Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Whitesnake. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Whitesnake. Pokaż wszystkie posty

poniedziałek, 1 stycznia 2024

Whitesnake - Whitesnake (1987)

 

Wiekowi pasjonaci muzyki rockowej jasno określają popularny 1987 jako album, który wprost podzielił opinię publiczną i tak jak był objawieniem dla nowego fana, tak szokiem (myślę jednak że lekkim, a nie ekstremalnym) dla dotychczasowych maniaków Białego Węża, którzy jeśli z perspektywy czasu przyjrzeć się drodze do tegoż, to przecież kierunek mogli sobie już przewidzieć bez konieczności posiadania gigantycznej i otwartej na rewolucję wyobraźni. Nie uważam się za szalikowca Węża, ale myślę, iż wszystko nagrane po genialnie purplowskim Ready an’ Willing sugerowało, iż nastąpi ten moment, że ekipa wybitnego Coverdale'a pójdzie w bardziej współczesne wówczas, a co oznaczało komercyjne brzmienia, ale pytanie powinno dotyczyć tego czy zrobi to z takim przytupem jak się okazało, a nie czy zrobi to w ogóle. Łatwo zapewne dzisiaj takie radykalne przekonania prezentować, szczególnie gdy w roku 87 kończyło się zaledwie dekadę istnienia, a gdy wspomniana Ready an’ Willing wychodziła, to osiągało się dopiero poziom wiekowy jaki według kalendarza rozwoju intelektualnego dzieciaka, pozwalał bez większych kosztów emocjonalnych być oderwanym od rąbka spódnicy mamy, aby ta mogła z kolei powrócić do pracy i wreszcie wyrwać się codziennie na osiem godzin od kieratu matczynych obowiązków. Innymi słowy chce powiedzieć, że to co słychać patrząc z perspektywy lat, nie do końca z różnych przyczyn i panujących okoliczności mogło być aż tak wyraźnie słychać pomiędzy rokiem 1980, a 1987. Nie jest to jednak aż tak istotne teraz, bo z czym się tegoż roku osiemdziesiątego siódmego starzy fani skonfrontowali, to myślę bez względu na ich krótkotrwałą konsternację, w miarę szybko się zaprzyjaźnili, bowiem trudno pozostać obojętnym na w oryginale dziewięciootworową zawartość "Whitesnake". Same przeboje, numery jakie opanowały przestrzeń publiczną i uczyniły z grupy całkiem popularnej ogólnoświatowa gwiazdę, gdyż pozwoliły zaistnieć jej w końcu za oceanem i to na poziomie meta popularności. Amerykanie docenili, bo Amerykanie kochali takie melodyjne rockowe granie, w którym prócz chwytliwości i doskonałego warsztatu instrumentalnego z kluczowym udziałem fenomenalnego głosu frontmana, także mnóstwo emocji o szerokiej skali zawarte. "Whitesnake" niewątpliwie potrafi oczarować i "Whitesnake" stał się symbolem rockowych ejtisów, będąc jedną z ikon epoki i zdecydowanie zasłużenie, bez względu jak się ocenia stylistykę w której znakomicie się odnajduję, bo myślę nie wstyd grać rzeczy perfidnie przebojowych, jeśli ona wykonywane ze szczerą pasją i na zawodowym poziomie prawdziwych profesjonalistów. W składzie przed wydaniem tego przełomu może i nastąpiły niebagatelne przetasowania, ale nazwiska bezdyskusyjnie z pierwszej ligi i robota wykonana kapitalna. Nowe otwarcie jakie uczyniło z muzyków stadionowych herosów z napuchniętymi od przychodów kontami bankowymi co zapewne przyczyniło się nie przypadkiem do niestety szybkiego upadku pod ciężarem sławy i obciążeniem typowego życia rock'n'rollowego. Szczytowe miejsca na listach przebojów, wyprzedane gigantyczne obiekty koncertowe i miłość zaślepionych smarkul, więc na każdym kroku okazja do świętowania, a to z kolei zawsze niezbyt sprzyjające okoliczności do zajmowania się sztuką. Nikt nie jest odporny na przywileje życia gwiazdy, więc każda ekstremalnie świecąca gwiazda musi w końcu zgasnąć i to najczęściej z pompą - bo jak inaczej. Pozostają po niej wspomnienia szalonych dni i przede wszystkim jeśli ona z muzyka związana PRZEBOJE - wszystkim w latach osiemdziesiątych w piwnicy nie trzymanym z pamięci znane!

poniedziałek, 22 stycznia 2018

Whitesnake - Ready an' Willing (1980)




To w temacie osobiste zdanie, refleksja maksymalnie subiektywna i chyba daleka od przemyśleń typowego, bo całkowicie zatopionego w twórczości Białego Węża fana. Względnie odległa od odczuć oddanego miłośnika dźwięków, zawartych pomiędzy tradycyjnym ognistym hard rockiem, a przeżywającym swoje najlepsze czasy w latach osiemdziesiątych AOR-em. Tak spostrzegam, tak czuję, gdyż brak mi sympatii dla stylistyki funkcjonującej pod umownym szyldem Adult Oriented Rock i przez ten dystans nie jestem w stanie dogłębnie poznać całej twórczości Whitesnake i docenić odpowiednio zapewne wartości także późniejszych albumów, nagranych przez ten niewątpliwie legendarny zespół. Tak sytuacja wygląda, że dla mnie to nie szczyt szczytów komercyjnych, wydany w 1987 roku stanowi najdoskonalsze dokonanie Węża. W moim spostrzeganiu wszystko co najlepsze ekipa dowodzona przez Davida Coverdale'a zawarła na krążku stworzonym siedem lat wcześniej i zatytułowanym Ready an' Willing. Dziewięć kompozycji idealnie oddających klimat przełomu lat siedemdziesiątych i osiemdziesiątych w muzyce rockowej, tej która akurat swoje największe triumfy święciła przede wszystkim za oceanem. Wszystkie dźwięki mają tu swoje precyzyjne miejsce, przestrzeń jest doskonale wykorzystana i nie ma mowy o zbytniej obfitości, nie mówiąc już o niedosycie. Hard rock w swojej archetypicznej postaci, pięknie spięty wybornymi aranżacjami i pobudzany kapitalnym groovem, który swoje korzenie odnajduje w funkowych inspiracjach. Kompozycje absolutnie fantastyczne, zagrane z nerwem i pulsem szczodrze obdarzone. Z chwytliwymi melodiami i znakomitymi solówkami gitarowymi, obficie podlanymi mistrzowską zabawą Hammondami, uskutecznianą przez mistrza nad mistrzami tego instrumentu. Jon Lord czaruje klawiszowymi tematami i co dla Ready an' Willing i przełomu stylistycznego w ówczesnym hard rocku symptomatyczne, ich brzmienia odpływają w kilku momentach, od tych ciężkich wykorzystywanych w ósmej dekadzie XX wieku, w kierunku syntezatorowych eksperymentów popularnych tak na dobre, dopiero w latach osiemdziesiątych. I nawet jeśli instrumentaliści zasługują na gromkie brawa ze względu na techniczną biegłość i przede wszystkim aranżacyjny kunszt, to mistrzem ceremonii jest niepodważalnie człowiek o głosie legendarnym. Coverdale czaruje cudownymi liniami melodycznymi, finezyjnie pływa pomiędzy hard rockową chrypką, a soulową miękkością w głosie. Tam gdzie trzeba dociśnie intensywnie, w innym miejscu udowodni, że blues ożeniony z soulem potrafi wywołać ciary na ciele i pieścić uszy rozkosznie. Szkoda jedynie, że jest tylko jeden taki Ready an' Willing w ich dyskografii. 

P.S. W tym towarzystwie, samych muzycznych perełek, pośród nich, w centrum, umieszczona jest rzecz absolutnie wyjątkowa. Utwór znany już z solowego debiutu Davida Coverdale'a, tutaj z jeszcze większą mocą i charakterem zagrany, z którym tylko najwybitniejsze epickie formy są w stanie konkurować - te którymi między innymi Deep Purple, czy Led Zeppelin swoje miejsce w historii rocka sobie wykuli. Blindman, bo o nim oczywiście mowa, to hymn, poruszający dowód na to, iż muzyka to coś więcej niż tylko dźwięki. Emocje, to przede wszystkim piękne emocje!

Drukuj