Dzień dobry/dobry wieczór, kina mocnych wrażeń „dreszczowych” maniakom. Przypominam/donoszę, iż była bardzo niedawno na ustach wielu Obsesja, obecnie w apogeum zainteresowania od kilkunastu dni pozostaje Backrooms. Horrory na propsie i to autorstwa kompletnie nowego pokolenia filmowego, bowiem te dwa i w ostatnim szerszym nieco czasie, kilka innych ważnych, bowiem frapujący i wdzięczny kierunek obierających, dystansujących się od wyłącznie efektowności na rzecz głębszych treści, produkcji nastawionych żniwa. Backrooms jest interesujący koncepcyjnie oraz w mocnym pomieszaniu z poplątaniem (czytaj bezpośrednim chaosie alegorycznym) zdatny do intensywnego rozbierania na części składowe i rzecz jasna wyciągania wniosków, sugestiami podsuwanych. Nie wszystko na pewno według intencji młodocianego kierownika tego zamieszania połączyłem, nawet jeśli dwóch głów używając, do swoich wrażeń te Lalu dopasowałem. To przecież jest chaos spory, nagromadzenie tajemniczych motywów, nawiązujących do wspomnień podświadomości, jakie we łbie uśpione i wybudzane w konkretnie sprężynujących okolicznościach. Opisywanie obrazem tego co znajdujemy w zapętleniu wspomnień, co nam zrobiło dzieciństwo i z czym nas pozostawiło. Częstokroć z nieuświadomionym przez lat mnóstwo znaczeniem wydarzeń i odcisków traumatycznych, dla bezpieczeństwa póki to możliwe wypieranych. Z koszmarem zza pleców, na pełnej najczęściej wchodząc w „przed-starość”, w tym przypadku wizualnie kapitalnie zilustrowanym, dzięki zastosowaniu kameralnych, a jednak widowiskowych efektów specjalnych. Mnie w tym labiryncie, w towarzystwie bohaterów, całkiem fascynująco w transie gubiło jedne myśli, natrafiając na inne i korzystając z własnych doświadczeń mało konstruktywnych, z klocków pamięci i pół-pamięci i czarnych dziur, własną mapę strachów tworzyło. Wszystko wypływa z zapętleń i wszystko finalizuje się zapętleniami, w tej alegorii terapii - otwierania drzwi i okien do osobistej twierdzy w głowie, z których co rusz wypada jakieś trupie truchło z przeszłości, prowadząc skomplikowanymi labiryntami, przez analizowane koszmary, do jednego banalnego wniosku, że jeśli traumy z czasu smarkatego nie dadzą rady (stając się w międzyczasie morderczymi cieniami) Cię człowieku zabić, to na pewno gigantycznie nie raz Cię zdemolują. Być może dlatego bronię się i jeśli tylko nie jest to konieczne, nie wycofuję i nie podejmuję konfrontacji - lukając ostrożnie w permanentnym, ale oswojonym lęku zza ochronnej szyby samotności, stworzonej i pielęgnowanej banieczki. Nie prowokuję starcia, gdyż mój wewnętrzny potwór, aktywuje się poprzez bez zrozumienia reakcję otoczenia. Dlatego interpretacyjne spojrzenie debiutującego smarkacza, ma dla mnie znaczenie i nie będę tu narzekał, że może za dużo tu było nachalnego psychologizmu. Było go tyle ile uznał autor za konieczne i nie skupił się wyłącznie na intelektualnej głębi, ale sieknął też kilka razy surowo i konkretnie kapitalnymi „strasznościami”, korzystającymi skutecznie z podkładu dźwiękowo-muzycznego. Z pewnością nie było możliwości aby przyciąć komara, bowiem konsekwentnie to co wypływało z ekranu niepokoiło i intrygowało. Zwięźle ujmując, porządny kawał porządnie zagranego, „klaustrofobicznie geometrycznego slashera terapeutycznego” wciągnąłem!

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz