Nie widziałem dotąd nic z serii greckiej Lánthimosa i zaczynam ją z polecenia od Kła, po czym mam wyszukać koniecznie i odpalić Alpy (2011). Rekomendująca Lalu uważa, że to co greckie u Lánthimosa to samo najgęstsze, więc najlepsze i ma na to kilka argumentów naprawdę przekonujących, na które nie znajduje bezpośredniej kontrargumentacji. Zwyczajnie rzuconej z impetem, a zarazem finezyjnie podkręconej piłki nie jestem w stanie po seansie Kła, tak wprost skontrować. Z tego co mi podpowiada eL, u Greka nic nie jest łatwe, nic nie jest wprost wytłumaczalne i namacalne. Nie ma jasnych odpowiedzi, za to jest dużo pytań, pozostawiających widza w osłupieniu i konsternacji, dając mu pełną dowolność postrzegania sensu jego kina. Oryginalność jego filmów i fikołków, jakie tam wyczynia, jeszcze bardziej nadaje smaku i napędza do dalszej konsumpcji. Te znaki zapytania, to między innymi przerażające sytuacje, praktyki czy rytuały. Jak to możliwe, czy to w ogóle możliwe, dlaczego itd.? To chory mały świat, zamknięty w swoim dziwactwie, na tle normalnego życia, w wielkim świecie, pytając czy na tym świecie właściwie wszystko jest ok? To obłęd, to sterylność, która wręcz szczypie w oczy. Niedorzeczność jaka boląc, urzeka oryginalną świeżością. Gdzie paradoksalnie można odnaleźć wrażliwość, bowiem wynaturzenie posiada swoje smutne uzasadnienie - kontynuuje eL, dodając na koniec, a ja to podsumowanie wprost zacytuję „pokaż mi kogoś tak pięknie zrytego, który wymyśla tak chore rzeczy?”. :) W mojej ocenie, po ostatnim ciosie nokautującym, stwierdzam iż konsultantka trafia z nimi rzecz jasna w punkt, natomiast moje przekonania porównawcze, niekoniecznie w szerszym kontekście tą wyższość Kła i dwóch pozostałych, wciąż z tytułu tutaj nie wymienionych (skupiamy się na jednym, nie na całej stawce), bez bezdyskusji potwierdza. Nie stawiam ja jednakowoż Kła ponad okresem środkowym, czy najbardziej obecnym, bowiem bez porządnego wkładu finansowego początki Lánthimosa są przede wszystkim (a może wyłącznie?) mocno kontrowersyjne tematycznie oraz równolegle prowokujące poprzez stosowanie eksperymentu społecznego, testującego dobry smak widza (poliż to) i sprawdzające czy intelektualne podszycie tegoż, jest dla jego możliwości czytelne. Ja być może nie wszystkie sugestie odszyfrowałem, bądź trafnie przejrzałem, a prosta, standardowa w tym wypadku operatorska praca, jak i ascetyczna oprawa wizualna, nie pozwalała oddać naturalnie, pełnego wówczas wschodzącej gwiazdy potencjału. Dlatego ja spróbuję jednak uniknąć jednogłośnego wartościowania, choć to w tym wypadku nic złego (bez urazy Lalu :)) i dam do zrozumienia, że tak spoglądając inaczej, gdy kręcił w języku ojczystym, nie znaczy że robił to ani gorzej ani lepiej. Różnie, bowiem nie znaczy z miejsca gorzej, słabiej, a może jedynie z większymi czy mniejszymi możliwościami. Kieł nie wchodzi na poziom późniejszy pod względem aranżacji, choreografii ale jasno pokazuje, że od początku Grek slajduje na krawędzi i nie ma obawy iż się ześlizgnie i poturbuje. Podsuwał na starcie do autopsji, po rzetelnym, alergie wypierającym wstępnym obwąchaniu, kino które przymusza do potężnego ruszenia łbem, pozbawienia się moralnej tarczy zniesmaczenie potęgującej, wytężając przy okazji abstrakcyjnie ukierunkowaną wyobraźnię. Inaczej nie ma opcji, by prócz przepracowania opadu żuchwy poprzez okazanie szoku, więcej w tym EKSPERYMENCIE przyuważyć. A wierzę i widząc bez dodatkowych przesłon czuję, iż jest opcja że ślepia i łeb wychwycą smaczki, poziomy i przesłania szlachetne w obłędzie o totalnym poziomie porycia. Tak tak - serio. Tak sobie tą refleksje od początku do końca wyobraziłem, zaplanowałem i w klawiaturze wystukałem.
P.S. Czuję się teraz po wypaleniu z tym co powyżej, jak masło maślane lub jeszcze gorzej jak margaryna margarynowa i co najgorsze, nie czuję małego zażenowania, czy tym bardziej udręki wstydu, choć “polizałem” to co mi pod nos podstawiono, z mordką którą mi odruchowo wykrzywiało.

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz