Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Paul Thomas Anderson. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Paul Thomas Anderson. Pokaż wszystkie posty

sobota, 25 października 2025

One Battle After Another / Jednak bitwa po drugiej (2025) - Paul Thomas Anderson

 

Co ja będę tu kręcił! Podeprę się zdaniem z jakim się zgadzam! Kapitalna uczta filmowa! Bez trzymanki jazda! Warsztatowo spójna, aktorsko na najwyższych obrotach, reżysersko ciekawie wizjonerska. Brawa wielkie dla pana Andersona za znakomity misz-masz gatunkowy i za celująco dobraną obsadę. Trójka wielkich aktorów na ekranie, oślepia talentem, ciesząc czujne oko kinomana. Leo DiCaprio pobudzony, z młodzieńczym błyskiem w oku, emocjonalny, będący Bobem, a nie odgrywający Boba, charakterystycznie przygarbiony, poruszający się niezdarnie jak dorastający nastolatek (a przecież to nie jest już Arnie Grape), w ciągłym transie, z nieodłącznym koczkiem i uroczą podomką a'la szlafroczkiem, robi tak dobrą robotę, że można i śmiechnąć i uronić łezkę. W paaastiszu świadomym, a potrafiącym bardziej wzruszyć niż niejeden z założenia dramat przeARCYpoważny. Sean Penn w zenicie, czyli świetnie odegrany kawał niezjadliwego mięcha, służbista, z zaciętym grymasem i charakterystycznym symulującym pewność, a jednak zmęczonym chodem (na podwyższonych butach), słabowity jednak wobec wdzięków czarnoskórej rewolucjonistki - postać groteskowa i na serio straszna w swej wymownej wyrazistości. Benicio del Toro dla kontrastu osobowość spokojna, opanowana, „fala oceanu” niezwykle ciepła i sympatyczna. Dojrzały, doświadczony i zaradny w każdej sytuacji. Takiego przyjaciela i kompana do walki chciałby zapewne każdy. Panowie ekstraklasa, ale Panie też bomba, z naciskiem na najmłodszą, pełną zahartowanego przekornego wdzięku najmłodszą z nich. Wszystko tutaj bez dyskusji gra, wszystko hula jak należy. Dźwiękowo, wizualnie, duchowo. Nietuzinkowy spektakl, gwarantujący świeżość, dobrą zabawę i wzrusz. Dynamika plus muzyka i brylantowe aktorstwo pod przywództwem mistrza Andersona, inspirującego ekipę i nakręcającego aktorów do wyjątkowych roli. Zabawa przednia na poziomie stałej ekscytacji. Najprawdziwsza prawda, iż "najkrótszy film trwający prawie trzy godziny”. A niech mnie! Pierwsza trójka filmów tego KOZAKA!

wtorek, 5 kwietnia 2022

Licorice Pizza (2021) - Paul Thomas Anderson

 

Licorice Pizza płynie przed siebie niby tylko bez wyraźnego celu, tak przypadkowo, spontanicznie łącząc wątki, bowiem za tą swobodną narracją kryje się zarówno doskonale nakreślona bez pretensji irytującej koncepcja oraz w niej najszczersza prawda nawiązująca do miejsca i czasu oraz nostalgiczna tęsknota za czystą duchowo młodzieńczą miłością, w której fizyczny pociąg, to tylko i aż pielęgnowany pulsujący magnetyzm i podniecająca elektryczna aura. Pięknie zatem Anderson wodzi za noski widza romantyka, a ten widz akurat w mojej osobie kupuje bez jakichkolwiek zbędnych tutaj pytań tą chwilową, bo przecież ulotną rozkosz, poddając się niezwykle inteligentnie wrażliwej wizji, w której można do woli czytać między wierszami i nasycać zmysły obrazem, dźwiękiem oraz wręcz czuć zapachy i smaki jego amerykańskiego dzieciństwa. Ja czuję się zakochany w tej nieoczywistej opowieści o miłości, ale i w tle zarysowanym filmowym eseju o konfrontacji świata sukcesu rządzonego przez pieniądz i wręcz bezczelnie groteskowej pewności siebie z poddaną weryfikacji praktycznej naiwną wizją sukcesu, bowiem raz jest ona przenikliwa, dwa łebska, trzy zmysłowa i cztery tak cudnie nawiązująca do najlepszej historii hollywoodzkiego kina. Anderson poniekąd zrobił to co niedawno Tarantino, tylko jak Tarantino zrobił to maksymalnie i naturalnie ekstremalnie po swojemu, tak Anderson zrobił to na własnych subtelnych zasadach, z perspektywy która mnie jeszcze bardziej odpowiada.

P.S. Nie wyczerpałem rzecz jasna tematu w głównym tekście, nie dodałem, że między innymi kadrowaniem, wyeksponowaniem dynamiki w montażu, prowadzeniem kluczowej narracji, ale i aktorów oraz każdym niuansem z pietyzmem dopracowanym, zawsze Anderson trafia w punkt - gdyż to w sumie kumaci wiedzą, a niekumaci niech tacy pozostaną, skoro do tej pory ich nie olśniło. :) Napiszę zaś jeszcze w formie suplementu, że gigantycznie podoba mi się, iż jego bohaterowie to nie jakieś wypudrowane i wycacane z żurnala postacie, a ich magia nie wynika z powszechnie podobającej się urody, a z tego rodzaju charyzmy, która wiąże aurę fizyczności z błyskiem intelektu i osobowości. Napiszę że przyklękam z wrażenia kiedy widzę jakie ma Anderson wyczucie do wyborów castingowych i jak wielce ich wartość przełożona na efekt filmowy trafia wprost w moją wrażliwość estetyczną i jakie to naturalnie autentyczne kreacje, bez cienia nawet fałszu w geście czy mimice. Dodam że całe środowisko wizualne w jakim one działają oraz właściwości pomysłu przełożonego na scenariusz, a dalej na realizację całej złożonej koncepcji fenomenalnie zaspokajają za każdym razem potrzeby i oczekiwania jakie z jego kolejnymi dziełami wiąże. Podkreślę tym samym jak bardzo w pamięci mojej zawsze utkwić potrafią konkretne rozwiązania stylistyczne oraz sceny i z jaką łatwością zaprzyjaźniam się z nimi, scalając emocjonalnie, nawet jeśli zdarza się, iż tematyka poruszana nie dotyka mnie szczególnie osobiście. Jeśli miałbym wybierać artystę z kategorii reżyser, który nigdy mnie nie rozczarował, ale który też za każdym razem podnosi sobie poprzeczkę i paradoksalnie nie zaspokajając wyobrażeń wprost jeden do jednego, jednocześnie ani odrobinę nie zawodzi (bowiem tak w rzeczywistości zaspokaja je w inny, nowy, zaskakujący sposób, a ja nie potrafię po seansie dłuższy czas o filmie zapomnieć), to jednym z bardzo niewielu takich byłby właśnie Paul T. Anderson. DZIĘKUJĘ że jest!

środa, 26 lutego 2020

Punch-Drunk Love / Lewy sercowy (2002) - Paul Thomas Anderson




Nawiązując do dyskusji rozpoczętej przed kilkoma tygodniami wraz z premierą Nieoszlifowanych diamentów, a dotyczącej publicznego zapytania, czy jakoby Adam Sandler, to do tej pory był wyłącznie aktorem komediowym, przypominam hmmm... że mimo iż jego aktorska kolekcja zawiera w przytłaczającej większości role w filmach niezbyt ambitnych, najczęściej właśnie typowo rozrywkowych, to udało mu się również w międzyczasie stworzyć kreacje relatywnie znacznie bardziej dramatyczne. Przykładowo u Jasona Reitmana (Uwiązani), Noah Baumbacha (Opowieści o rodzinie Meyerowitz) i nawet u uznanego już od wielu lat za reżysera najwyższej klasy jakim jest niewątpliwie Paul Thomas Anderson. Co by o wyborach i warsztacie Sandlera kąśliwego czy złośliwego nie napisać, to nie ma się broń boże do czego przyczepić w przypadku Lewego sercowego, bo Sandler wypadł tu znakomicie, współpracując przecież z reżyserem zarówno niezwykle wymagającym jak i tak samo mocno inspirującym. Po epickiej Magnolii i podobnie obfitym czasowo Boogie Nights, inaczej po budowaniu pozycji rozbudowanym opisywaniem historii grup bohaterów, zrobił dla odmiany Anderson film o jednej postaci. Znacząco odstający od szablonu, właściwie mimo że wrzucony do kosza z romansami, to w rzeczy samej kameralny dramat psychologiczny (i mniej w tym przypadku absolutnie nie oznacza gorzej), którego walory choć wymagające wytrawnego oka doświadczonego kinomana liczne - a pośród nich między innymi osobliwe napięcie, pulsujący nerw intensyfikujący wydarzenia wokół bohatera, którego natura, stan emocjonalny, zaburzenia nie tylko te socjalizacyjne oraz pieprzona zmora właściwa którą samotność, sprowadzają na niego wszystkie razem i każda z osobna spore kłopoty. To jak nadmieniłem nie jest typowa komedia romantyczna, ona tylko pod takim gatunkowym przyporządkowaniem nie wiedzieć czemu została skatalogowana. To przecież w istocie pomimo kluczowego wątku lukrowanego romansu, poważny dramat w dość szczególnie oryginalnej formule, można by rzec anty hollywoodzkiej, w której to możliwe było, aby w opowiadanej historii miłosnej o podłożu społecznego niedostosowania, dać upust alternatywnemu sposobowi spostrzegania uczuć. Anderson jako twórca kina ambitnego jest przecież osobny, tak samo w tej jak i pozostałych odsłonach, więc także i tutaj przemycił wiele znaczeń, możliwości do indywidualnej interpretacji i szans do oddania się głębokiej refleksji, za co bez wyjątku niezwykle jego wszystkie filmy cenie.

środa, 11 września 2019

Magnolia (1999) - Paul Thomas Anderson




Ależ to jest potężnie rozbudowany dramat – monumentalny, lecz i zarazem w harmonii ze spektakularnym charakterem będący intymnym aktem bolesnej człowieczej spowiedzi. Prawdziwy kolos przemyślany w każdym detalu, artystyczny majstersztyk intelektualnie przenikliwy. Wreszcie co dla ducha istotne emocjonalny i emocjonujący. Dla większości ekspertów w dziedzinie ambitnego kina on nie tylko najważniejszym obrazem Paula Thomasa Andersona, ale jednym z najdoskonalszych dzieł w historii kina. Scenariusz w rzeczy samej sprowadzony w nim do zrelacjonowania jednego dnia z życia mieszkańców San Fernando Valley w L.A. Postaci licznych, które wiążą ze sobą relacje rodzinne, ale i przypadkowe zrządzenia losu, które mogą w obiektywnej bądź tylko subiektywnej interpretacji urastać do boskiej interwencji. Powiązania, zależności, zbiegi okoliczności, tudzież przemyślany plan w sensie przeznaczenia napędzają jego rytm, regulują poszczególnych scen intonację i odciskają piętno na złożonym charakterze. Ścieżki ludzkie w nim ustawicznie się przeplatają, nawiązując do realnej codzienności. W niej oto przecież wpadamy na siebie, mijamy się bez wyraźnych konsekwencji, lub też na nasze losy wpływają mniej lub bardziej świadome działania innych. Tajemnice przeróżne przez lata ukrywamy, a pośród nich słabości i wady, wszystkie kolekcjonowane popełniane błędy i ich konsekwencje. W pauzach wypełnionych plastycznie obrazem, w monologach i w dialogach bohaterów ekranowej historii, pośród alegorii i wielorakich symboli przemyconych tkwią finezyjne aluzje dotykające kwestii filozoficznych i religijnych. W tle niemal ustawiczne towarzystwo ścieżki muzycznej, jako w pełni integralnej cześć zawiłej historii, warsztatowo rejestrowanej ze sporym udziałem płynnego kręcenia jednym ujęciem (sceny na telewizyjnym korytarzu), ale też mistrzowsko komponowanych ujęć statycznych, w każdej konfiguracji pełnych maestrii operatorskiej wizji. Paul Thomas Anderson oprócz daru praktycznego wykrzesywania od współpracowników maksimum potencjału (spece techniczni, gwiazdy aktorskiej profesji), posiada unikatowy styl narracji, w którym tempo częstokroć względnie mozolne daje przestrzeń do kontemplacyjnego tkania precyzyjnej historii złożonej z wieloznaczności do analizy dla odbiorcy inteligentnego, przedkładającego otwarty umysł nad szablonowe myślenie. Można dzięki temu smakować detale i rozkładać wątki na części pierwsze, docierając do jądra i odczytując wyraziste fundamentalne przesłanie. Ale w tej skupionej na precyzji metodzie jest też silny puls wewnętrzny, dbający o pobudzanie temperamentu koniecznego aby widz w samej medytacji nie zatonął. Nabierający z każdym kwadransem większego impetu, tworząc finalnie atrakcyjny i inspirujący spektakl, w którym widowiskowość pełni funkcję służebną wobec idei kina intelektualnego. Kompozycja wykorzystana w Magnolii szczególnie jest splątana, bowiem ona z segmentów tworzących mozaikę skonstruowana - ogniw współzależnych od siebie i wywierających określone wzajemne wpływy. Zamknięta w trzech godzinach projekcji, prowadząca ekscytująco po grubo ponad dziewięćdziesięciu minutach do zapierającego dech finału i nieodkrywczej, jednak poprzez wyrazistość i sugestywność uczuć niezwykle dosadnej puenty, zawartej w stwierdzeniu, że "może zerwaliśmy z przeszłością, ale ona nie zerwała z nami - czasem po prostu trzeba wybaczyć, chociaż to trudna sprawa".

środa, 28 lutego 2018

Phantom Thread / Nić widmo (2017) - Paul Thomas Anderson




Uwielbiam filmowy styl Paula Thomasa Andersona, jego hipnotyzujący sposób narracji, emocjonalną grę półsłówkami oraz doskonałą symbiozę obrazu i muzyki. Każdorazowo przekonująco uzasadniony artystyczny szlif, merytoryczną perfekcję i wreszcie inspirujący wpływ na aktorów jaki wywiera. Jego filmy intensywnie się odczuwa, nimi się wręcz oddycha, one nieprawdopodobnie angażują i wpijają się w podświadomość, pozostawiając widza na długo po zakończeniu projekcji w zadumie. Zrozumiałe są zatem moje uniesienia kiedy Phantom Tread okazał się wzorcowym przykładem drobiazgowego wypełnienia każdej przestrzeni dwugodzinnego dzieła powyższymi walorami. Ten kunsztowny obraz stanowi płynącą wolnym, lecz absolutnie nie monotonnym nurtem opowieść o cenionym projektancie mody, w którego uporządkowanym, pełnym codziennych rytuałów życiu pojawia się na jego własne życzenie kolejna kobieta, która niespodziewanie wprowadza nie tylko zamęt uczuciowy, ale przejmuje inicjatywę i kontrolę nad tym wydawałoby się silnym osobowościowo mężczyzną. Trudna symbioza między bohaterami we frapującym odkrywaniu słabości partnera zostaje odnaleziona, oparta na fundamencie różnicy podobieństw, a finalnie zręcznie komponowanej harmonii w kluczowym zaspokajaniu potrzeb partnera. Za pomocą środków niepospolitych i kontrowersyjnych, z pełnym namaszczenia pietyzmem dokonując bolesnej psychologicznej wiwisekcji. To z pewnością film absorbujący, lecz wyłącznie dla widza świadomego i gotowego na intelektualny wysiłek, bo jego konstrukcja jak i treść wymaga wnikliwej obserwacji i analizy wszelkich niuansów. Stanowi arcydzieło w którym wyborna gra aktorska pełna jest ukrytych znaczeń - w gestach, spojrzeniach, w mimice, w całym fascynującym teatrze wizji i fonii. W każdym z ogromną pasją przygotowanym ujęciu, wypielęgnowanym kadrze, w wybornych dialogach i symbolicznych zachowaniach postaci dramatu. W będących emocjonalnymi gejzerami scenach posiłków, w tych fragmentach gdzie krawiectwo staje się czymś więcej niż tylko precyzyjnym rzemiosłem. We wszelkich wyrafinowanych inscenizacjach uchwyconych poetycko, w których ruch nabiera cech niemal metafizycznych. Z ekspresywną muzyką, wizualną estymą i werbalną finezją, jako doskonale zaaranżowanymi, integralnymi elementami wirtuozerskiej kompozycji. 

wtorek, 5 maja 2015

Boogie Nights (1997) - Paul Thomas Anderson




Paul Thomas Anderson jako reżyser cuda wyczynia. Bawi się ujęciami, klimat muzyką podkręca, wybornie obsadę dobiera i na najwyższe obroty w kwestii warsztatu wkręca. Głęboki wgląd psychologiczny stosuje i w przenikliwy sposób refleksje snuje. Taki z niego potencjalny chirurg anatomię i fizjologię obiektu studiujący, a może bardziej patolog, który autopsje przeprowadza i powód zgonu próbuje nakreślić. Tym denatem ludzka przyzwoitość i godność w obliczu sławy i pieniądza. Bohaterami opowieści ludzie po przeróżnych przejściach – zepsuci i zgorzkniali cynicy, sfrustrowane bezradne ofiary własnych potrzeb i popełnionych błędów, ale także naiwne gówniary i narcystyczni gówniarze, złapani na przynętę łatwizny. Grube ryby i małe płotki w jednym zbiorniku pływające. Temat wyjątkowo kontrowersyjny na warsztat wrzucony i w sosie stylu Andersona zanurzony. Biznes pornograficzny to w oczach Andersona uzależniająca i wyciskająca z żywiciela człowieczeństwo branża. Im więcej luksusu, tym mniej rozumu, im intensywniejsze bogactwo fizycznych walorów, tym bardziej doskwierająca bieda duchowa. Wybieraj i z konsekwencjami dokonanej decyzji się skonfrontuj. Nie biadol później, bo to twoja decyzja była. Instynkty i podniety najniższe cię przecież skusiły. 

piątek, 24 kwietnia 2015

Inherent Vice / Wada ukryta (2014) - Paul Thomas Anderson




Właśnie seans z Inherent Vice zaliczyłem, znaczy kolejną odsłonę nieprzeciętnej jakości talentu Paula T. Andersona miałem okazje smakować i spieszę natychmiast swoimi refleksjami się podzielić. Obraz oryginalny, rzekłbym specyficzny, inteligentny, dodałbym przenikliwy, błyskotliwy i szczwany. Gorzki i zgrywny zarazem i co jego najwyraźniejszym atutem, z fenomenalnym klimatem. Tak to już u tego Andersona bywa, że jak film kręci to jak nikt inny potrafi uchwycić ducha czasów i miejsca w których akcje umieszcza! To kino efektowne i efektywne zarazem, gdzie nietuzinkowe podejście do materii nie przytłacza sensu i treści. Dla mnie kapitalnie spędzone dwie i pół godziny, z całą plejadą wybitnych person w obsadzie - z takimi tuzami na czele jak Benicio Del Toro, Josh Brolin, Owen Wilson i przede wszystkim niesamowitym Joaquinem Phoenixem. W rolach, które na długo w mojej pamięci zakotwiczą i układem odniesienia dla przyszłych ocen kolejnych aktorskich popisów się staną. Bo jakość występów, jakie z ekranu się sączyły ponadprzeciętnie wysoka, a zasługa tkwiąca nie wyłącznie w samych hollywoodzkich gwiazdach. Są właśnie wśród reżyserskiej elity, takie oto postaci, które z aktorskich indywidualności maksimum wyciągnąć potrafią. Przenieść rzemiosło na poziom sztuki i pełen aktorski potencjał z rzeczywistym efektem zrównać. Tego Anderson błyskotliwie dokonał, łącząc w jednym dziele koncertowe kreacje z niezwykle przekonującym klimatem i intrygującą zawartością treści w treści. Przez bite 150 minut przykuwał moją pełną uwagę fabułą, ekscytował dialogami, detalami w mimice postaci gęsto nagromadzonymi - oczarowywał obrazem i muzycznym tłem fascynacje podsycał. Dał powody do refleksji i bezpretensjonalnej zabawy, z dawką humoru niebanalnego w dominujących proporcjach. Uczynił też coś, co w tak doskonałej formie w kinie trudne do uzyskania. Tak ukształtował relacje między kluczowymi bohaterami, iż napięcie seksualne niemal do wrzenia doprowadzone. Bez bezpośredniej dosłowności, niemal wszystko w dialogach i gestach, pomiędzy wierszami gęsto poupychane. Tą charakterystyczną dla lat siedemdziesiątych bezpruderyjną, dymem zioła spowitą hipisowską aurę fenomenalnie odwzorował, a teatralna poniekąd przerysowana prezentacja jej swoistych cech, idealnie wtopiona w konwencje została. Wiem, rozumiem, świadom absolutnie jestem, iż to produkcja, która nie wszystkich przekona, bo to Andersona podejście do filmowej substancji niepowszednie i pewnej osobliwej optyki u widza wymagające. Ja rzecz jasna do bólu subiektywnie entuzjastycznie nastawiony, tej magii bezgranicznie się poddałem i z odpowiedzialnością za słowo stwierdzam, iż pomiędzy przewidywalnością kina standardowego i często niewspółmiernie ambitnych założeniach kina intelektualnego - gdzieś na styku oryginalnej formuły i efektywnej treści swoją przestrzeń Paul Thomas Anderson odnalazł, każdym autorskim dziełem dając możliwość kontaktu ze sztuką wielkiego formatu. 

P.S. Wiem, Joaquin Phoenix zasłużył, by słowo więcej niż jedno tylko o jego roli napisać. Ale jakbym o tym majstersztyku teraz zaczął się rozpisywać, to pewnie tekst bym objętościowo potroił, a zasady by być zwięzłym jednak do konsekwencji mnie obligują. Zatem się powstrzymam, bo gdzie bym był teraz, w jakim gigantycznym chaosie się miotał, gdyby nie reguły, szczególnie te samemu sobie narzucane. :)

sobota, 28 września 2013

There Will Be Blood / Aż poleje się krew (2007) - Paul Thomas Anderson




Dzieło to kompletne, zamknięte kapitalnym finałem. Perfekcja w najdrobniejszych detalach, wirtuozeria w posługiwaniu się narzędziami dla uzyskania pasjonującego efektu. Każdy kadr zbudowany z precyzją, sceny dopieszczone z idealnym wyczuciem egzystujące na granicy ciszy i gwałtu. Brak gotowych interpretacji, pośrednie poszlaki tropem do odnalezienia sensu, między wierszami, w gestach i spojrzeniach emocje ukryte. Pulsująca siłą żywiołu emocjonalna uczta, pod powierzchnią minimalizmu środków głęboko skryta. Czysta poezja dla spragnionych kina nietuzinkowego, wstrząsająca i wzruszająca zarazem. Idealna symbioza obrazu, dźwięku i warsztatu aktorskiego, z muśnięciem trudno definiowalnego geniuszu reżysera. Pejzaże zachwycają, oszczędnie treściwa i jak zawsze w przypadku obrazów Andersona awangardowa oprawa muzyczna intryguje, a rola Daniela Day Lewisa wyborna o znamionach majstersztyku! I oczywiście fundament w historii opowiadanej zawarty. Walka o rząd dusz tutaj w przekonaniu moim osią dla wydarzeń, pasja ewoluująca w obsesje. Dwie kluczowe postaci, których dążenie do założonego celu metodyczne. Cele ich pozornie zbieżne, jednako w zaistniałych okolicznościach wykluczające współpracę. Hipokryzja i szaleńcza indywidualna ambicja genezą konfliktu. Całość klamrą spięta w finałowych porywających scenach kumulująca emocje tak intensywne, iż chłonięte niemal wszystkimi zmysłami. Twardy człowiek w nich w roli głównej, jednak zupełnie inna ich wymowa. Bezradność wobec autonomii syna, słowa które bezlitośnie chłoszcząc przełamać rezerwę, dystans mają. Jednak miłość ogromna pod twardą skorupą utrzymywana, latami pracę swą skutecznie wykonała, by w synu spory pierwiastek ojca zaszczepić. I na drugim biegunie upokorzenie upadłego kaznodziei, którego duma finalnie do psiego skomlenia sprowadzona. Dzieło wybitne, ponadczasowe, ikona wręcz! Wspomnicie w przyszłości me słowa. Cytując Daniela - I'm finished - a w tle płynie wieńcząca ucztę muzyka.

wtorek, 4 czerwca 2013

The Master / Mistrz (2012) - Paul Thomas Anderson




Tak jak przewidywałem, tak jak było w przypadku poprzedniego arcydzieła Andersona film ten będzie za mną chodził jeszcze długo i może kolejne seanse dadzą odpowiedź na liczne znaki zapytania i domysły, a jego ocena sięgnie szczytu. Na dzień dzisiejszy jednak nie do końca oswojony z Mistrzem, niewystarczająco obyty z sensem jego interpretacji pozwolę sobie napisać, iż klimat jaki stworzył autor Aż poleje się krew, w moim subiektywnym przekonaniu jedynie z filmami Kubricka może się równać. Takiej aury tajemniczości, niedopowiedzenia, sensu ukrytego głęboko pod powierzchnia metafor trudno szukać w dzisiejszych produkcjach z czołowymi holywoodzkimi aktorami, a role Hoffmana, Adams czy przede wszystkim Phoenixa (ten sposób poruszania się - kapitalny) wraz ze specyficzną idealnie dobraną warstwą muzyczną oraz niezwykle pieczołowicie od strony wizualnej odtworzonym klimatem lat powojennych w Stanach daje ucztę wprost niezwykłą. Szkoda jedynie, iż w bezpośrednim starciu z poprzednim dziełem, w ogólnym odczuciu Anderson zbudował mozaikę odrobinę zbyt monotonną, gdzie stopniowanie napięcia ogranicza się do kilku silnie chwytających za gardło scen, z zakończeniem których to napięcie gwałtownie zanika. Brak tu trochę równie spektakularnego finału jakim bez wątpienia Aż poleje się krew został obdarzony przez co obraz nie robi aż takiego wrażenia końcowego. Niemniej jednak porzuca widza jak wspomniałem na wstępie z mnóstwem przemyśleń, pytań i refleksji. Pewnie właśnie o to autorowi chodziło! I z pewnością w moim przypadku mu się to udało! Wrócę już wkrótce do Mistrza - w to akurat nie wątpię!

Drukuj