We łbie majaczą cienie uczuć, już mocno upływem czasu steranych, a odnoszących się do sytuacji, kiedy Incorporated wyszło i niby powodu, przez który jest to album, który najmniejszą sympatię spośród czterech długograjów europejskiego zjawiska modern thrashowego, wówczas we mnie wzbudzał. Być może nie spędziłem z nim sam na sam, tyle ile było by potrzeba, aby się w nim zdążyć rozsmakować (to częsty mój grzech z przeszłości zaniechania), bądź trafił on w nieodpowiedni czas i nie zagrało. Niuanse, smaczki wychwytuje się stopniowo i to czyni wówczas album w oczach/uszach wielkim. Słucham teraz czwórki i charakterystykę w myślach rysując, rozwijam - rozmach jest, feeling i groove są, więc można rozbierać na detale i mlaskać, ale też można z biegu nucić motywy. Słyszę i akceptuję rolę nienachalnych quasi orientalizmów (gitarek iberyjskobrzmiących, smyczkowych wątków), porcji elektroniki, co równa się docenianie urozmaiconego thrashu, dosmaczonego. Doceniam brzmienie i produkcję, przyjmuję na klatę ciężar oraz wyrazistość czystego dźwięku oraz energetyczny potencjał, karku mięśnie nadwyrężający. Instrumentalny Olimp, bowiem "nasz człowiek" w poważnym metalowym biznesie, wie jak kręcić w studiu gałeczkami, jak pisać doskonałe numery oryginalne i biegać paluchami po gryfie, a ikona w osobie Lombardo łomoce i pędzi - petarda, pocisk, wieloręko człowieczy. Jeszcze oczywiście punk oldschoolowy w obejściu Chambers i jego sposób eksponowania dramaturgii w liniach wokalnych - szacuneczek. Nie wiem, nie do końca pamiętam, nie sprawdziłem czy wcześniej i za co "InKorpo" ganiłem. Jeśli ganiłem, niemądry przez chwilę byłem. :) Sorki sorki!
P.S. Gdy się omówiony pojawił, naturalnie nie wiedziałem, że będzie ostatnim. R.I.P. Gus Chambers. Szkoda że Cię już nie ma sukinkocie.

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz