Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Gus Van Sant. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Gus Van Sant. Pokaż wszystkie posty

sobota, 30 maja 2026

Elephant / Słoń (2003) - Gus Van Sant

 

Minimalistycznie, po cichu, bez pod efekciarstwo narzucanych emocji, o rzeczywistej tragedii. Taki tam normalny dzień, takie tam zwykłe zabijanie. Obraz w połączeniu z muzyką, klasycznymi pasażami oddziałujący bardzo wymownie i szokująco. Dużo naturalności, autentyzmu, którego walory dodatkowo krew w żyłach niecodziennością w codzienności mrożą. Przekonujących do uczestniczenia w nich scen, ujęć śledzących zza pleców postacie, budujących tym samym ciekawą, powiązaną kilkoma punktami widzenia neutralną perspektywę. Szokujące okoliczności (nawiązanie tytułem do anglosaskiej metafory „słonia w pokoju”) i w swej ascetycznej, a celnej wymowie (do samodzielnej przede wszystkim interpretacji) wyjaśnienie uwarunkowań, stanu, motywacji autorów dokonanej krwawej zbrodni. Z zimną krwią przeprowadzonej egzekucji, z pytaniami jakie zostawiła dla świadków i postronnych obserwatorów medialnych doniesień oraz pracy Van Santa. Bez jednoznacznej odpowiedzi - co tak tych zgorzkniałych smarkaczy otępiło i kurwa w tej konkretnej socjalizacji poszło aż nie tak?! Zwięzły, bez opisów miejsca i czasu obraz, gdzie sekwencje kontrastowo długie, obiektywnie fakty inscenizujące. Wiemy co się zaraz stanie, bowiem film jest fabularyzowaną wersją ostatnich godzin życia ofiar i sprawców strzelaniny z amerykańskiego liceum w Columbine i doskonałą powściągliwą analizą w idealnie dobranej formie. Koncept niepodważalnie trafiony i swego czasu w Cannes doceniony został. To po słabszym czasie, był chyba dobry moment w karierze Van Santa. Przynajmniej ja mam takie odczucie, bo widzę że to taki niedosłowny Van Sant, jaki we mnie najczęściej najmocniej rezonuje.

P.S. Taka uwaga, że niby w te relacje z wydarzeń Gus Van Sant potrafi, a ostatnio mu nie wyszło - patrz Desperat z ubiegłego roku.

piątek, 10 kwietnia 2026

Dead Man's Wire / Desperat (2025) - Gus Van Sant

 

Gus Van Sant kręci tutaj właściwie Pieskie popołudnie 2, piętnując bezwzględność i hipokryzję rekinów finansjery oraz zaznaczając rolę i moc sprawczą medialnej interwencji, w opartym na faktach, klasycznie zrealizowanym bo nawiązującym do wielokrotnie przepracowywanych szablonów stylistycznych, kinie spod znaku ogólnie heist movie. Pozornie bez większego wysiłku przedprodukcyjno-produkcyjnego ogarnia temat właściwie, lecz po seansie pozostało we mnie poczucie niedosytu, a powiązane być może ono z gładkim prześlizgiwaniem się przez kolejne etapy wydarzeń i zaniechaniu rozwijania pobudzających intelektualnie kontekstów pobocznych. Niby obsada gra jak należy i gra narracja oraz głównie konwencja, bowiem Desperat zainscenizowany jest zarówno surowo, kładąc nacisk tak na aspekt quasi dokumentalny, z wplataniem ujęć z kamery dziennikarskiej, jak i stawiając przede wszystkim na odzwierciedlenie realiów filmowania kina dramatu i akcji z lat siedemdziesiątych, ale coś mi to wszystko nie wgryzło się pod czachę jakbym oczekiwał. Miało być zakładam ekstremalnie gęsto od adrenaliny, napięciem obgryzanie pazurów prowokując i wiarygodnie rzecz jasna psychologicznie, a widz miał czuć jakby przebywał w środku wydarzeń, bądź obserwował je na żywo relacjonowane i te zdaje się jasne techniczne intencje są poniekąd zrealizowane, tylko że wszystko jednocześnie wydaje się takie perfidnie, sztucznie rozmyślnie wystylizowane, a być może i przez to opresyjne wobec postaci centralnej odczucia nie posiadają tak silnie oddziałującego wpływu na widza (przynajmniej na mnie), aby poczuć na maksa „tytułową” skrajną desperację ofiary stającej się z poczucia bezradności przytrzymującym zakładnika szaleńcem. Koncentracja uwagi też sfokusowana jest na pozornie fałszywej empatii jaka rodzi się pomiędzy dwiema ofiarami złożonej sytuacji i to ma siłę i w końcu empatycznie rusza, boli mnie widza, szczególnie gdy epilog wyraźnie tą kwestię podkreśla. Tylko że poza tym jednym bardzo intrygującym, niestety rozmywającym się detalem (który mógłby wyciągnąć wymowę na teren szerszy), pozostałe sprawiają wrażenie, iż zabrakło w realizacji naprawdę charyzmatycznego, szczerego, na cały gwizdek zaangażowania i tym samym potencjał zaprzepaszczono.

piątek, 15 sierpnia 2025

Restless / Niespokojni (2011) - Gus Van Sant

 

Uroczy, kameralny, zabawny. Mądry, klimatyczny, autentyczny. Pomimo wymienionych budujących (pozytywny mimo całe to gówno od losu wymiar życia) cech, Restless to na smutno odbierana obyczajówka, będąca dramatem jaki właśnie ogólnie przygnębia, ale zdławia jak może ludzkim ciepłem ponurą atmosferę. Sympatyczni młodzi bohaterowie oddają swoje bogate wnętrza do wglądu, a los łącząc ich wrażliwe dusze/osobowości poddaje ich próbie najtrudniejszej. Przyjaźń zmierzająca ku miłości konfrontowana ze śmiertelną chorobą. Niby teoretycznie szantaż emocjonalny, a w praktyce przekonującą naturalnością i ciepłem opowieść jaka bez emfazy celowanej wzrusza. Pomagają w tym tak przeurocze postaci jak i aktorzy którzy grają tak że ma się wrażenie, iż nie ma w tej grze nuty gry - tylko oni, zrośnięci z postaciami. Obraz bez nuty fałszu, przesiąknięty wyłącznie pozytywnym oddziaływaniem na rozbudzanie w widzu wartości tkwiącej w obcowaniu ze szlachetnymi bytami oswajający za życia nieuniknioną śmierć. Dzielę się tu teraz moją słabością do tego akurat i kiedyś do podobnych surowych i poetyckich zarazem filmów.

piątek, 19 lipca 2024

Finding Forrester / Szukając siebie (2000) - Gus Van Sant

 

Jak widzę Seana Connery’ego u Gusa Van Santa w udramatyzowanej obyczajówce, wówczas jakiś rodzaj zaskoczenia odczuwam, bowiem aktor to legenda, jednak kojarzony ze zdecydowanie innym repertuarem. Pierwszy Bond przede wszystkim, potem role raczej niekoniecznie przekonujące krytyków, gdyż w produkcjach nie bardzo wybitnych i wreszcie kiedy broda już była siwa, kreacje mentorów, w których zaczął się naprawdę dobrze odnajdywać. Jednako mentor w Nieśmiertelnym, ojciec Indiany Jonesa, bądź Jim Malone z Nietykalnych, to w kinie umówmy się rozrywkowym, bądź po prostu w kinie akcji występy, a nie role stricte dramatyczne z intelektualnymi ambicjami do pogłębionego podumania. Akurat Connery w Szukając siebie, to też człowiek wiedza z imponującym erudycyjnym zapleczem (ktoś akurat podobny do Wilhelma z Baskerville z wybornego Imienia róży), tylko Van Sant to nie spec od wizualnej widowiskowości, a fachowiec z zupełnie innego gatunkowego obszaru. Stąd się dziwie gdy właśnie hollywoodzki Holender Conner’yego sobie w obsadzie wymyślił i jestem mile zaskoczony, choć do kanonu osobistego Szukając siebie nie wpiszę, że ten „eksperyment” się udał i aktor teoretycznie jednej lub dwóch góra form wyrazu daje tu dojrzały koncert aktorski, rzecz jasna w granicach rozpoznawalności własnego stylu i możliwości. Jest Connery dobry i chociaż nie jest to najbardziej głośny reżyserski przykład pracy faceta odpowiedzialnego za takie dzieła jak hmmm… (jeśli to czytacie, to myślę iż je znacie), prezentuje Van Sant bardzo rzetelnie i wdzięcznie historię czarnego dzieciaka z basketowym bakcylem i z trudnej dzielnicy, który to zaprzyjaźniania się z emerytowanym literatem, a ten skrytemu wrażliwemu smarkaczowi z potencjałem intelektualnym i marzeniami o pisarstwie imponuje. To dwa rożne światy, a między nimi chemia, jakby to nie była trudna zasadniczo relacja. Młody i stary poza tym, biały i czarny, a za nimi stojące rożne życiowe doświadczenia. Tak czy inaczej, w filmografii Van Santa raczej jeden z tych najbardziej konwencjonalnych i bezpiecznych filmów. Kompletnie bez jakichkolwiek formalnych fajerwerków, natomiast z bardzo sympatyczną i optymistyczną aurą. Żaden hit sprzed lat, bo bym o jego istnieniu wiedział już prawie od cwierćwiecza, a tak trafiłem na seans akurat teraz za sprawą przypadku.

czwartek, 3 marca 2022

Good Will Hunting / Buntownik z wyboru (1997) - Gus Van Sant

 

Bostońskie uliczne klimaty, znacznie inaczej niż zazwyczaj w filmach gangsterskich pokazane, bo miejsce to samo i klimat podobny, konteksty jednak inne. Oglądam teraz Buntownika z wyboru, kiedy już po ostatnim kontakcie niewiele pamiętam (dobra, przekomarzam się) i zastanawiam się czy Buntownik z wyboru zasługuje na status jakim otoczony. Bo oto mamy film kultowego Gusa Van Santa z rolą młodego wówczas Matta Damona, która nie jest żadną petardą, tylko dość poprawną interpretacją skrajności w skomplikowanej osobowości, obok z Robinem Williamsem którego zaś aktorstwo to komiczny majstersztyk i często także dramatyczny Olimp, ale tak powtarzalny że niemal każda rola mogłaby zastąpić inną jeden do jednego, więc no cholera ok, ale no ale! :) Opowieść z kategorii wagi ciężkiej pod względem wartości merytorycznej i uderzająca tematycznie na bardzo śliski grunt, gdzie wyłożenie się na banalności podczas otwierania szeroko wrót na poważne dylematy i życiowe z przeszłości traumy tak łatwa, iż zanim ja bym się za jej sprzedawanie zabrał, to na setki sposobów przemyślałbym czy się nie ośmieszę. Co innego rzucać problem mało rozgarniętym w wiedzy psychologicznej widzom, co innego podejmować się deliberacji analizowanej potem przez raz ludzi w tematyce zawodowo zatopionych lub dwa takim, którzy sami podobnym szlakiem przez bagno pochodzenia się przedzierali. Przy nich popelina nie przejdzie i z łatwością zauważą w filmie Van Santa udawanie bez cech autentyzmu i na pewno reżyser tutaj do takiej krytyki nieco (tak minimalnie) powody daje. Lecz ponad tym jest cholera to przesłanie, cel w jakim produkcja powstała, więc na ciut taryfy ulgowej zasługuje. Fakt niepodważalny że drogi życiowe zaskakują, lecz ludzie oceniani przez pryzmat stereotypów non stop dostarczają dla tych skrótowych ocen powodów ich absolutnie nie podważających. Szczególnie mimo to łatwo strzelić kulą w płot w przypadku wszystkich tych pozornych szczeniackich twardzieli, którzy kryją tajemnice i nigdy nie otwartymi księgami z wiedzą o nich podaną na dłoni. Emocje w nich przecież wrzą i przekonanie o własnej nieomylności w nich jak to u smarkaczy gigantyczne. Ale brak pokory to nie jest tylko i wyłącznie przywara młodości. Świat dorosłych łączy ją natomiast z doświadczeniem, które akuratnie jest w większości oparte na kolekcjonowaniu etykiet. Czy o tym jest Buntownik z wyboru? Czy możne o geniuszu sprzątającym korytarze Harvardu? Czy to jest dobry film? To jest mega film, bo to mój i dla mnie mega ważny obraz, który mógłby być jeszcze lepszy gdyby Gus Van Sant miał zamiast Damona w obsadzie nieodżałowanego Rivera Phoenixa! Wreszcie za co te nagrody? Za banał na salonach podany, czy za bystre intuicyjne zgłębienie tematu? Akurat odpowiedź na tak postawione pytanie dla kumatych to jak wyższa mata dla Willa Huntinga.

P.S. Otworzyć typa, dotrzeć do epicentrum jego frustracji i znaleźć odpowiedzi które pozwolą zadać kolejne właściwe pytania. Nie próbować pomóc, tylko pozwolić otworzyć na pomoc, którą przekonanie, iż ta pomoc jest w ogóle potrzebna.

środa, 19 grudnia 2018

Don't Worry, He Won't Get Far on Foot / Bez obaw, daleko nie zajdzie (2018) - Gus Van Sant




Chronologicznie pocięta, lecz mimo to spójna, a do tego barwna i angażująca prawie dwugodzinna opowieść biograficzna, stanowiąca rodzaj terapii grupowej w towarzystwie całej palety osobliwych postaci. Terapia poprzez wzruszenie i poruszenie, absurdalny żart i szczery śmiech, obnażającą słabości naturalność i bezpośrednio serwowaną brutalną prawdę. Dosłowne wypełzanie z uzależnienia alkoholowego, ale także poprzez rozliczenia z przeszłością i wyczerpującą walkę z własnymi demonami odnajdywanie siebie i swojego miejsca w całkowicie nowej i potwornie wymagającej kalekiej rzeczywistości tuż po tragicznym wypadku. W dwunastu odwykowych krokach zarówno liczne banały gęsto rozsiane, jak i sporo kluczowych lecz też dla frapującej odmiany błyskotliwych prawd życiowych nieschematycznie przemyconych. Śmiały i liryczny dramat w formule często żartobliwej, bo bohater stanowiący źródło dla tej terapeutycznej opowieści do postaci konwencjonalnych raczej nie należał, zatem forma i treść adekwatnie prowokacyjna i zasadnie przerysowana. Stąd montaż mozaikowy i dynamiczny, jak i atrakcyjne dla oka sztuczki realizacyjne licznie wkomponowane - w tym siarczyście wykorzystane rysunkowe animacje na podstawie bezpośredniej sztuki komiksowej Johna Callahana, stanowiące przełamanie szablonowej konwencji i będące skutecznym spoiwem dla ekspresyjnej narracji. Co jednak ostatecznie wynosi go ponad pospolitość i do finalnej oceny decydujący punkt dodaje, to genialnie zagrany przez Joaquina Phoenixa, który po raz kolejny (który, to już nie zliczę ;)) udowadnia, że żadna rola nie stanowi dla niego wyzwania ponad jego siły, a jak już się decyduje na kreacje to zawsze jest to koncert warsztatowy. I nawet jeżeli z łatwością widz obeznany z jego dorobkiem odnajdzie tutaj jego firmowe fortele, to i tak nie poczuje się karmiony wtórnością. Gwarancja pewna!

P.S. Czy tylko ja z trudem rozpoznałem tutaj tłuściocha Hilla? ;)

piątek, 23 listopada 2018

My Own Private Idaho / Moje własne Idaho (1991) - Gus Van Sant




Trochę świrusów w filmie Gusa Van Santa, w ekscentrycznej formule, z odjechanym aktorstwem o spieprzonym przez dorosłych dzieciństwie i reperkusjach powodujących długofalowe zaburzenia. O męskich prostytutkach z zepsutego świata, bez perspektyw i możliwości wyrwanie się z tego psychicznego i fizycznego więzienia. O spieprzonym życiu już na starcie, o utraconym rozwojowym fundamencie, o dramatycznym poszukiwaniu  tożsamości. O ludziach marginesu płynących pod prąd, instynktownie czy z wyboru. Film trudny do polubienia i w moim przypadku właśnie tej większej opartej na zrozumieniu treści i formy sympatii niestety nie jestem mu w stanie okazać.

piątek, 8 lipca 2016

Milk / Obywatel Milk (2008) - Gus Van Sant




Jestem świadom, że niesprzyjający obecnie czas na pisanie o takich historiach. Radykalny front obrony wyłącznie zdrowych związków intensyfikuje swe działania by od wszelkiego plugastwa seksualnego obywateli chronić. Czyni to za biernym, często także i czynnym (bo wsparcia dla idei nigdy za wiele) przyzwoleniem rządzących. Konserwatywne przekonania są w modzie, więcej one wyłącznie jako frazes na gębach młodych, lecz na praktykę dnia codziennego nie bardzo się przekładają. Z jednej strony deklarowany szacunek dla tradycji, z drugiej totalna rozpusta i kultura osobista sięgająca bruku. Młodość oczywiście ma swoje prawa i z przymrużeniem oka należałoby patrzeć na weekendowe szaleństwa czy ideologiczne zapędy niedojrzałych emocjonalnie osobników, jednako problem niestety nie tkwi wyłącznie w naturalnie buntowniczych postawach grup dorastających. Sęk w tym, że świat dorosłych, a na pewno spora jego część zupełnie zatraciła trzeźwość myślenia i instynkt samozachowawczy staczając się bezrefleksyjnie w otchłań radykalizmów lub przynajmniej nie reagując na działania wyraźnie dekonstruujące z mozołem zbudowane względne status quo. Wybaczcie to publicystyczne "kazanie", ale nie potrafię zobojętnieć na skrajną hipokryzję aspirującą do miana modelu cnót wszelakich, kiedy arogancja wespół z ignorancją urasta do rozmiarów gigantycznych. Nie godzę się na jakiekolwiek narzucanie jednego szablonu przekonań i bezwzględne zwalczanie przejawów odstępstw od wychuchanych norm, nie mających żadnego związku ze skomplikowaną rzeczywistością. Nie ma znaczenia czy dotyczą one kwestii czysto politycznych, ideologicznych, religijnych czy tych zaglądających ludziom do majtek. Żyj jak masz ochotę, bylebyś nie właził innym w buciorach w życie i bezpośrednio swoim postępowaniem nie stwarzał dla nich zagrożenia. To frazes, ale należy go powtarzać do znudzenia, właśnie wtedy gdy próbuje się naturalne oczywistości nazywać patologią. Nie jestem w stanie wyobrazić sobie funkcjonowania w społeczeństwie z etykietą zboczeńca do czego niestety obecnie środowisko LGBT zostało zmuszone, kiedy ona przyklejona tendencyjnie na podstawie histerii formacji roszczących sobie prawo do decydowania co jest naturalne, a co niby od "boskiego" czy nawet naukowego porządku dalekie. Moja osobowość nakazuje mi kierować się elementarną przyzwoitością, kiedy z jawnym żerowaniem na najgorszych ludzkich uprzedzeniach i podjudzaniem do nienawiści wobec wszystkiego co niezrozumiałe, a przez to niby "groźne" się stykam. Wyrażam zatem tutaj mój niepokój i zadaje pytanie, gdzie nas doprowadzi ta kolejna "dobra zmiana"? Manifestując wzburzenie odniosłem się do "tu i teraz", a zaczyn tej refleksji to już robota Gusa Van Santa, Dustina Lance'a Blacka i kapitalnego Seana Penna w roli Harveya Milka. Postaci kontrowersyjnej, prowokującej skrajne emocje od których nie da się uciec. W mojej subiektywnej ocenie wzbudzającej jednoznaczny podziw, odzierając ją oczywiście z naznaczonego negatywnie określenia homoseksualista, takiego (uwaga bluźnierstwo) współczesnego stygmatu. Bowiem gdyby spojrzeć na Harveya Milka wyłącznie jako na człowieka bez konieczności określania jego orientacji seksualnej, to nazwanie go społecznikiem byłoby bezdyskusyjnie trafnie oddające charakter jego działań. Niestety dla wielu będzie on jedynie gejem który próbował wykorzystać czas i miejsce by promować "zboczeństwo" i zakażać "wirusem" gejostwa kolejne pokolenia. Dla nich bez znaczenia będzie, iż był człowiekiem z krwi i kości, takim jak każdy inny, a orientacja seksualna w żadnym stopniu nie wpływała negatywnie na wyznawane przez niego wartości. I nie będę tutaj wyliczał wszystkich tych cech, które postać Harvey'a Milka konstytuowały, nie opiszę także z detaliczną historyczną precyzją politycznych zawirowań Ameryki przełomu lat sześćdziesiątych i siedemdziesiątych. Bo niby po co mam to robić, kiedy sama biografia wyśmienicie te wszelkie niuanse wychwytuje i podaje w formie, która każdego otwartego miłośnika kina powinna usatysfakcjonować. Fakt, wyłącznie wtedy gdy pozbędziemy się uprzedzeń, a to niełatwe, jak liczne fora filmowe pokazują, gdy o dyskusję w temacie Milka chodzi. 

poniedziałek, 26 stycznia 2015

Promised Land (2012) - Gus Van Sant




Lubię, gdy film rzeczywistość pełną, nieokrojoną ukazuje. Taką przekrojową z różnych perspektyw nie ograniczając się do prostych schematów i nie ferując jednoznacznych wyroków, z aroganckim przekonaniem o nieomylności prezentowanych poglądów. Mylić się jest rzeczą ludzką, nie znać okoliczności ze wszystkich stron naturalną, a przyznawać się do tego rodzaju niemocy kwestią pokory. Tak ten obraz spostrzegam i nie narzucam nikomu swojego przekonania! Masz przywilej „człowieku” mieć inne zdanie, doszukiwać się podstępu w fabule zawartego, teorii spiskowych, jednak nie daje ci to prawa do dyskredytowania wszystkich tych, co manipulacyjnej łapy polityki czy biznesu w stopniu ponadnormatywnym tutaj nie widzą. Zresztą jeśli spisek wywęszyłeś i duma cię z tego powodu rozpiera, żeś taki bystry to wiedz, że filmy nie powstają wyłącznie z artystycznych powodów, one są kręcone by kasę bezpośrednio zarobić lub w inny sposób profity zapewnić. Zaskoczony jesteś? Teraz bogatszy o tą wiedzę ekskluzywną może z dystansem spojrzysz i zrozumiesz, że Promised Land nawet przez wzgląd na mecenat jaki nad nim rozpostarty poza standardy nie wychodzi. Posiadasz też przecież organ zawiadujący, jednostkę centralną, która do samodzielnej analizy cię predysponuje, nie pozwalając na prostacką inwigilację. Jeśli ona przez Gusa Van Santa tutaj praktykowana, to i tak artystycznie o jakości bardzo wysokiej i na poziomie akademickim, w porównaniu do codziennej dawki telewizyjnej manipulacji spod znaku lokowania produktów. To według mojej subiektywnej opinii (podkreślam z uporem), Gus Van Sant w świetnej formie i dziwi, że tak dobry obraz przeszedł bez echa. Chociaż jak zajrzeć na filmweb i poczytać zamieszczone tam dyskusje, tych jak zawsze oświeconych ideologów, to to echo jest wyraźnie wyczuwalne. Tak na marginesie, jaki w tamtejszej sekcji dyskusyjnej zrobił się śmietnik, a kino zamiast dostarczać rozrywki, uczyć wrażliwości czy analizy i wyciągania własnych wniosków, jest spostrzegane wyłącznie jako propagandowa tuba. Powyższy manifest właśnie tymi forumowiczów dysputami zainspirowany.

P.S. Pewnie w tym miejscu ten manifest powinienem umieścić, a w tekście głównym napisać, że Matt Damon, jak zwykle nie sięga poziomu aktorskich mistrzów, Frances McDormant po raz kolejny klasę udowadnia, a weteran w osobie Hala Holbrooka u schyłku kariery wspaniale w roli mentora się odnajduję. Stwierdzić, iż Van Sant z wyczuciem obraz stereotypowej małomiasteczkowej mentalności ukazuje, przełamując go zręcznie oczywistościami dla wielu niezauważalnymi, że nie każdy prowincjusz to jełop czy kretyn, a ludzie wszędzie są wieloracy, bez względu na miejsce zamieszkania, bo ścieżki życia osobowości różnorodne kształtują. Świetnie twórcy Promised Land tą kwestię nakreślili, wśród bohaterów umieszczając pełną paletę ludzkich typów. To głęboka, interesująca analiza wpływu pieniądza na człowieka, często pod ścianą postawionego.

Drukuj