Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Killswitch Engage. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Killswitch Engage. Pokaż wszystkie posty

poniedziałek, 24 lutego 2025

Killswitch Engage - This Consequence (2025)

 

Zgłaszam zaskoczenie, że jestem na bieżąco z wydaniem przez ekipę Dutkiewicza nowej płyty, bo czasu na głupotki co kot napłakał, gdyż bardzo dużo mega fajnego w emocjonalnych sprawach się dzieje i samo Killswitch Engage nie jest mi też tak bliskie, ważne dla mnie że z oczekiwaniem maniaka wyglądałem za kolejnym albumem. Zauważyłem w międzyczasie, że kilka lat milczą i teraz widzę, iż od wydania bardzo udanego i rzecz jasna standardowego w stylistyce Atonement minęło ponad 5 latek, więc jest to znacząca pauza, a jak ona jest wydatna to i oczekiwania dość licznego fanboya w towarzystwie niepokoju wzrastają. Niestety pierwszy i drugi, a po części jeszcze trzeci odsłuch nie nakręcił mnie tak abym napisał, iż This Consequence jest tak zajebisty jak poprzednik, bo chyba kosztem chwytliwych refrenów postawiono tutaj na więcej szarpaniny z intensywnym drivem, jazgotem wioseł i tych wszystkich rytmicznych szczegółów wyeksponowania, jakie najbardziej widoczne gdyby przyjrzeć się wizualnemu opracowaniu bębnów aranżacji - przejść i ogólnie całkiem gęstego naparzania przyobserwowania. W tym kontekście nowy album wydaje się bardziej ciekawy, choć brzmienie mam wrażenie nie posiada tej mocy jaka siedziała w poprzedniczce. Jednako gdyby nawet pokusić się o przekonanie, że rola perkusji została wysunięta, to jednako brak powodów by nie uznać, iż to po prostu kolejny album tego właśnie bandu i jakby wiosła też nie wycinały ornamentycznych wywijasów, to konstrukcja kompozycji tak jest przygotowana, że zmierza do refrenu w którym następuje naturalna kumulacja wraz z rozprężeniem. Dużo melodyjnych harmonii, pędzącego nabijania rytmu, mielenia wioseł i bębnów, drajwów ogólnie gitarowych sporo, natomiast mniej wolnych lub średnich temp, tłumionych riffów wspieranych monstrualnymi zejściami w dół oraz jednak więcej oszczędności, w sensie wlewania do tego kociołka epickiej quasi romantyczności. Choć wiadomo - Killswitch Engage jest z takich praktyk najbardziej znany, to też gdzieżby mogłoby ich zabraknąć. Jessy jak melodyjnie zaciągnie (Adam też), to i chłopcom serduszko tak puk puk - bez względu ile by dziar na ich naprężonych ciałach nie naliczyć. :) 

czwartek, 24 lutego 2022

Killswitch Engage - Incarnate (2016)

 


Drugi album po powrocie na pokład Jesse'go Leacha nie przynosi żadnych zaskoczeń i jest wprost tak kontynuacją linii stylistycznej z Disarm the Descent, jak oczywiście dalszym programowym "rozwijaniem" własnego stylu. Incarnate nie kręcił się u mnie od premiery, bo i wówczas nadal mój rozbrat z ich nutą trwał na całego i musiał potrwać jeszcze chwilę, bym zatęsknił za melodyjnym metal core'm z potężnymi gitarowymi riffami, w super chwytliwych aranżacjach. :) Nie robię sobie żartów z ekipy Adama Dutkiewicza, bo choćbym nie był ich szalikowcem i naturalnie dostrzegał miałki charakter ewolucyjny ich twórczości, to cholera obojętnie przejść obok niej nie jestem w stanie. Szanuję ten ich prosty etos przywiązania do gatunku i zdaję sobie sprawę jaka fantastyczna chemia pomiędzy nimi i fanami stanowi podstawę doskonałej symbiozy. Gdyby Inacarnate nie była wypełniona po brzegi mega fajnymi riffami i jeszcze fajniejszymi liniami wokalnymi, a technika instrumentalistów nie zasługiwała na uznanie, nie ma mowy abym ten jak i inne materiały Killswitch Engage od czasu do czasu zapuszczał na obowiązkowo mocno podkręconym potencjometrze. Hate by Design, Strenght of the Mind, Just Let Go, We Carry On, to dla nich typowe hiciory i jakby mainstream popowy był bardziej otwarty na cięższe brzmienia, to te numery mogłyby królować na listach przebojów, ale w konfrontacji z braćmi i siostrami płytami z przeszłości i przyszłości grupy, jest tu stosunkowo mniej takich kompozycji które od startu wchodzą na poziom tak zapamiętywalny, że wyrzucenie ich ze łba przez kilka godzin po dotworzeniu jest niemal niemożliwy. Tak czy siak Inacarnate kręci, raz bardziej (he he) romantycznie innym razem bardziej hardkorowo i nie tylko jest słuchalny, ale jak każdy album KE na moment potrafi wręcz uzależnić. A potem oczywiście naturalnie całkiem długa przerwa, bo inaczej się natychmiast ulewa. 

P.S. Jak tak na potrzeby tekstu Incarnate w pamięci odświeżałem, to naprawdę kilka kawałków bardziej z tym pobocznym projektem Leacha i Dutkiewicza mi się kojarzyło. Tak na marginesie pozwolę sobie dodać, taką "eurekę". 

poniedziałek, 25 stycznia 2021

Killswitch Engage - Alive or Just Breathing (2002)

 


Być może jestem strasznie daleko od racjonalnego przekonania, lecz mimo to myślę iż Killswitch Engage (gdyby nie między innymi rejterada Jesse'ego Leacha i zatrudnienie Howarda Jonesa) mógłby być zupełnie na innej pozycji w hierarchii jakościowej metal core'a. Mianowicie zakładam, iż może mniej byłoby w numerach grupy charakterystycznej ultra melodyjności i mimo że w małych dawkach znośnej, to jednak w konwencji powtarzalności motywów i zagrywek, a przede wszystkim mega chwytliwej oprawy na dłuższą metę odpychającej. A załóżmy iż Adam Dutkiewicz wykorzystując szerszy wachlarz ekspresyjny głosu Leacha poszedłby ścieżką bardziej ambitną i zamiast skupiać się na eksponowaniu zaciekle coraz to atrakcyjniejszego dla ucha wesołego przebierania paluchami po gryfie, poszukał kombinacji efektywnej i efektownej zarazem. Mógłby wówczas z płyty na płytę chociaż odrobinę kierunkiem i rozwiązaniami zaskakiwać i tym samym dodać marce czegoś więcej niż tylko skojarzeń z radochą grania. Pokrętnie, a może chaotycznie czy niejasno chcę powiedzieć, iż w pewnym sensie Killswitch Engage mógłby być czymś w rodzaju mostu pomiędzy stylistykami reprezentowanymi przez Deftones, a Machine Head, czy Protest the Hero. Graliby wówczas zarazem asem subtelnych smaczków aranżacyjnych i eksplodowali jokerem progresywnych spektakularnych popisów technicznych, a wszystko miałoby w sobie też walor wstrzemięźliwej melodyjnej chwytliwości. Jest jednak jak jest, los i wybory zaprowadziły moim zdaniem wysoce obiecującą ekipę pod ścianę. Pod ścianę która wciąż powstrzymuje ich przed nawet w miarę wyrazistymi urozmaiceniami, nie mówiąc już o stylistycznych skokach w kierunku eklektyzmu. Żeby była jasność to nigdy nie dostrzegałem u Amerykanów szans na eksplorowanie terenów sztuki o wymiarze poszukującym, ale też jednocześnie póki się udawało wypierałem fakt, iż KE stanie się jedną z grup które mogą być synonimem szablonowego powielania samych siebie (od The End of Heartache jest tak, nawet jeśli każdy kolejny album na tydzień, dwa zwraca moją na siebie uwagę). Niestety regularność eksponowanej formuły bez względu na jakość wykonawczą i każdorazową klejącą się do ucha przebojowość zabija intrygujący pierwiastek muzyczny. Wciąż śledzę, wciąż jednak bez wielkiej ekscytacji ich karierę. Wciąż daję się zainteresować, lecz nadal po chwilowym entuzjazmie żar przygasa (nieco tylko wolniej niż się pojawia). Włączyłem więc sobie teraz dwójkę aby pomarzyć, pogdybać. Aby finalnie napisać to co czytacie. :)

P.S. Natomiast jeśli przeszedłbym do rzeczy. Alive or Just Breathing uznaję za jedną z najbardziej znaczących pozycji w gatunku. Świetne thrashowe riffy i hard core'owa moc - w wówczas niezwykle świeżych aranżacjach. Doskonałe wyważenie stopnia atrakcyjności ze stopniem ambicji - marzycielska poświata i autentyczna, pełna agresywnej pasji wściekłość. Ogromne możliwości interpretacyjno-ekspresyjne Jesse'ego Leacha - od gardłowego krzyku po piękne pasaże czystego śpiewu. Wówczas, czyli około roku 2004-ego (Alive or Just Breathing poznałem natychmiast po premierze The End of Heartache) była to dla mnie zarazem płyta lepsza i gorsza od tej drugiej. Gorsza bowiem mniej przystępna, lepsza, gdyż na dłużej przykuwająca uwagę. :) Dzisiaj (tak to widzę), to krążek który bezdyskusyjnie otwierał przed grupą mnóstwo możliwości. Szkoda że nie poszli w kierunku który bym sobie życzył. Dobrze jednak, że przynajmniej w wymiarze live nie zdarza im się nudzić. Tak przynajmniej donoszą mi Ci co koncertowej mocy Amerykanów na własnej, pokrytej tatuażami skórze doświadczyli. :)

poniedziałek, 16 marca 2020

Killswitch Engage - Disarm the Descent (2013)




Pamiętam iż ponad piętnaście lat temu, po chwilowym (dwa krążki - The End of Heartache, As Daylight Dies) zachłyśnięciu się niezwykle witalną twórczością Killswitch Engage, dość szybko straciłem (nie rezygnując jednak z systematycznych odsłuchów wyżej wymienionych) większe zainteresowanie tym, co w obozie kierowanym przez rodaka żyjącego za oceanem na bieżąco się dzieje. Możliwe iż uznałem kierując się też intuicją, że każda kolejna płyta nagrywana przez Amerykanów będzie li tylko suplementem do dotychczasowej dyskografii i nie ma się co łudzić, iż KE wypłynie na szersze, a może przede wszystkim ambitniejsze wody. Nie myliłem się, bo każdy późniejszy krążek, bezpośrednio po premierze, lub z opóźnieniem odsłuchiwany nie przynosił niemal żadnych zaskoczeń, chociaż zawsze przykuwał na względnie krótki moment moją uwagę. Bo oferował paradoksalnie produkt o smaku sprawdzonym i tak samo jak ochoczo mlaskałem z zadowolenia, tak już w oka mgnieniu nieco mi się ulewało, od tego oczywistego przebojowego mielenia. Przyznaję że s/t z 2009-ego siłą rozpędu zignorowałem i dopiero wieść, iż do ekipy z Massachusetts powraca oryginalny frontman (chociaż Howardowi Jonesowi nic nie brakowało), zdopingował mnie do na powrót zainteresowania ich aktualną działalnością. Raz dwa do sedna i kropka - bowiem co tu dużo kreślić, jeśli sami muzycy nie dają powodu by za każdym razem móc coś nowego o ich muzyce napisać. :) Powrót Jesse'go Leacha okazał się pokłosiem jego współpracy z liderem KE przy okazji pracy nad debiutanckim albumem projektu Time of Grace. Panowie się zapewne obwąchali i uzgodnili być może, że w obliczu mniejszych lub większych nieporozumień Dutkiewicza z Jonesem, dobrze by było gdyby do składu Jesse wrócił. Cholera wie, nie znam zakulisowych rozgrywek w ich obozie, a i szkoda mi czasu na dociekanie, więc to tylko mało znaczące spekulacje. Istotne jest priorytetowo co nagrali i jak to na mnie oddziałuje! Co następuje odnaleźli się w swojej strefie komfortu znakomicie, tam gdzie dominują potężne chwytliwe śpiewne refreny i gitarowe galopady z kapitalnie wyeksponowanymi melodyjnymi pasażami oraz typowymi dla metalcore'a breakdownami. Tam gdzie króluje całkiem konkretne grzańsko z mnóstwem adrenaliny i nieco bardziej w refrenach skumulowanej romantyki. Ponadto też soczysta produkcja, świetne mocarne i zarazem selektywne brzmienie. Mają chłopaki łapę do rzeźbienia mega atrakcyjnych dla ucha heavy/thrashowych riffów i za to należy ich chwalić i szanować. Oni nigdy nie popchną metalu w rejony wyjątkowo ambitne, a będą tylko z powodzeniem dostarczać swoim fanom kolejnych porcji satysfakcji, co fantastycznie czynią też na Disarm the Descent. I to też jest ok! :)

wtorek, 3 września 2019

Killswitch Engage - The End of Heartache (2004) / As Daylight Dies (2006)




Taki po latach odbyty maraton odsłuchowy, w którym pamięć coraz bardziej zawodna pobudzona zostaje przez bieżące odtworzenie dwóch krążków, które stylistycznie odbiegają od tego co obecnie, na co dzień w odtwarzaczu się kręci, to odważna decyzja - takie fizyczne obciążenie dla aparatu słuchowego i mentalne dla gustu. ;) Nie demonizując jednak siły gatunkowej Killswitch Engage oraz nie deprecjonując jej wartości czysto muzycznej (bo co do przebojowej to nie ma dyskusji), jak już porwałem się na uderzenie w te rejony gitarowego grzańska by archiwizacje w obszarze bloga uzupełnić, to mam obowiązek zrobić to z elementarną uczciwością biorąc pod uwagę w proporcjach równych sentyment i dzisiejsze odczucia. Stąd co następuje spisuje, bez zbędnych (ale tylko zbędnych) heheszków. The End of Heartache będący wówczas debiutem w szeregach grupy Howarda Jonesa ubrana została w tłuste brzmienie, eksponujące bezpośrednią moc ciężkiego riffu (czasem bulgotu basu), ale głównie to melodyjnych pasaży, które wtedy to już na dobre przejmowały rządy w kompozycjach Amerykanów. Jednak przed orkiestrę wysunięty najbardziej zostaje wokalny potencjał nowego krzykacza, który z powodzeniem łączy agresywny ryk z głębokim czystym zaśpiewem, dając chwytliwym numerom szansę na podbicie serc nie tylko męskiej części fanów metal core'a. Jest w tych refrenach wyśpiewywanych przez Jonesa romantyczna słodycz i jednocześnie charyzmatyczna maniera, którą także posiadał już na Alive or Just Breathing Jesse Leach, lecz dopiero w anturażu pomysłów z The End of Heartache mogła ona błyszczeć pełnym blaskiem. Jednego czego nie miał wówczas Leach, a dysponował tym Jones to umiejętność turbodoładowania wokaliz podniosłym tonem w rozumieniu całkiem akceptowalnego patosu. To przyszło oryginalnemu gardłowemu z czasem, ale o tym może przy okazji tego co w późniejszym czasie on po powrocie z grupą upichcił. W roku 2004-tym natomiast w takich kompozycjach jak przykładowo Breathe Life stężenie patentu potęgującego intensywność odczuwania stanów emocjonalnych była znacznie większa niż w dotychczasowej twórczości grupy i z miejsca rozlała się na kolejne emblematyczne studyjne dokonania, stając się jednocześnie w moich oczach przez pryzmat wtórności wadą, jak i przez wzgląd na chwytliwość zaletą muzyki Killswitch Engage. Zespół kierowany filozofią pójścia za ciosem dwa i pół roku później wydaje As Daylight Dies, który nie przynosi nic innego ponad pomysł na kontynuację podążania kursem wyznaczonym na poprzedniczce - oczywiście z akcentowanym oficjalnie przekonaniem o świadomym zezwoleniu na okrzepnięcie stylu. Tyle że to co jako świeże mogło z racji nowości emocjonować, to już na As Daylight Dies mimo, że obiektywnie nie odstawało poziomem i żadnej kompozytorskiej waty wciskanej nie było (po prawdzie to nawet te kawałki wygrywają chwilami fajną lekkością na przykład w takim Break the Silence), to już poprzez wtórność samą w sobie stawało się po krótkiej chwili znajomości dużo mniej pociągające. Ale to problem natury uniwersalnej, że zespoły etykietowane jako przebojowe nigdy nie są intrygujące na dłuższą metę i darując sobie wypisywanie podobnych temu truizmów lepiej skupić się na tym co oferują tu i teraz, niż bez żadnej realnej przesłanki liczyć na wciąż absorbujące intelektualnie doznania po latach. Tego nie miałem naiwnej potrzeby domagać się od Killswitch Engage kiedyś, nie mam też i teraz. Używając dość figlarnego porównania - może dają satysfakcję krótką, ale jakże intensywną, więc wrócę na pewno jeszcze kiedyś do powyższych krążków, bo lubię rzadziej ale zawsze obowiązkowo euforycznie.

poniedziałek, 19 sierpnia 2019

Killswitch Engage - Atonement (2019)




O Panie melodii, władco mega przebojowych refrenów i turbo chwytliwych riffów. Tyś od dekad ponad dwóch tak łaskawy dla ekipy Adama Dutkiewicza, a twa szczodrość wciąż wielka i w perspektywie trwania kariery Killswitch Engage zapewne niewyczerpana. Dzięki niej już ósmy krążek w dorobku Amerykanów skrzy się od atrakcyjnych dla ucha pasaży i linii wokalnych, którym nawet najbardziej zawzięty wróg popularności popem muśniętego metal core’a się nie oprze i jak tylko się da będzie kamuflował fakt, że w sobie publicznie, a na głos w odosobnieniu tym razem z Jesse’m Leachem kolejne linijki tekstów wyśpiewuje, machając przy tym dyńką rytmicznie i symulując grę na powietrznym wiośle. Ma ta ekipa spore szczęście zarówno do obdarzonych histerycznym wrzaskiem i jednocześnie emocjonalnym czystym śpiewem frontmanów oraz kapitalnie piszących za każdym podejściem hiciory kompozytorów. Ma także cholernie oddaną bazę fanów i zaufanie jakim ich obdarzają, gdyż poniżej najwyższego poziomu w opanowanej do perfekcji formule stylistycznej nigdy nie zeszli, a teraz wraz z wydaniem Atonement tylko potwierdzają, że nie ma się nadal co martwić o ich formę studyjną. Ponadto jakość materiałów ze studia idzie jak stali bywalcy ich gigów donoszą w parze z koncertowymi popisami, zatem pełna profeska i szacunek w branży! Na ósmym albumie i już trzecim po powrocie oryginalnego wokalisty wszystkie numery kopią intensywnym riffem i pieszczą przebojowym szlifem, ale spośród nich NTOTR77 najszerzej gębę cieszy, najmocniej zęby szczerzy przy Unleashed, The Signal Fire, The Crownless King, I Am Broken Too, Know Your Enemy, Take Control, I Can't Be the Only One, w których też części udzielają się wokalnie goście.

P.S. To był pierwszy wpis w temacie KE i myślę, że systematycznie w chwilach powracającej słabości do ich hiciorów pozostałe płyty z większą lub mniejsza dozą humoru, lecz zawsze z wnikliwością postaram się bez złośliwości quasi recenzować. ;)

Drukuj