na moje przykładowe uwielbienie dla Wichrów namiętności.

poniedziałek, 6 lipca 2026

Silent Friend / Milcząca przyjaciółka (2025) - Ildikó Enyedi

 

Kino otwarte, szeroko interpretacyjnie rozbudowane, pulsujące wewnętrznie i zamknięte, sprowadzone do skompresowanego, kameralnego slow cinema snuja jednocześnie. Harmonijnie otwarte i zamknięte estetycznie i formalnie - bez śladów uczestnictwa w tych dwubiegunowych określeniach sprzeczności. Kino metaforyczne, alegoryczne, więc trudne i żmudne, ale oferujące również masę głębokich przeżyć, niebezpośrednio, stopniowo w widzu, niczym wzrastająca roślina wzbudzanych. Wymagające obserwacyjnego zmysłu nastawionego na pełną koncentrację i zarazem pozwalające zatapiając się w kontemplacji odpocząć, gdzieś na granicy intensywnego wysiłku intelektualnego, w spokojnym, płynnie swobodnym otoczeniu pozbawionym jednakże chaosu wynikającego z natłoku ważnych myśli. Ostentacyjnie wręcz artystyczne i refleksyjne, jednako nie pobudzające odruchu obronnego, jaki często wiąże się z uczestnictwem w reżyserskim autorskim rytuale, stworzonym z pobudek etycznych, odpowiedzialności za wskrzeszanie szlachetnych wartości. Niebanalny a jakże temat, prawdę pisząc mnie totalnie zaskakujący na poziomie opracowania i docierania do sedna przesłania i analizy obranego eksploracyjnego kierunku. Uczestniczyłem i czułem, żyłem w procesie hipnotyzującym, czymś na kształt barwnej i kompletnej erudycyjnej medytacji, jednakże skutecznie uciekającej jak wspomniałem od nadęcia koncepcyjnego. W urzekającym, magicznym, widowiskowo intrygującym przeżyciu z głębokim wnętrzem i silnie rezonującym charakterem. Botanicznym eseju o fabularnie ludzkim kontekście - traktacie komunikacyjnym z fascynującymi paralelami, analogiami. Narracyjnej perełce, naukowym multimedialnym niemalże wykładzie, jaki pasjonuje i po wybrzmieniu potrafi zmienić w człowieku perspektywę, a być może nawet obudzić namiętną florystyczną pasję. Wielkie ilustracyjne kino gigantycznej wrażliwości, z monumentalnym finałem. Wprost naj haj. :)

P.S. Przepraszam za quasi poetyckich uniesień zatrzęsienie, kosztem innych właściwości w recenzji istotnych pominięcia. Świadomie sobie w coś więcej poza scenariusz, warsztat i technikalia odpłynąłem. ;)

niedziela, 5 lipca 2026

The Killing / Zabójstwo (1956) - Stanley Kubrick

 


Druga poważniejsza noire wprawka Kubricka. Po Pocałunku mordercy (subiektywnie warto było luknąć) tytuł, który właściwie powinien jeszcze większe względnie wrażenie na mnie zrobić. Tymczasem mam poczucie, które z jednoznacznym przekonaniem ma niewiele wspólnego. Niby dobre (piszą że nawet bardzo), ale czy wizualnie podobnie intrygujące. Raz czuć że to kolejny krok warsztatowy, tylko czy wykonany w spodziewanym kierunku. Kubrick na tym etapie, to artysta który nieco rezygnuje z surowej ekstrawagancji debiutanta lub być może prezentuje się jako twórca bardziej okrzepły, wstrzemięźliwy, a przez to raczej pozbawiający Zabójstwa drobnych ciekawostek - wizualnych w rzeczy samej. W poprzednim wejściu wiąże inspiracje suspensem w klimatach Hitchcocka, z obrazem, gdzie czuć oddziaływania niemieckiego ekspresjonizmu, tak w tym przypadku jest nie wyłącznie właśnie “hitchcockowy” (bez tego “trzęsienia ziemi i dalej tylko napięcie rośnie”), za to z reporterskim zacięciem prowadząc narracyjną fabułę, mieszając udział wielu bohaterów, mających wpływ na właściwą, złożoną z puzzli rozsypanych, lecz raczej o wyrazistym wyglądzie, bandycką intrygę i przypominając poniekąd tym samym, jak osoba narratora może decydująco wpłynąć na usystematyzowanie i historii budowanie plus jak (przy okazji) w scenie bójki w barze, niestety ośmieszyć z dzisiejszej perspektywy choreograficzny warsztat ówczesny. :) Niby technicznie Zabójstwo jest mniej kanciaste, bardziej łagodnymi liniami ociosane, inaczej podobne do innych gatunkowych produkcji, ale przez to brak mu charakteru który poprzednio mi się tak podobał i sugerował odrobinę przyszły rewolucyjny wpływ Kubricka na historię kina. Bardziej spójnie i dopracowane, nie oznacza dla mnie w tym przypadku lepsze. Oznacza jedynie bardziej zaawansowane, więc zapewne stąd to dość szerokie pole do różnic w opiniach. Mogę kręcić nosem, ale ironicznie przekorny i absurdalny (nieźle grubo uszyty zbiegiem psich okoliczności) finał, bardzo szanuję. :)

sobota, 4 lipca 2026

Disclosure Day / Dzień objawienia (2026) - Steven Spielberg

 

Nie będzie przychylnie, bo niby dlaczego miałoby być jeśli kino opuściłem wręcz w poczuciu zniesmaczenia - rozczarowania na jeszcze wyższym poziomie. Tak tak, Spielberg to jest taki fajny, widowiskowy, tylko czasem przyczepiony do estetyki jedynie efektownej, z niby akcentem tutaj „na coś więcej”, ale to pozór - to takie korzystanie z narzędzi kinowych by rozbudzić fantazję, tam gdzie zaczyna się ciekawość i karmienia opinii publicznej mniej lub bardziej przekonującymi dowodami popierającymi póki co to nadal teorię spiskową. Na podstawie wyświechtanej, ale być może (o ho ho ho!) prawdziwej tezie, ukrywania materiałów o odwiedzinach obcych na naszej planecie, refleksyjna próba na poziomie mało rozgarniętego białego amerykańskiego człowieka, mądrzenia się o kondycji ludzkości, gdy chaos zagląda w oczy. Tajemnica przecież u fundamentu mega interesująca, tempo w scenariuszu i pracy montażysty intensywne, ale racjonalnie to jest totalnie puste, polepione fabularnie na ślinę, z mnóstwem drobnych niedorzeczności. Ponadto mierzi cholernie to „williamsowe”, klasyczne opowiadanie muzyką - że jakby nie było treści w obrazie/obrazu na ekranie i tak by się coś w sensie nastroju przeżywało. Zakładając rzecz jasna, że pozwoliło by się porwać w skojarzeniach czemuś w rodzaju kolejnej, syntetycznej nieznośnie współczesnej odsłonie przygód Indiany Jonesa, tylko bez Forda, bez tego i tamtego jeszcze. Możliwe iż realizacyjnie przyjemna przygoda kontynuująca pół wątki i ćwierć wątki poniekąd od miejsca gdzie skończyły się Bliskie spotkania trzeciego stopnia, ale w moim odczuciu mało efektywna koncepcja, bez czarującego przede wszystkim artystycznego szlifu. W kategorii dobrego rzemiosła jest w miarę w punkt, ale rzemiosła rozrywkowego, a ja pamiętam że Spielberg nie tylko potrafi nadawać kinu dziecięcej wyobraźni standardy, ale kręcić poruszająco i z krwi i kości budować fabuły oraz postaci. Doceniam i szanuję w dziadziusiu zafascynowanego tajemniczym smarkacza, ale sorki nudziłem się potwornie, nogi przebierały mi do ucieczki - nie potrafiłem przywołać w sobie chłopca, który byłby takim Spielbergiem zachwycony. Uśmiałem się momentami z aktorskiego błaznowania, zamiast poczuć napięcie, inaczej żyć tu i teraz, przez dwie i pół godziny w świecie dobrej rozrywki. Kręciłem się w fotelu, ale nie z ekscytacji, tylko niecierpliwości, zadając sobie pytanie ile jeszcze? Epicka, natchniona przemowa Spielberga do mnie nie trafiła, bowiem ona niestety z taką dawką waty w patosie, niczym kazanie z ambony. Nadęte słowa których konsystencja mnie zapychał, niczym fast foodowe puste kalorie. Nie twierdzę mimo że NARZEKAM, że nie można się na tym znakomicie bawić. Być może trzeba tylko chcieć wejść na poziom bez konsekwencji lajtowego pieprzenia i oczu pozwalania sobie mydlenia, wszystkim co tylko dziadziuś mógł tu w przypływie natchnienia nawpychać, po łebku traktując, spłycając i ośmieszając finalnie, to co być może naprawdę poważnie jako ludzkość powinniśmy potraktować. Tylko że taki wyjadacz jak on, zdecydował się by poważne deliberowanie, podeprzeć pajacowaniem, a to jest po prostu kurde żenada.

piątek, 3 lipca 2026

Grip Inc. - Incorporated (2004)

 

We łbie majaczą cienie uczuć, już mocno upływem czasu steranych, a odnoszących się do sytuacji, kiedy Incorporated wyszło i niby powodu, przez który jest to album, który najmniejszą sympatię spośród czterech długograjów europejskiego zjawiska modern thrashowego, wówczas we mnie wzbudzał. Być może nie spędziłem z nim sam na sam, tyle ile było by potrzeba, aby się w nim zdążyć rozsmakować (to częsty mój grzech z przeszłości zaniechania), bądź trafił on w nieodpowiedni czas i nie zagrało. Niuanse, smaczki wychwytuje się stopniowo i to czyni wówczas album w oczach/uszach wielkim. Słucham teraz czwórki i charakterystykę w myślach rysując, rozwijam - rozmach jest, feeling i groove są, więc można rozbierać na detale i mlaskać, ale też można z biegu nucić motywy. Słyszę i akceptuję rolę nienachalnych quasi orientalizmów (gitarek iberyjskobrzmiących, smyczkowych wątków), porcji elektroniki, co równa się docenianie urozmaiconego thrashu, dosmaczonego. Doceniam brzmienie i produkcję, przyjmuję na klatę ciężar oraz wyrazistość czystego dźwięku oraz energetyczny potencjał, karku mięśnie nadwyrężający. Instrumentalny Olimp, bowiem "nasz człowiek" w poważnym metalowym biznesie, wie jak kręcić w studiu gałeczkami, jak pisać doskonałe numery oryginalne i biegać paluchami po gryfie, a ikona w osobie Lombardo łomoce i pędzi - petarda, pocisk, wieloręko człowieczy. Jeszcze oczywiście punk oldschoolowy w obejściu Chambers i jego sposób eksponowania dramaturgii w liniach wokalnych - szacuneczek. Nie wiem, nie do końca pamiętam, nie sprawdziłem czy wcześniej i za co "InKorpo" ganiłem. Jeśli ganiłem, niemądry przez chwilę byłem. :) Sorki sorki! 

P.S. Gdy się omówiony pojawił, naturalnie nie wiedziałem, że będzie ostatnim. R.I.P. Gus Chambers. Szkoda że Cię już nie ma sukinkocie. 

czwartek, 2 lipca 2026

Mutoid Man - Bleeder (2015)



 
Melduję, iż otrzymując wciąż i wciąż od podświadomości sugestię że czas się kurczy i kurczy naturalnie niemożliwie, spróbowałem raz jeszcze (tym razem już znając więcej niż debiut) rozpoznać rzeczony raz jeszcze i czuję, że nieco inaczej go odbieram, niźli wcześniej - przed około JUŻ dekadą. Kolejne powstałe albumy Mutoid Man (kogo one dokładnie, dla niewtajemniczonych wcześniej szerzej pisałem) dłużej po premierach na mnie wpływały, ale w sumie żaden nie przebił się do ścisłej rotującej czołówki na tyle bym wracał do niego systematycznie i konsekwentnie, natomiast Bleeder to był jedynie epizod u mnie - poznałem, pomyślałem fajnie , ale jedno i drugie, po czym po części kompletnie zapomniałem. Nie miał na taki stosunek wpływu fakt, że to słabe wydawnictwo jakościowo, ale zwyczajnie podobne dźwięki serwowane przez główną inspiracje dla MM czyli Mastodon, wystarczają bym pozostał tylko przy tych większych. To finezyjne hard-core'owe i sludge'owe granie, z mocnym akcentem melodycznym, nieoczywistymi podziałami rytmicznymi - szaleństwem w nieokrzesanej spontaniczności i żywiołowo też momentami opanowane, przyhamowane z kierunku agresywnego na refleksyjny. Wokalnie różnorodnie akcentowany, choć głos na tyle charakterystyczny, że z miejsca przyklejający się nie tylko do frontmana głównego zespołu, ale i do tego projektu. Wachlarz szeroki w zasadzie w każdym elemencie instrumentalnym i w zaśpiewach - wybuchowość i żywiołowość plus do rozpoznawania długofalowego niebanalny zmysł melodyczny. Gdyby ktokolwiek potrzebował bardziej jasnej wskazówki, a nie zdążył już sprawdzić i sam pokojarzyć, to Bleeder zaczyna się tam gdzie kończył się pionierów "Blood Mountain" - choć nie jest to myślę aż tak jak wspomniany wciągający materiał. Być może póki nie poświęci się jemu więcej ze swojego kurczącego się życia, niż ja z łaski swojej poświęciłem. ;)

środa, 1 lipca 2026

Jutro premiera (1962) - Janusz Morgenstern

 

Bardzo uroczo, z intelektualnym wdziękiem z epoki. Z mnóstwem tak samo charakterystycznych głosów, jak rozpoznawalnych natychmiast twarzy: Gustawa Holoubka, Ireny Malkiewicz, Kaliny Jędrusik, Tadeusza Janczara, Barbary Kraftówny, Wieńczysława Glińskiego, Aleksandra Bardiniego, Edwarda Dziewońskiego, Ignacego Machowskiego, Aleksandra Dzwonkowskiego, ale i Krystyny Sienkiewicz oraz Siemiona, Łazuki, czy w epizodzie Leopolda Tyrmanda. Zaprawdę wielcy i najwięksi i chciałoby się mieć to szczęście i wypić z taką śmietanką towarzyską kawkę lub coś mocniejszego w SPATiFie, ale czy byłoby jednak tak stu procentach racjonalne dzielić z tym pokoleniem surowe doświadczenia wojenne i powojenne? To już byłoby raz ryzykowne, dwa wymagające, więc wracając do sedna patrząc na ekran jest łatwiej, bezpieczniej i bardziej jednak idealizująco. Można więc między innymi skupić się na przyjemnie dopasowanej muzyce Krzysztofa Komedy, w której ambitne akcenty w rozrywkowej formule, człowiek ikona tamtych czasów, cudownie zaaranżował. W sumie nie często ostatnio korzystam (kino współczesne pomimo innej specyfiki żyje i ma się dobrze), lecz lubię takie wdzięczne, staromodne granie, ten czarno-biały, a mimo to ilustracyjny niebywale charakter obrazu oraz czar wielkich ARTYSTÓW i ich osobowości, których klasa ma ten powiew lekkości we wzbudzaniu podziwu i aplauzu. Szanuje zatem dawno zapomniane maniery i korzystam z rozmachem z obserwacji niegdysiejszych stosunków społecznych, wyższego levelu kurtuazyjnych relacji, równie jak jestem zafascynowany ówczesną szaro-burą w rzeczywistości ulicą, którą pokazywano tak, że gdyby nie socjalizm architektoniczny, cechy też drugoplanowe czy warunki materialne, można by mylić z planami z urokliwej małomiasteczkowej Francji. Bowiem sznyt naszej ówczesnej „bulwarowej farsy mieszczańskiej”, to myślę jawne nawiązanie do lekkiego, bez napinki artystycznej kina francuskiego - z oczywiście wymienionymi cechami realiów naszej części Europy. Jest tu też ździebko nawiązań do filmowania przedwojennego, bo wzorce szlachetne, choć archaiczne wciąż jeszcze wówczas, przez pryzmat nostalgii i sentymentu świeże. Obok zarazem, w osnutej talentem artystycznym symbiozie, trochę nowoczesności, w jednak przede wszystkim klasycznej oprawie, gdzie czar przystępności uzyskany za sprawą skromnych, jednakże intelektualnie błyskotliwych narzędzi satyrycznych.

wtorek, 30 czerwca 2026

Obscure Sphinx - Void Mother (2013)

 

Jak trafiłem, co o stylu i jakości nuty Obscure Sphinx myślę, w zasadzie póki co napisałem dotykając tematu krążka sprzed i po Void Mother. Podobnie jasne własne przekonanie wówczas między wierszami wyraziłem odnośnie tego jak ich sztuki wyglądają i co z nich najbardziej się zapamiętuję. Może moje doświadczenia odkrywania tak studyjnych materiałów, jak i koncertowych sytuacji są dość wąskie, bowiem na płyty nabieram ochoty raczej prawem serii i odpuszczam gdy nastąpi przesilenie, a gig widziawszy jeden, to więcej niż pierwsze, aczkolwiek może ono być głębsze przekonanie jest jedynie odciśniętym śladem w pamięci, nie zweryfikowanym już z pozycji osoby która wie czego może się spodziewać. Piszę powyższe gdyż uważam, iż powinienem się wytłumaczyć dlaczego Void Mother pod kątem analitycznym potraktuje powierzchownie - kompletnie na pierwszy odruch zdroworozsądkowy bez sensu, bowiem rozbudowane kompozycje aż się proszą aby je poddawać wnikliwej rozkminie. Uczynię wbrew może sobie zatem, dlategóż, że wszystkie trzy ich albumy są bardzo do siebie podobne, choć różnią je zniuansowania i oczywiście tendencja rozwojowa pozwala patrzeć na tą drogę przez pryzmat dojrzewania. Moje spojrzenie równa się teza, iż Void Mother jest typowym pomostem pomiędzy dwiema skrajnymi w dyskografii albumami, a każde słowo opisu zarówno Anaesthetic Inhalation Ritual i Epithaps może być wprost, czasem mniej, czasem odrobinę bardziej po poddaniu modyfikacji zastosowane do środkowego krążka. Po cholerę więc bez przyczyny i potrzeby tkwiącej w chronologicznym opisywaniu, dodawać tu powielając, że głos i charyzma Wielebnej to to i tamto, że riffy mechaniczne tak czy inaczej, frazy scalane tak i siak, czy klimat potęguje to i to, gdy zainteresowany Ty i Ty, może też Ty i jeszcze zbłąkani Oni którzy tu trafiają, klikając na rzeczone VM obstawiające (rok 2011 i 2016) materiały, w blogerskim amatorsko dziennikarskim refleksyjno-recenzenckim fasonie są dostępne i aż się wyrywają, zgłaszając pretensję do ich przestudiowania. :) To jest po prostu znakomita robota za każdym razem i w ramach rozszerzonego psychodelicznego post metalu, tudzież sludge'u, tak z posmakiem odhumanizowanego, a paradoksalnie emocjonującego - bolesnego jak sam skurw*syn (uwaga określenie za chwilę kontrowersyjne) modern gotyku, wszystkie trzy prace Obscure Sphinx to robota prze-cholera kapitalna. Bez kłaniania się z pozycji zaścianka wzorom zachodnim, a może nawet tym najlepszym dająca lekcje pokory. Słucham i znów możliwe że wpadam w tzw. fazę OS, gdzieś w każdym momencie gdy nie kręci się u mnie najnowszy GENIALNY Blindead, pod szyldem B23. :)

poniedziałek, 29 czerwca 2026

Behemoth - Thelema.6 (2000)

 

Patrzę Diabeł za progiem - skinął raz lewym rogiem, raz prawym rogiem i zachęcił by po gigantycznej przerwie (eksportowego metalowego fenomenu polskiego nie słucham na co dzień) skierować swoje ucho ku w miarę niedalekiej (he he ;)) przeszłości i zacząć uzupełniać archiwizację "behemothową" o kolejne wsteczne albumy, powstałe na przełomie wieków i jeszcze w płodnych mocno latach dziewięćdziesiątych. Zamiast cofać się od Zos Kia Cultus, los tak chciał że włączyłem najpierw przypominająco Theleme.6 i mimo że ogólnie dzielę wobec niej zaskakującą, z wieloma bardziej zdeklarowanymi fanami nieco krytyczną opinię, to jestem zarazem w stanie przyznać że pod kilkoma względami nie broniąc się ówcześnie najbardziej znakomicie, to odtworzenie jej nie było jakimś koszmarem wstydliwym. Słychać że brzmienie mogłoby być mniej sterylne, bębny nagrane na padach mniej plastikowe i bas mniej schowany, ale trudno mi też nie ulegać sile naprawdę dobrych, dzisiaj kanonicznych kilku kompozycji. Podoba mi się w Thelemie że to jeszcze nie jest kompletnie ukierunkowanie na amerykański death łojenie, doprawione epickim i teatralnym anturażem, a granie jakie dotykając chwytliwych nutek, uderza selektywnymi, precyzyjnymi metalowymi partiami, a nie metalem w nieznośnie podniosłej (apokaliptycznej chyba) manierze. Ja tu bardziej słyszę segmentami wpływy melodyjek slayerowych (Vinvm Sabbati, Pan Satyros), końcowego etapu działalności nieodżałowanego Chucka Schuldinera (Inflamed With Rage i wejście w utwór), niż jego ziomalów spod znaku totalnej apokalipsy - choć ogólnie czuć gdzie ta ścieżka Nergala prowadzi. Szanuję z perspektywy czasu, mam jednocześnie świadomość, że to lekko nazbyt syntetyczne brzmienie, ale podoba mi się ono bardziej niż to wykręcane na Demigod i jemu bliskich, bowiem nie jest przytłaczające i po kilku odsłuchach nie odrzucasz płyty nie przez względy muzyczne, a przez przesadzone skompresowanie brzmienia. Na marginesie kiedyś jeszcze na zasugerowanych krążkach stosowane patenty inżyniera dźwięku mnie tak nie irytowały jak obecnie, gdy coś na playlistę z okolic 2004 roku wskoczy - czemu wyraz dawałem bodaj gdy o nich coś wystukiwałem. Natomiast jak by spotkanie na nowo z piątym Behemotha długograjem nie było katorgą, to zdaje sobie sprawę, że nigdy mnie ta nuta nie porwie i nie porwała, bo zupełnie otoczka oraz sama prąca na szkło gadka sternika do mnie przemówić przekonująco nie potrafi. Stąd może te mieszane odczucia i mało głęboka analiza, gdy nie uznaję się za fana, ani większego sentymentu w kontakcie nie odczuwam. Darski zawsze robił wszystko po swojemu i zdaje się zawsze miał plan, więc obecne miejsce pośród najbardziej dochodowych kapel około-blackowych, nie jest rzecz jasna zbiegiem okoliczności. Chciał chłopak mieć metalową machinę do "szołmenowania" i ma, a Thelema.6 to początek drogi na sam szczyt - puchnąc i rosnąc, a tym samym zamieniając garstkę fanów undergroundowych, na miliony mainstreamowych. I na pewno nie jest to nie w porządku!

niedziela, 28 czerwca 2026

Killer's Kiss / Pocałunek mordercy (1955) - Stanley Kubrick

 

TVP Kultura i przypadkiem seans jednej z pierwszych poważnych prób Kubricka. Jeszcze jasne że bardzo bardzo daleko przed zbudowaniem własnej, właściwej koncepcji wizualnej kinowej, ale zarazem już na tyle inaczej, że widać, czuć nietuzinkowy talent. Kawał krótkiego, a zarazem całkiem paradoksalnie rozbudowanego (dużo się dzieje, nie ma chwili dla wytchnienia) archaicznie kryminalnego, tudzież noire mięcha. To klimat niby stary, ale u Kubricka nadal jary, bowiem Kubrick pokazuje dramatycznego pazura, energię w intensywności doznań, jak i kilka nowych sposobów, dodania do formy efektownych smaczków. Czuć w gatunkowej przynależności przede wszystkim nawiązania do klasycznego repertuaru popularnego w tym okresie w kinie, jak i bardziej ambitną tożsamość, inspirowaną jak myślę niemieckim ekspresjonizmem. Obraz jest bardzo fotograficzny (światłocień rządzi), a przez to jego walory wychodzą przed szereg i mimo że aktorstwo raczej z rodzaju manierycznego, może naturszczykowatego chwilami (nie zgadzam się akurat że kulawego, bo aktorzy nie są prowadzeni przez człowieka bez wyczucia), to napięcie trzyma koncentrację do końca, narracja żyje oraz od wspomnianej strony wizualnej, super wrażenie robią ujęcia kręcone (rola operatora) przez samego Kubricka (swoboda w śledzeniu bohatera w normalnym codziennym nowojorskim życiu ulicznym), jak i oko do architektury i wychwytywania oraz dobierania specyfiki miejsc - finał wśród manekinów i cały tętnicy życiem w miejscach publicznych i wręcz martwy, zimny w okolicach zaułków Nowy Jork. Twierdzę że te niuanse zmieniają raczej prostą historię w coś więcej niż tylko kolejną z epoki opowieść i może to będzie rodzaj bluźnierstwa, ale Kubrick według mnie sprowadza dzięki "pocałunkowi" do poziomu li tylko poprawnego część filmografii legendarnego Hitchocka. Opinia to moja i jasna, wypełzająca z przekonania, iż to było świetne od strony zerkania głębiej i realizacji bez zaplecza finansowego, a z pasją. Dla bardziej wrażliwych artystycznie oczu czuć z pewnością było, że Kubrick już wtedy zdradzał, iż będzie miał dużo więcej od strony nowatorskiej w przyszłości, od Sir Alfreda do powiedzenia.

piątek, 26 czerwca 2026

The Death of Robin Hood / Robin Hood: Koniec legendy (2026) - Michael Sarnoski

 

Robin taki inny, tak mroczny, tak surowy, brutalny i średniowieczny, tak folkowy, tak celtycki. W takim klimacie trzeba się zanurzyć i utonąć!” - podsumował ziomek koneser kina i ja przybijam z nim wirtualnie „żółwika”, cytując jego celne słowa. Dodając iż o takim Robinie w kinie od niemal zawsze marzyłem - odzierającym legendę z heroicznej, przygodowej li tylko otoczki, ofiarując w zamian na początku niemal oniryczny, mistyczny slasher „kostiumowy” (tryska gęsta posoka, przecinane są ścięgna, kości trzeszczą, a w oczach wojowników cierpienie i wściekłość), by z czasem przejść swobodnie z wywołującej dyskomfort estetyczny rzezi, do fazy slow motion, znaczy onirycznej, snutej kontemplacyjną narracją, zaskakującej wiązaniem wątków opowieści o odkupieniu. Mrocznej przypowieści dekonstruującej wielokrotnie odbijany od szablonu mit, z porządnie przemyślaną dawką naturalizmu i realizmu - niby z pozoru nużącą, ale w finalnym odbiorze udowadniającą, iż momentami usypianie, nie musi wykluczać poczucia obcowania z porywającym od strony tak wizualnej, jak i merytorycznie poetycko zorientowanym spojrzeniem na człowieka tkwiącego w koszmarze zabijania - koszmarze własnego, bez refleksji zagospodarowanego życia. Napiszę więcej, bowiem Sarnoski oddaje pod rozwagę i analizę, w formacie doskonale zaaranżowanego, przekornego i rozczarowującego tym samym widza nastawionego na kolejne odcinanie kuponów od klasyki snuja, nie tylko postać człowieka, którego dręczy poczucie winy, drenuje emocjonalnie brak uzasadnienia dla własnych podłych czynów, lecz w szerszym, poruszającym do głębi w nietuzinkowy, surowy sposób, opowieść z mocnym i uniwersalnym wciąż przesłaniem, że nie istnieją bezimienne ofiary przemocy, a jej automatycznie nakręcająca się spirala, to naturalnie droga do całkowitego zatracenia spokoju egzystencji. Jest tu natłok ważnych przemyśleń i obrazujących je przykładów - scen sugestywnych i płynących z nich konstatacji. Majestatycznych pejzaży, scenografii i lokacji dopracowanych w każdym calu mistrzowsko uchwycone bogactwo. Genialne opanowanie mroku walorów miejsc przyrodniczo zorientowanych, majestatycznie wtopionych w naturę obiektów architektonicznych oraz genialnie opanowanie światła świec, co czyni pracę pod kierownictwem Sarnoskiego, wręcz malarskim majstersztykiem. Nie czyni jednak przebojem kinowym, bowiem aktorstwo nastawione na głębie (uwielbiam mimikę Jodie Comer, idealnie współegzystującą ze średniowiecznym anturażem), jak i forma rozczarowująca miłośnika akcji oraz zadumany, medytacyjny charakter erudycyjnej puenty/puent, w zapraszającym do ronienia męskich łez finale, to nie pokusy przyciągające amatorów przystępnej choćby w miarę rozrywki.

P.S. Na koniec żartobliwy ton w tonach niemal funeralnych, czyli pytanie - czy tylko mnie szkolenie w biegłości łuczniczej ognistowłosej córki Małego Johna, kojarzyło się z wrzuceniem do legendy o Robin Hoodzie disney'owskiej koncepcji  Meridy Walecznej, opartej luźno na celtyckich podaniach? :)

czwartek, 25 czerwca 2026

Amrum (2025) - Fatih Akin

 

Szanuję Akina reżysera, czuje potrzebę zgłębiania jego filmowej przeszłości, przeszukując i drenując jeśli trafię miejsca, gdzie jego starocie są dostępne. Trudna to praca, często bez oczekiwanych wyników, ale i to co Akin robi na bieżąco nie jest zbyt łatwe do wyczesania z głębin internetowych. Czaję się na Rheingolda z 2022 i do tej pory też uparcie doszukiwałem się Amrum i jest wreszcie! Co przy okazji daje mi resztki nadziei na obrazu sprzed trzech lat jeszcze wychwycenie. Do rzeczy jednak! Nowe Akina „znalezione” to ostatnie dni wojny, tuż przed kapitulacją, na fryzyjskiej wyspie Amrum. Na podstawie podobno wspomnień z okresu skomplikowanego dzieciństwa aktora Harka Bohma - scenariusz jego i Akina współautorstwa. Nastroje i przekonania - upodlony klęską nazistowski fanatyzm, radykalnych wyznawców hitleryzmu poniżona duma, skonfrontowana z przekonaniami poddanych próbie wytrwałości, zmęczonych poświęceniem zwykłych wyspiarzy. Jeden niby naród, a dwie odrębne postawy także w obrębie podobnych grup społecznych, nawet blisko zżytych rodzin. Różne ludzkie historie osób i rodzin w tle trudnego, poddanego indoktrynacji przyspieszonego bohatera dorastania. Praca i edukacja zagubionego, nie do końca rozumiejącego złożone sensy wrażliwego smarkacza. Codzienna walka o zdobycie czegoś do zjedzenia i bezpośredni kontakt ze śmiercią (sceny ogłuszania i oprawiania królika, podstępnego polowania na foki) czy narażania na śmiertelne niebezpieczeństwo, poświęcenia dla bliskich. Bardzo symboliczne, bo biały chleb, masło i miód jako marzenie, a zarazem wyraz miłości do otępionej ideologicznie matki. Proza życia w miejscu i czasie przełomowym, gdzie prawda o brutalnej, krwawej wojnie światowej wulgarnie przefiltrowana przez propagandę i oddalenie fizyczne od frontu i ziem okupowanych. Zaczyna się niemal od motywu, który gotuje od razu krew w żyłach, by w trakcie kilka razy uderzyć w rozedrgane tony, lecz czy udało się Akinowi zaangażować mnie w rożny, ale silny emocjonalnie, jak w przypadku W ułamku sekundy i Złotej rękawiczki sposób, to niestety nie. Nakarmił na pewno zmysł estetyczny, bowiem zdjęcia kapitalne i prowadzenie narracji skupione, posiadają walory kontemplacyjne, lecz aby serce pokroił, zgłaszam małe pretensje. Nie chodzi o to, że uderzył historią okupantów i wymagał empatii, więc się obudowałem naturalnym dystansem. Zwyczajnie chyba nie chodziło o wzbudzenie współczucia, a jedynie o oddanie sytuacjom elementarnej sprawiedliwości i uświadomienie z naciskiem na ofiary dziecięce, że „pizduś z wąsikiem” nie wyrządził potwornej krzywdy wyłącznie nacjom na które napuścił sfrustrowanych i łatwych do manipulacji twardogłowych egoistów bez wstydu, dając im poczucie fałszywej dumy i narzędzia do wprowadzenia terroru wśród bezbronnych. Dla mnie to była przede wszystkim zwiększająca świadomość lekcja - niby bliskiej, a dalekiej historii (przecież nikt mnie na historii nie uczył o niuansach), o jakiej trudno bym w realiach przynależenia do narodu po Żydach głównej ofiary, miał większe niż elementarne pojęcie.

wtorek, 23 czerwca 2026

On the Waterfront / Na nabrzeżach (1954) - Elia Kazan

 

Kino dla pasjonatów estetów, koneserów klasycznej formy, która technicznie może naturalnie niedomaga, ale broni się ilustracyjnym, dramatyzmem lirycznie romantycznym. Szlachetnym podejściem do tematu, moralizatorstwem niby zero jedynkowym, ale w sytuacjach przecież skomplikowanych, gdzie wybory ryzykowne. Scenami nasączonymi uczuciowością ze strony jednej i z drugiej brutalnością raczej chaotyczną - z pewnością w wydaniu kinowym nie odzwierciedlającą tej prawdziwej, jeden do jednego. Stąd oglądanie z pozycji współczesnej naznaczone krytycyzmem archaizmów, ale to też prostota (może pozorna) połączona z mocnym przesłaniem społeczno-politycznym - wówczas gdy Ameryka żyła wstrząsającą obsesją, na ślepo, wręcz na zamówienie wskazywanych zdrajców i antykomunistyczną histerią. To też tym samym jeden z pierwszych obrazów, który wprowadził do tamtejszego kina „rodzaj ostrego społecznego realizmu” i „naturalistyczne nowojorskie aktorstwo teatralne”. W dodatku towarzyszyły mu (jak się dowiaduję, doczytując i tutaj cytując) zawirowania, bowiem scenariusz zaczął pisać Arthur Miller, ale nie skończył, gdyż zerwał w trakcie współpracę i kontakt z Kazanem, gdy ten został wezwany przed obliczę tamtejszej antykomunistycznej „inkwizycji”. Nie wpłynęły one jednak na siłę jego oddziaływania, a być może dodały mu dodatkowej sławy i wartości, bo jedno obsada zacna, bohatera dylematy (bujanie w obłokach, małe cwaniactwa i surowe życie bez taryfy ulgowej) - sumienie zbrukane czy czyste, poddane rachunkowi i pokucie. Drugie natomiast świetne tłuste sceny, przede wszystkim relacji między braćmi, finalnie z dwóch stron barykady i trzecie rezonowanie w widzu czerni, szarości i bieli, ziarnistego obrazu i lokacji naturalnych z podkreśleniem brzydoty doków. Temat poza tym po prostu wstrząsający, więc obserwacja stanu mentalnego, moralnych rozterek postaci Brando poruszające. Innymi słowy jak na kino potężnie zaawansowane wiekowo, było to doświadczenie pod skórę dość mocno włażące. Z zaangażowaniem się patrzyło jak kiełkuje u bohatera myśl o buncie, który wraz z niebezpieczeństwem przyniesie mu szacunek, którego domagał się wcześniej bezskutecznie, młodzieńczo głupimi metodami.

poniedziałek, 22 czerwca 2026

Obsession / Obsesja (2025) - Curry Barker

 

Bardzo dużo w międzyczasie i najczęściej mądrze, czasem jednak skrajnie zbyt lub za mało powściągliwie nabazgrano opisując ostatni fenomen „marketingu szeptanego”. O Obsesji z mikrym budżetem, a maksymalnym hajpem niemal każdy kto w popkulturze sobie zawodowo, bądź hobbystycznie brodzi, miał ochotę opinię wygłosić i nie trafiłem na żadną która miałaby podważać wartość w jakości debiutanckiego filmu, kogoś kto do tej pory profesjonalnie z fachem nie miał nic, lub niewiele wspólnego. Pełno w sieci teraz jego, a dokładnie o nim i chyba nawet więcej o odtwórczyni pierwszoplanowej roli i oboje oni wraz z resztą, tak fachowców zaangażowanych (charakteryzacja ze scenografią bomba) jak i aktorskiej obsady na słowa uznania zasłużyli. Odwalono tu bowiem kawał doskonałej, uparcie autorskiej roboty, stawiając miast (jak podobno wytwórnia sugerowała) na scenariusza, ogólnie pomysłu obskubanie i pod wymagania widza pop-corn-owego formy skrojenia, na pierwszorzędnie wytłuszczoną kwintesencję! Na szczęście szef kluczowej wizji miał jaja z granitu i nie dał się tak presji, jak (ciekawe czy to mit dodany czy prawda) przekupstwu finansowemu, bo dzięki tejże twardej (nie użyje słowa niezłomnej ;)) postawie, powstał horror z prawdziwej krwi i kości, o ludzkim obliczu nie tylko psychologicznym i silnym osadzeniu w naukowym (tudzież jak ktoś woli praktycznym). Bardziej na serio niż dla efekciarstwa, gdzie pod nieco tylko pojechanych motywach, jest mnóstwo rzetelnej, czyli sprawdzonej w boju i na własnym zapewne przypadku przetestowanej psychologi relacji. Ten fundament i to sedno jest o zazdrości, obsesyjnej miłości - miłości opresyjnej, wręcz histerycznej, gdzie szantaże or niepoczytalność właściwie. Tak samo jak wyłuszcza on drugą stronę medalu, czyli obok tego najbardziej uderzającego, czyli stylu przywiązania lękowego, mocno, radykalnie ukazanego i być może „horrorowato” przerysowanego, pojawia się styl unikowy, gładko (to znaczy szorstko w efekcie :)) przeplatający się ze stylem zdezorganizowanym, a obok majaczy jako niewykorzystana szansa, sytuacja (dla bohatera) styl bezpieczny. Tak to sobie osobiście najprostszymi metodami rozkminiłem i nie mam absolutnie jakichkolwiek pretensji, że wiedza jest tu raczej oczywista i podana wprost, a jednak daleko jej do łopatologii w komersze na ogół stosowanej. Dla mnie to tak samo ORYGINAŁ pośród gatunkowych kopi kopii, skopiowanych korzystając z popularnych, przekombinowanych kopii, czyli niby obraz zwykły, a niezwykły paradoksalnie, gdyż w swej formule skromnej powracający do , a nie ślepo brnący w efektowne i najgorsze że syntetyczne poboczności zagamtywania. Produkcja która wygląda niezwykle rzetelnie, a oczekiwane w horrorach jumpscare’y naprawdę mogą powodować obsranie, w mniej ekstremalnym wydaniu lekkie zmoczenia oraz po wyjściu z kina nietęgi miny, tak z powodu tego co powyżej, jak i analizowania siebie i swoich bliskich relacji - jeśli oczywiście jest ku temu powód, a dokładnie intelektualna i związana z bystrością autokrytyczną baza. Ogólnie „uważaj człowieku co sobie życzysz”, bo nie wiesz jak jest po drugiej stronie nieznanej bajeczki, a i od skrajności do skrajności przerażająco niedaleko. Więcej po prostu k-wa umiaru, zdrowego rozsądku we wszystkim plis. ;)

czwartek, 18 czerwca 2026

Maruja - Pain to Power (2025)

 


Trafiłem kilkanaście tygodni temu na kluczowe rozbudowane info, że pojawiło się takie z Wysp Brytyjskich objawienie i ja zaintrygowany luknąłem, zgadzając się finalnie, że z mega oryginalnym tworem mam do czynienia. Jestem również nieco zaskoczony, bowiem jakiś czas temu, gdy jeszcze nie próbowałem post punka intensywniej, to nie pomyślałbym, że taki stylistyczny flow mnie poniesie. Debiut Maruja osiada może nie z miejsca, lecz jego specyficzny VIBE wkręca się w głowę - ustawicznie domagając się mojej głowy drenowania. Kompozycje powiązane są wspólnym mianownikiem podkreślonym, w którym sekcja dęta odgrywa rolę kluczową. Gatunkowo usadawia się w wymienionym postpunku, lub z niego wypływa, bowiem nie idealnie w ramy się w finalnym kształcie wpasowuje. Nazwanie go hard core'owym spiritual jazzem (doczytałem) zdaje się trafione, gdyż łączy duszny gniew, zinternalizowaną i oswojoną wściekłość, z naturalnymi w świecie ambitnej ekstremy, wycieczkami w kierunku tak komplikowania struktur rytmicznych kakofonicznymi nieco odjazdami oraz klimatycznymi subtelnościami, niestojącymi z wymienionymi mimo pozorów w sprzeczności - budowaniem napięcia, pozwalając temuż eksplodować zgiełkiem. Swoją istotną rolę odciska też na repetywnych, hipnotycznych w odczuciu numerach skandowany, melorecytowany wokal, przechodzący skrajnie w bolesne jęki i pełne stroskanej uczuciowości zaśpiewy. W tekstach dotykając istotnej problematyki, rozwija przekaz zaangażowany - protestu i buntu. Dudni radykalnym, apokaliptycznym słowem i dla kontrastu czule otacza rodzajem muzycznego przemieszania nietypowych składników dźwiękowych. To rodzaj "hałasu", jaki wywołuje nie tylko wściekłe emocje, lecz równie często powoduje kontemplacyjne skupienie - inne, bowiem z kategorii mi dotąd nie bardzo znanej.

środa, 17 czerwca 2026

All Them Witches - House Of Mirrors (2026)

 

Zdaje się że szczególnie od poprzedniej płyty (Baker's Dozen), konkretnie gorący amerykański towar na scenie stonerem podkręconego psychodelicznego rocka, wydał kolejną płytę i cieszy, że tym razem zrobił to w formie klasyczniej, co w praktyce oznacza, iż zrezygnował z powielania pomysłu sprzed trzech lat, kiedy miast normalnie zebrać materiał, to wrzucał do sieci osobne single wzbogacane wizualizacjami, a posiadać je w kolekcji można było jedynie w wersji strumieniowanej, bądź jak teraz widzę jako kompilacja singli na 3 LP, za konkretną kosmiczną kwotę nabytą. Nie podobał mi się ten pomysł i do dzisiaj jestem na nich zły, że taką strategię promocyjną obrali, która w sumie nie znam statystyk, ale skutecznie mogła im nową bazę fanów napędzić - jednocześnie pozbawiając kolekcjonerów, na cd wersji. Szkoda bowiem, gdyż poprzednie wejście na rynek z nowościami, było fenomenalnym przyjściem w chwale, z samym gęstym. Gdybym teraz miał zestawiać materiały z roku 2023 z nowym krążkiem, to widzę spore różnice, a dokładnie nabicie broni kalibrem mniejszym, czyli nie kopiącym tak mocno eksperymentami, a może rozdrganą i transowo hipnotyzującą psychodelią, która przejęła pole od bardziej tradycyjnego stonera. Na House of Mirrors wydaje się, iż bliżej jest do wcześniejszego grania, choć nadmienię, że absolutnie Baker's Dozen nie zatracił cech charakteru All Them Witches z przeszłości - doskonale wiążąc odjechanie z szlachetnym do stonerowego piachu i bluesowych, czy country-folkowych inspiracji przywiązania. Dzisiejsze studyjne zdradza symptomy ciągłego dojrzewania, gdy czuć że jego wartość wzrasta z każdym przesłuchaniem, bowiem aranżacje nie są od razu w pełnym słońcu i swoim blasku dostrzegalne. Brakuje ewidentnych killerów, przebojów, mimo że całość to nie tylko wyważone, zwolna się rozwijające, momentami eteryczne akcje akustyczne. Dynamiki płycie nie brakuje, ale jej moc regulująca odczuwalna właśnie wówczas, gdy płyta wsączy się w układ krwionośny słuchacza i zostanie z czasem w krwioobiegu rozprowadzona. Ona od człowieka sporo wymaga, ale odwdzięcza się w nawiązką, gdy się wpije i okaże się ku jego zdumieniu, że z pozoru monotonne, asekuracyjne wręcz strun szarpanie, to nie bezpieczna strategia, a szczwane i ambitne zarazem z fanem się przekomarzanko. Powstał tym samym album który podsumowując wpierw budzi poczucie niedosytu, pozornie płaską, ascetyczną fakturą, a jak się okaże z biegiem odsłuchów, dalej mega intrygującą pozycją z kategorii wbijamy w dojrzałość aranżacyjną na pełnej, by na uznanie sobie cierpliwie poczekać. Bowiem House Of Mirrors być może jest mniej obfity w mistycyzm poprzednich singlowych nagrań, ale za to kapitalnie odprężająco buja, nie tylko genialnymi fragmentami, ale z pietyzmem przygotowanymi aranżerskimi arcydziełami. Oni są fenomenalni i w lidze psycho-blues-stonera stoją pierś w pierś z największymi dzisiejszymi, szeroko rozumianego gatunku załogantami, gdzie jako habilitanci QOTSA, a za ich plecami takie ekipy z doktoratami jak Lonely Kamel, Graveyard, The Black Angels i Royal Thunder. Proszę mi wierzyć. :)

wtorek, 16 czerwca 2026

Blow-Up / Powiększenie (1966) - Michelangelo Antonioni



Biorę się ja (skupion jak się okaże na detalach, na kosmetyce) za Powiększenie. Ruszam odważnie w kapciach neofity w kierunku najbardziej jak póki co się domyślam ambitnego i najbardziej jak poczułem niejasnego oraz najbardziej jak widzę docenionego przez krytykę obrazu Antonioniego. Równie głośnego co przepełnionego i przegiętego kontekstami i symboliką, więc pozostając ze zmarszczonym czołem po niezwykłym abstrakcyjnym finale, sięgam automatycznie do źródeł i wyczytuje to, co mnie paradoksalnie w niewielkim stopniu zaskakuje. Bowiem okazuje się że zatrybiłem, choć być może jedynie podświadomie. Akcja wówczas związana z paniką i spotkaniem ze słowem wyjaśniającym wyciąga ze mnie tym samym, wszystko to co w mgle skojarzeń i interpretacyjnych pomysłów istotne i trafione, ale bez kluczowego znaczenia. To okazuje się iż po prostu artystyczny intelektualny snobizm i realizacyjnie ta pozorna nonszalancja w grze i w prowadzeniu narracji gubi właściwy kierunek i onieśmiela, a powinna mnie głupiego sfokusować i olśnić. Impertynencja perfidnego blagiera wręcz momentami, pod którą kryje się precyzja, jednako do wychwycenia, gdy mimo wszystko (w końcu) autor poda poza ekranem tropy do wyłapania, więc też typ kinowego przekazu za jakim nie przepadam do końca. Szanuje niekonwencjonalne ścieżki w myśleniu i kreowaniu ekranowej rzeczywistości przez osobliwych i erudycyjnych twórców, lecz też wymagam aby na tyle przyswajanie przelewali koncept na kadry, aby sam wysiłek umysłowy w miarę ogarniętego widza wystarczył, by ubrać metafory i alegorie w słowa. Sensów wiele, sposobów odczytywania dowolność, sprowadzona w tym konkretnym przypadku do dostrzeżenia w powierzchownym brak spójnej treści, przekazu trafnego - każdy widzi (jak ten bohater filmu) co innego i na swój sposób indywidualnie rzeczywistość przemiela. Tym przecież jest też film jako sztuka iluzji.

P.S. Właściwie to co powyżej powinno wystarczyć, ale po drodze do dziury w której goniona myszka spryciula się schowała, brzęczały mi myśli i kojarzonka, więc się jeszcze podzielę w trybie bezceremonialnie surowym składniowo, co następowało. Morderstwo jako pretekst, zagadka bez rozwiązania przejmująca uwagę i zwodząca. Bardziej archiwizacja, kronika wyglądu Londynu, przemian wizualnych i kulturowych, mentalnych z lat sześćdziesiątych. Bohaterem bardziej miasto, jako miejsce rozwoju kontrkultury - „Londyn który dopiero zaczyna swingować”. Rodzaj „peanu na cześć mody, obyczajów, muzyki, seksualności i dziwności świata”, który w zasadzie zakładam chciał Antonioni wyłuszczyć i być może potępić.” Hołd jednocześnie dla gatunku zwanego suspensem, ale z pozycji obserwacyjnej, technicznej, w żadnym stopniu emocjonalnego uwiązania w zależności, a tym samym nieintencjonalnie przyszła inspiracja dla (zgadzam się) Coppoli w Rozmowie czy De Palmy w Wybuchu. Akcja się długo zawiązuje i nie ma oczekiwanego wyjaśnienia od punktu kulminacyjnego. Narracja robi podkład pod zaskakującą tak abstrakcją, jak prostotą podkreślającą ogołoconą istotę, z interpretacyjnym twistem finalizacją. Niby to jakiś pusty przebieg, takie robi wrażenie ale czekając na zawiązanie intrygi, czuć napięcie i wisi nad tymi scenami jakiś rodzaj zawiesiny, która zagęszcza atmosferę. Surowo, a bardzo konkretnie i sugestywnie, a niby od niechcenia, śledząc jedną z kluczowych postaci. Ten aktor też przykuwa uwagę! Ten (o Eureka) z „ridleyowskiego” Gladiatora - rozpoznany (w odróżnieniu od The Yardbirds) z poślizgiem przez rysy surowe, charakterystycznie wyraziste, nadające w przyszłości aktorowi rozpoznawalność, nawet jeśli nazwisko w głowie, ze względu na przypisanie do roli z drugiego planu anonimowe. Taki to j.w. był seans do końca „o ch*j chodzi?”. :)

poniedziałek, 15 czerwca 2026

Gallipoli (1981) - Peter Weir

 

Pierwsza Wojna Światowa i na terenie egzotycznym jedna z największych masakr tego globalnego konfliktu. Świadome wystawienie młodych żołnierzy na rzeź - o tym ten uduchowiony i krytyczny wobec braku szacunku dla życia ludzkiego, wielowarstwowy (kontrastowy) i szczegółowo przemyślany klasyczny dramat. W nim między innymi pierwsze skrzypce odgrywa Mel Gibson zawsze „gibsonowaty”, bowiem albo gra Riggsa, albo coś na przecięciu Wallace'a i Mad Maxa. Świetny naturalny aktor, ale raczej ograniczonych póz, jaki w tym konkretnym przypadku bardzo świadomie miesza pozę dotychczas już praktykowaną, z gestami, mimiką jaką w przyszłości jeszcze udoskonalając i stylistycznie warunkując pokaże. Lubił Gibsona aktora, w tej jego pierwszej fazie budowania rozpoznawalności Weir, chyba nie tylko przez fakt iż to gwiazda wschodząca, rodak jego - dostępny jeszcze wówczas na wyciągnięcie ręki. Trochę żartuję, choć tu nie miejsce na heheszki w kontekście tematu potężnego, jakim się Gallipoli żywi. Niby zaczyna się dość lekko, choć klimatycznie, raczej przygodowo-obyczajowo z nutką nawet poczucia humoru, a co naturalne i podkreślające piekło skrajnościowe wojny, ewoluuje w stronę poruszająco-wstrząsającego dramatu wojennego, z tłem przyjaźni - przygotowując inteligentnie i z wyczuciem widza, na tragedię ludzką. Stajemy się tym samym zaangażowanym obserwatorem ludzkich uczuć filmowego dzieła. Niezwykle smutnego, za sprawą powagi sytuacji, gdy naiwność i zdolność ludzkiego organizmu do przetrwania w największym gównie, zderza się ze śmiercią w pięknych okolicznościach słonecznej plaży. Trup się na finał ostro ścieli, a dowodzący nie mają litości dla szeregowego ochotnika. To fabularnie brak elementarnej wiedzy, złożone okoliczności, decyzje lojalnościowe świadome, ale i wir decyzyjny, który bohaterów wciąga. Przede wszystkim jednak wyścig z czasem o życie zaciągających się bez przymusu smarkaczy - wierzących w honor, poświęcenie, oddanych sprawie. Mrozi krew Gallipoli, pozostawia na koniec w potwornej złości i bezradności, przypominając na marginesie, iż kiedyś w zamierzchłych czasach, nuta niejakiego Jarre'a była wpływowa.

niedziela, 14 czerwca 2026

In Flames - Soundtrack to Your Escape (2004)

 

Nie zamierzam rozbijać tego krążka na atomy, by spróbować dostrzec czego nigdy zbytnio nie dostrzegałem i nie mam wątpliwości, iż wciąż nie dostrzegę. Nie będę próbował zatem po wieloletnim rozbracie się do niego przekonywać, ni krytykować zawzięcie, gdyż być może na chłostę na granicy złośliwości nie zasługuję. Chcę tylko tu na stronach minimalistycznie sobie zarchiwizować po powrotnym (na chwilę) odsłuchu, co czuje i czy w ogóle coś czuję, bowiem na ten moment z przeszłości niewiele w jego kontekście pamiętam. Kojarzę okoliczności sidika nabycia (bowiem nabyłem) i potem raczej mam już zasadniczo merytoryczną pustkę w pamięci, gdyż ani mnie bodaj nie rozczarował kompletnie, ani zatrzymał przy sobie na dłużej. Prawdę mówiąc można było w tle zwykłych czynności posłuchać, lecz wydawanie na tą wątłą przyjemność kasy odbijało się lekką czkawką o cechach rozrzutności. Poszedł więc mój egzemplarz dość szybko w świat za pośrednictwem Allegro i tak skończyła się zasadniczo moja przygoda z entym krążkiem In Flames. Dzisiaj świeżo po przypominajce, gdybym posiadał nośnik, zrobiłbym z nim to co wówczas, ale abym odczuwał podobne poczucie niesmaku finansowej straty, to już nie, bo być może oryginalne wydanie idealne zachowane znalazło by amatora za przyzwoitą kwotę - tego kompletnie nie wiem, sprawdzać nie mam czasu. Supergwiazda ówczesnego nowocześnie traktowanego melo heavy-thrashu czy melo heavy-deathu, powiązanego z coraz silniejszymi inspiracjami "kornowatymi" nagrała materiał porządnie wyprodukowany i kontynuujący ścieżkę na którą na poważnie zaczęła wchodzić przy okazji Reroute To Remains. Stworzyła produkt w modern estetyce z wprawą - wpadające w ucho numery (spoko refreny), w których sczepiła szarpiącą szorstko struny, obijającą z pogłosem bębny i doprawioną ornamentyką tak klawiszowych brzmień jak oczywiście pływającą na fali wszędobylską melodykę. Dresowy kierunek In Flames do mnie jednak nie przemawiał, tak jak podobne, a jednak różne spostrzeganie gatunku przez Soilwork. Pierwszych opuściłem z drugimi pozostałem. Był na pewno jakiś tajemniczy powód. :)

sobota, 13 czerwca 2026

Fatherland / Ojczyzna (2026) - Paweł Pawlikowski

 

Pierwsza uwaga natury quasi socjologicznej, że Multipleks, pokazy przedpremierowe w godzinach okołoobiadowych, konkretnie środek tygodnia, największa sala i 8 osób stan frekwencji. Czy to coś wyraziście mówi o stosunku do kina ambitnego, ponad europejsko nazwiskiem polskich twórców promowanego i w elitarnym gronie nagradzanego? O tym dowiem się może kiedy Ojczyzna wejdzie już w standardowym trybie na ekrany i dostępne będą statystki oglądalności. Póki co wyciąganie wniosków może być nazbyt pochopne, choć rzecz jasna stwierdzę gorzko, iż bardzo mocno ich smutne kontury zostały we mnie niewątpliwie zarysowane. Oddalając się jednak od wstępu, chcę w miarę zwięźle pochwalić się własnymi przekonaniami nie o potrzebach dzisiejszego widza, lecz jakości trzeciego w tej samej formule wizualnej, najbardziej docenianego od lat polskiego reżysera dzieła. Pawlikowski trzyma się standardu wizualnego wypracowanego ostatnimi głośnymi produkcjami, stawiając na precyzję detali i ogólnie wywoływanie wrażenia wysmakowanego dla wytrawnego oka. To jest w tym segmencie optyki ilustracyjnej, kadrowania fotograficznego (Łukasz Żal) w każdym calu doskonałe, ale i prowadzenie narracji przywołuje przymiotniki bliskoznaczne określeniu eleganckie. Przepływamy przez ciąg wydarzeń skupieni na wartości obrazowej, lecz i historycznej, zinterpretowanej historii powrotu Thomasa Manna po wojnie na tereny obydwu podzielonych politycznie ówczesnych Niemiec. Mann wraz z córką opuszcza bezpieczne Stany Zjednoczone i odbywa podróż ze strony zachodniej na wschodnią, co wiąże się tak z zarysowaniem tła charakterystycznych cech przemian na wymienionych obszarach, jak i jeszcze wówczas zabieganiem obydwu ustrojów o pozyskanie przychylności laureata Nagrody Nobla - co szczególnie obserwacja zdarzeń po stronie Sowieckiej wywołuje poczucie absurdu i dyskomfortu. Wstrzemięźliwa, pozornie neutralna relacja historyczna jednako specyficznymi dla formy Pawlikowskiego środkami wstrząsa nie bezpośrednio, lecz za pośrednictwem doskonałego użycia dystansu, bez jasnej interpretacji, korzystając ze świadomości historycznej widza i jego merytorycznego przygotowania - znajomości kontekstów o znaczeniu elementarnym. Pobudza emocjonalnie charakterem jeszcze anomijnego i zarazem zamordystycznego tła politycznego, tak w układzie rzeczywistości zachodniej, w której faszystowskie demony pozostają w zaskakujący tylko dla gigantycznej naiwności sposób wciąż żywe, jak i dla tej za żelazną kurtyną, w której wszczepia i wczepia się w glebę równie mocno jak nazizm niebezpieczna ideologia komunistyczna. Na tle rodzących się zimnowojennych realiów Pawlikowski portretuje jednocześnie psychologicznie dwie sylwetki - ojca i córki. Kapitalnie oddaje w mimice i względnie kontrolowanych zachowaniach wewnętrzne rozterki, ból i cierpienie. To na swój inny niż otwarty sposób szarpie, bowiem aktorskie zabiegi stosowane tutaj, gdyby nie były realistyczne, natychmiast obnażyłyby złożoność stanów postaci i ich wymiar naznaczony starciem nadziei z brutalnymi faktami. To film gadany, a zarazem milczący, w znaczeniu iż dialogi posiadają swoja siłę wyrazu, lecz więcej dla emocji odczytujemy nie z ich bezpośrednio wybrzmiewających erudycyjnych tez, lecz tego co wokół wyrażania słowem się dzieje. Warstwy precyzyjnie kadrowanego obrazu, scenografii dopieszczonej i treści są mistrzowsko spójne i same w sobie za sprawą wymuskania efektowne. Efekt jest po raz kolejny na poziomie warsztatowym imponujący. Zewnętrznie zimny, ponuro dramatyczny, jak i nieomal poetycko rozedrgany - bliżej moim zdaniem do minimalistycznej Idy, niż bardziej rozbudowanej w wątki relacji osobowej i emocje wprost okazywane Zimnej Wojny. Styl Pawlikowskiego mnie w pełni satysfakcjonuje, ale bardziej fascynuje pytanie - jakby ten fenomenalnie czujący szlachetne metody filmowe mistrz planu wypadł w czymś formalnie zaskakującym. Konkludując Pawlikowski gdy już kręci to wie iż lepiej pozostawić niedosyt, niż uczcicie przesady, zamykając swoje ostatnie dzieła w około dziewięćdziesięciu minutach, więc myślę iż kolejny tytuł po wybrzmieniu tej nieformalnej monochromatycznej trylogii, przyniesie coś nowego, równie interesująco imponującego. Bardzo oczekuję.

piątek, 12 czerwca 2026

Evergrey - Architects Of A New Weave (2026)

 

Moi bodaj najwięksi "giltipleżer" jak w zegarku wydają nowe płyty i nawet nie wprowadza u nich poślizgów jakiekolwiek przetasowanie w składzie. Architects Of A New Weave nagrany z nowym bębniarzem i bez Henrika Danhage'a, który od 2001 roku był jednym z głównych filarów grupy prowadzonej jednak z żelazną konsekwencją przez Toma Englunda (bezdyskusyjnego lidera), mógł więc zapowiadać jakieś grubsze zmiany muzyczne. Nie mam na myśli przeskoczenia w inny gatunek, ale chociaż kosmetyczne, lecz zauważalne udoskonalenia, udziwnienia, czy doświadczenia, które może sugerowała mi okładka, jak też nie zmienia estetyki dotąd stosowanej, ale bardziej nawiązuje do tego co na początku, a dokładnie w 1999 roku jako ozdoba koperty Solitude, Dominance, Tragedy się objawiło. Mam ja duży sentyment w obydwu wymiarach (koperta, kawałki) do owej, zatem liczyłem na chociażby sound podobny, który przewietrzyłby myślę ten od lat, niezwykle czysty stosowany. W sumie nie mam nic do wszystkiego brzmieniowo dopieszczanego, ale coś więcej niż tylko sterylność bym mile tutaj widział. Jest jednak realnie jak automatyzm i przywiązanie do oczekiwań największych fanów Englundowi podpowiada, czyli bez szczątkowej ewolucji - pięknie, wypolerowanie, epicko i wzruszająco lirycznie. Z gitarami wycinającymi zarówno cięte, grube bo wyraziste riffy i solówkami wypielęgnowanymi, których wykonywanie na pewno kapitalnej biegłości i płynności wymaga. Tylko że jeśli tak jest, to ja podtrzymywać muszę swoje dotychczas wypracowane stanowisko, którego na przestrzeni ostatnich lat dwudziestu pięciu raczej nie zmieniałem, tak bardziej lub mniej w różnych okresach nowościami od Evergrey się podniecając. Pamiętam próby większej szorstkości w brzmieniu, bardziej organicznego i ograniczonego w sensie minimalizmu, rockowego stuffu i zupełne popuszczenie lejc w obrębie podniosłych, hymnicznych kompozycji - czas maksymalizacji cech dark-gotyckich, czy heavy metalowo-progresywnych. Mogę tutaj wymienić kiedy, jak według mnie było, ale nie widzę takiej potrzeby, gdyż pełny opis dyskografii, ktoś kto czyta i się głębiej wkręci ma na wyciagnięcie tutaj ręki, na klika jednego. W sumie każdy album po jakimś drobiazgu rozpoznaję i każdy może się odróżnić odrobinę, natomiast Architects Of A New Weave na ten moment zapamiętam najbardziej, jako ten satysfakcjonujący bardzo, lecz jednako ucinający moja wiarę w jakiś przełom wyrazistszy. 

czwartek, 11 czerwca 2026

Zabriskie Point (1970) - Michelangelo Antonioni

 

Wpełzam właśnie w elitarny świat Antonioniego i zrobiłem pierwszy krok oczywiście odtwarzając Powiększenie, lecz że jako ono jeszcze jest przeze mnie przepracowywane analityczne (szczerze, bezradnie doczytuje :)), a w międzyczasie zobaczyłem też Zabriskie Point i szybciej wiem co o nim myśleć, to na pierwszy archiwizacyjny wpis tenże (a)chronologicznie wskakuje. Dziwny to klimat, dziwnie opracowana treść – chaos pozorny, bo otwierająca scena, bo przeskakiwanie z początku wątku na wątek różnych bohaterów ustawiczny i trzeba szybko łączyć konteksty raczej mało uporządkowane. Niejako nie ma gigantycznej trudności by zrozumieć, że Antonioni tutaj z perspektywy (nie)amerykańskiej luka na tamtejsze społeczno-polityczne i gospodarcze, w sensie kapitalistyczne uwarunkowania ustrojowe przełomu lat sześćdziesiątych i siedemdziesiątych. Tradycja twardogłowej konserwy i finansjery korporacyjnej interes ponad wszystko (greed is good), wymieszane z akademickim buntem młodych, bardzo ideologicznym. Także świat prowincji i wielkomiejski - biedy i bogactwa, życia z daleka od nowoczesnej cywilizacji codziennością i walka o wpływy na szczytach. To jak domniemam w tradycji nowofalowej, światopoglądowy manifest krytykujący Amerykę z jej hipokryzją - kolebki współczesnej demokracji i wolności, samej w swoim gnieździe zwalczającej tendencje do równości i różnorodności. Wykorzystując do tego niezwyczajny, rozwijający się z poziomu ogólności do szczegółowości scenariusz, doskonały zmysł wizualny oraz (tutaj pierwsze mega wrażenie) kapitalną, intuicyjną grę aktorską jeszcze naturszczyków, tudzież aktorów bez doświadczenia. Przyznaję już otwarcie, iż artystyczna stronę polubiłem (odlot z golaskami w piaszczystych górach jest odważny i hipnotyzujący), tą ideową natomiast wmieszaną warstwę niekoniecznie potrafię tak samo skrytykować, jak poprzeć. Dla mnie zwyczajnie więcej jest tutaj do zobaczenia okiem i "duszą" (drugie mega wrażenie) niż do analizy treści o charakterze politycznym - paradoksalnie. Ciekawa filmowa praca tak na poziomie opracowania muzycznego (Jerry Garcia, czyli Grateful Dead plus PINK FLOYD proszę Państwa), wszystko-mówiącej symbolicznie metafory, dosłownie eksplodującej finalizacji dramatyczną oczywiście puentą, ale jeszcze mocniej interesująca i zachwycająca wymiarem technicznie wizualnym - z doskonałym zdjęciami i tym sznytem odlotowym nowofalowym, który miał gdzieś poprawność polityczną i cenzurę obyczajową.

P.S. Zapamiętam nie tylko przez wzgląd na malownicze ujęcia pustyni i młodych ciał okurzonych, ale też gdzieś na marginesie tragicznie krótkiej, tajemniczej historii życia niejakiego Marka Frechette - aktora dosłownie jednej roli i to akurat głównej, nie byle u kogo przecież.

środa, 10 czerwca 2026

Picnic at Hanging Rock / Piknik pod Wiszącą Skałą (1975) - Peter Weir

 

Niedawno (a w rzeczywistości archiwizacyjnej, gdy na bieżąco staram się relacje zdawać) to full temu (kłania względne poczucie czasu), wybrałem się do KINA na „piknik” pod skałę wiszącą, z okazji 50 rocznicy premiery klasyka Weira. Wstyd się przyznać, ale prawda jest dla mojej reputacji maniaka kina druzgocąca, że ja właściwie to nie kojarzyłem bym wcześniej ów standard filmowy w całości kiedykolwiek widział. Były jakieś fragmenty uchwycone w TV i rzecz jasna, była już później w życiu dojrzałym (wiadomo że piszę wyłącznie o dojrzałości wspomnianego kinematografii względnie ambitnej miłośnika) całkiem duża świadomość znaczenia tytułu w historii Muzy dziesiątej. Krok za krokiem w atmosferze święta do multipleksowej sali tuptałem, by zobaczyć co się okazało, że pośród kilku starszych nawet jeszcze ode mnie (są tacy - mnóstwo takich przecież jest) widzów, spore grono zaskakująco małoletniej jeszcze widowni przed dużym ekranem zasiadło. Cieszył mnie bardzo taki widok, napawał wręcz optymizmem rozwój sytuacji, co nie przeszkadzało mi zadawać sobie pytania, czy wszyscy tutaj tak samo świadomie jak ja - się pochwalę byłem, by korzystać z możliwości, której rzecz jasna gdy oryginalna premiera miejsce miała, mnie jeszcze na tym padole nie było - ufff! Kombinowałem też czy ta tutaj opowiedziana historia, ogarniana jest z pozycji wiedzy, iż jej źródłem jest powieść niejakiej Joan Lindsay, a inspiracja dla niej, to z kolei autentyczne wydarzenia z dzieciństwa, które dziwnym trafem przywołała ona w pamięci, dzięki snu, jaki w wieku już bardzo zaawansowanym ją nawiedził. Błyskawicznie powidoki spisała i tym samym dała znakomity materiał do interpretacji nietuzinkowemu talentowi Weira. Ten zrobił rzecz przedziwną estetycznie (kostiumowe widziadło), być może na czas kiedy kręcił i dał światu kinowemu do zanalizowania i przede wszystkim przeżycia, opowieść puchnącą od niedomówień. Historię „o duchach bez duchów, łamigłówkę bez rozwiązania, opowieść o seksie bez seksu” - coś co śmiało mogło zaklinać, hipnotyzować, jak irytować brakiem jakiejkolwiek próby czegokolwiek wyjaśnienia. Enigmatyczną fabułę, wzbudzającą wrażenie zbiorowej i jednostkowej halucynacji, wywołanej atmosferą poetyckiego uniesienia - słoneczną gorączką leśno-łąkowego lenistwa fantastycznie podsycaną. W tej atmosferze Weir buduje nastrój zarazem wspomnianej odprężającej refleksji, jak i zagrożenia niewidocznego, które w podświadomości uczestników wycieczki powoduje uczucie niepokoju, bowiem miejsce to wyjątkowe, otoczone nimbem szamańskiego kultu. Jakiego? Łatwo dotrzeć do źródeł! Jeśli ja w swoim nieznośnym lenistwie dokonałem przewertowania Internetu w celu zaspokojenia ciekawości, każdy jest w stanie się zmotywować, aby spróbować rozwiązać tajemnicę, która nigdy nie została i nie zostanie obiektywnie wyjaśniona. Idealne okoliczności do puszczenia wodzy fantazji, jeśli już człowiek się otrząśnie z onirycznej psychodelii - koronkowej reżyserskiej roboty w koronkowej dosłownie oprawie.

Drukuj