Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Jonathan Demme. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Jonathan Demme. Pokaż wszystkie posty

piątek, 15 października 2021

Ricki and the Flash / Nigdy nie jest za późno (2015) - Jonathan Demme

 

Takich opowieści już było bez liku. Ostatnie co pamiętam, to bardzo dobre Crazy Heart Scotta Coopera czy znakomity, gęsto nagradzany The Wrestler, samego Darrena Aronofsky’ego. Ale te dwa wymienione, to jednak były pełnokrwiste dramaty, a ten to mimo wątków i podtekstów dramatycznych, jest takim typowym feel-good movie. Ricki and the Flash jest nie tylko o przeszłych doświadczeniach, które swoje komplikujące wszystko piętno na obecnym miejscu życiowym odcisnęły, ani też wyłącznie o byciu sobą i nie poddawaniu się naciskom oraz radzeniu sobie na bieżąco z wyzwaniami naturalnego biegu czasu. On jest też rodzajem sentymentalnego rockowego quasi musicalu (nikt tu nie wyśpiewuje dialogów :)), w którym swój naprawdę zacny potencjał wokalny Meryl Streep z dużym powodzeniem prezentuje. Równocześnie ciepłą komedią o miłości, akceptacji i szczęściu, które trzeba tylko na tyle ile się zdoła pochwycić. Przesłanie które z niego płynie, zawiera więc tragikomiczny pierwiastek, a podczas seansu nie poddawani jesteśmy oddziaływaniu jedynie melancholii i przygnębienia, ale ważne kwestie związane z życiowymi zakrętami, to też poczucie humoru i dystans. Aktorsko każdy wypada doskonale oraz wszystkie postaci napisane są bardzo wyraziście i realizacyjnie doświadczony przecież reżyser plamy nie daje. Między bohaterami jest chemia, która przekonujące wrażenie co do prawdy ekranowej gwarantuje, zaś sympatyczna narracja decyduje, że film o poważnych zaburzeniach w relacjach wewnątrzrodzinnych, nadaje się do obejrzenia w niedzielnym paśmie familijnym. I ja twierdzę, że nie wiem czy to dobrze czy źle? Wiem jednak że warto sprawdzić - chociaż dziełem obrazu Jonathana Demme nie nazwę, nawet będąc country rockiem przez dobę torturowanym. ;)

P.S. Po spisaniu powyższych mądrości przypomniałem sobie, że było jeszcze coś takiego jak Danny Collins z Alem Pacino i to było akurat najbliżej powyżej opisanego. Zatem, jeśli się zna i się podobało, to Ricki brać bez obaw polecam.  

wtorek, 15 listopada 2016

The Silence of the Lambs / Milczenie owiec (1991) - Jonathan Demme




To już ponad dwie dekady upłynęły od momentu kiedy pierwszy raz oglądałem śledztwo prowadzone przez agenta Crawforda i asystującą mu, świeżą w fachu agentkę Clarice Starling, a ja nadal pamiętam dreszcze jakie mnie przenikały i napięcie jakie towarzyszyło podczas tego seansu. Milczenie owiec to obraz esencjonalny w kategorii thrillerów, klasyka bezdyskusyjna, zatem tekst w jego temacie powinien być obszerny i wnikliwy. Przyznaję pokornie, że ja nic więcej ponad standardową litanię decydujących walorów tutaj nie napiszę, bo już tak wielu, w tak przenikliwym tonie o jego fenomenie rozprawiało, że ze skromności, znając oczywiście własne ograniczenia nie podejmę takowej próby. Postać kluczowa ponadto stała się przykładem współczesnej ikony popkultury, a fascynacja złożoną jej osobowością, czasami wręcz u części fanów przybierała formę obsesji. Ja natomiast unikam niezdrowej gloryfikacji natury zła, zachowując wobec jej siły ostrożność, stąd by umysłu nie infekować, nie narażać na pokusy i nie igrać niepotrzebnie z tego rodzaju potęgą ograniczę się wyłącznie do kwestii dość pobieżnych. Wszystko w obrazie Jonathana Demme jest idealnie dopracowane i oplecione misternie wokół intrygującej historii oraz wyrazistych postaci. Bo oto rola Anthony'ego Hopkinsa doświadczeniem o niewiarygodnej sugestywnej sile, jego lodowate przenikliwe oczy, makiaweliczny uśmieszek, elegancja ruchu i staranna intonacja erudyty z poważnymi zaburzeniami - sadystycznego narcyza, obłąkanego fetyszysty! Obok ona agentka Starling (intrygująca jak zawsze Jodie Foster) z wrodzoną intuicją i obezwładniającym strachem w oczach, kiedy podczas konfrontacji z Hannibalem Lecterem naprowadzana jest na trop, czując równocześnie podświadomie, iż uczestniczy w doskonale zaaranżowanej psychologicznej grze geniusza kontroli, mającej na celu nie tylko i wyłącznie upolowanie Buffalo Billa - w tej roli równie genialny Ted Levine. Manipulacja na najwyższym poziomie prowadzona przez przebiegłego doktora w mrocznym anturażu, gęstej atmosferze spekulacji i natłoku zaskoczeń. Wprost do otwartego zakończenia, gdzie możliwość kontynuacji zostaje szeroko rozwarta i kilkoma kolejnymi tytułami po latach sukcesywnie wypełniana. Lecz niestety żadna następna odsłona historii doktora Lectera nie sięgnęła poziomu tej pierwszej, choć uczciwie przyznając, to obiektywnie ponad przyjęte, nawet więcej niż poprawne standardy Hannibal, Czerwony smok i Po drugiej stronie maski nie schodziły. W sumie to ja zawsze bardzo krytyczny w stosunku do wszelkich sequeli byłem i jestem, więc wysokie wymagania (jednostkowo spełniane przez produkt finalny) wobec nich posiadam. Szczególnie tych filmów kompletnych, genialnych w swym minimalizmie formy i pełni treści. Zwyczajnie nie rozumiem jak z pobudek merkantylnych można doskonałość zaprzedawać - takim idealistą jestem. :)

poniedziałek, 30 czerwca 2014

Philadelphia / Filadelfia (1993) - Jonathan Demme




AIDS z angielskiego, Acquired Immune Deficiency Syndrome - zespół nabytego niedoboru odporności, końcowe stadium zakażenia wirusem HIV. Coś dziś cicho się zrobiło w tym temacie, jakby problem został opanowany lub zanikł całkowicie. A jeszcze czas jakiś temu, temat to był co burzę wokół siebie wywoływał, zarówno w wielu krajach globu jak i na naszym rodzimym podwórku, że przypomnę tylko głośne protesty przeciwko inicjatywom Marka Kotańskiego, który w owym czasie jako nieliczny podał pomocną dłoń zakażonym. Współcześnie inne ważkie problemy zaprzątają ćwierć umysły tych co tak ochoczo protestują z krzyżami czy innymi atrybutami władzy niebieskiej. Rozumiecie? ;) Ta współczesna cywilizacja śmierci tak w otchłań nas prowadzi, zabierając nam resztki ludzkiej godności, że przy nich inkwizycja czy inne energiczne ruchy instrumentalnie religię traktujące to takie popierdółki. :( Wszystko dla mojego dobra i dobra twojego! A i oczywiście twojego i nawet twojego zboczeńcu, lewaku, ateisto, satanisto itd. itp. Przecież tych co trzeba nawracać, znaczy hołoty co zamiast przykładnie hipokryzję metodą czynić skłania się ku racjonalnym ideom mrowie. Oni zagrożeniem, oni zepsucie i zgorszenie sieją, a samozwańczy rycerze pana oczywiście biernie temu przyglądać się nie mogą. Miłosierdzie im kierunek wskazuje, praktyczny wymiar w ich działaniach przyjmując. Biorą zatem w swe ręce sprawy i gorącym żelazem zarazę próbują wypalić, infekcję jaką myśl człowieka wolnego od zabobonów, tego co naukę prawdziwym źródłem czyni, usuwają. Nic to nowego jak historia uczy, to działania co wyłącznie do bezsensownej nienawiści prowadzą poklask półgłówków zdobywając, podziałów są powodem i agresji w tfu! szczytnym celu! To wszystko powyżej sarkazmem w większości przeżarte, wyjaśniam by nie być błędnie zrozumianym! Wiem odrobinę przydługawy i banalnie natchniony ten wstęp do refleksji wokół klasyka kinematografii. :) To już ponad dwadzieścia roczków, od chwil gdy Filadelfia sporo zamieszania wywołała. Lata minęły, a obraz ten nadal wyjątkowym przeżyciem, bo z klasą nakręcony, z dobrym warsztatem aktorskim i przede wszystkim treścią. Składniki powyższe sprawnie wymieszane i przyprawione odpowiednio, pewność dają otrzymania potrawy wartościowej, smacznej, estetycznie podanej i treściwej. To kino z czasu perspektywy bliźniacze produkcjom takim jak Erin Brockovich - dramat sądowy typowo po amerykańsku podany, czyli w odpowiednim natężeniu patetyczny, politycznie poprawny ale przede wszystkim szczęśliwie o ważnym problemie traktujący. Przez to ten patos bardziej strawny, a poprawność w obrębie przekonań do zrozumienia. W skrócie, schemat maluczki vs. gigant, człowiek jako instrument do osiągania korzyści materialnych, tryb w machinie korporacyjnej i jego bezużyteczność gdy problem się pojawia. A w jego tle w jaskrawym świetle ukazana, stygmatyzacja, arogancja, hipokryzja, kariera i ryzyko, no i przede wszystkim nagle homoseksualizm jako główne zagrożenie - jakby gejów w starożytności czy średniowieczu nie było! :( Kontrowersyjna bomba bardzo wysoko kaloryczna, taka co wzbudza szeroką gamę odczuć. Ona burzy krew, podnosi emocje, wzrusza i porusza ale i pobudza krytyczne przekonania nie tylko wobec tych antybohaterów. Każe się zastanowić nad złożonością ludzkiego życia, konsekwencjami decyzji i zachowań ryzykownych. Nic nie jest kontrastowo czarno - białe, człowieka przekonania ewoluują lub dewoluują, oceny się zmieniają, a wątpliwości pobudzają do zadawania pytań. Tylko ta droga jest słuszna, niestety jak się wokół siebie rozglądam to ponadczasowość w stwierdzeniu Bertranda Russella dostrzegam, iż smutne to, że głupcy są tak pewni siebie, a ludzie mądrzy tak pełni wątpliwości. 

Drukuj