Chciałbym napisać i pewnie gdyby nie genialny Jojo Rabbit byłbym się powahał, iż Hair, to najbardziej oryginalny filmowy manifest antywojenny, choć w sumie w kategorii film śpiewany, oprócz Kabaretu nie bardzo przychodzi mi do głowy jakakolwiek dla niego konkurencja - taki ze mnie ignorant w musicalowej niszy. Wypasiony spektakl muzyczny, przeniesiony bodajże na ekran kina z broadway’owskich scen. Mega przebój z wiecznym hymnem Age of Aquarius pokolenia dzieci kwiatów oraz najbardziej rozpoznawalną rolą niedawno zmarłego Treata Williamsa, gdzie rządzi znakomita choreografia, świetnie wirująca w muzycznych fragmentach kamera, ale też najzwyczajniej i elementarnie kawał kina z przesłaniem oprócz oczywistego serca - prawdę mówiąc pomimo wszystko, chyba jednak bardziej niż antywojennego, bo konfrontującego stare z nowym, a może snobistyczne czyli klasowe z anarchistycznym, w znaczeniu młodym. Stereotypowa konserwa kontra wyidealizowani bohaterowie, hippisowska kontrkultura, rewolta obyczajowa, dość grubymi nićmi szyte wątki oraz puenta przewrotnie dramatyczna. Lekko psychodeliczny, całkiem nawet obrazoburczy, z istotnym udziałem wykorzystującej przenośnie symboliki, bo Forman to nie był reżyser od sztancy, tylko artysta pełna gębą, ze swoją może nie zawsze schematycznie przyklejoną, ale tym bardziej interesującą etykietką, bo dopasowaną do formuły dzieła, tak samo jak ją (tą formułę) kreującą. Pewnie zupełnie inaczej by to "kudłami epatowanie" wyglądało, gdyby od producentów pierwotną propozycję przyjął zajęty wówczas George Lucas - ale czy byłoby to wtedy tak emocjonalnie wdzięcznym i tak całkiem przebiegle alegoryczno-metaforycznym epitafium dla w roku 1979, już wyblakłej utopijnej kontrkultury, to nie sądzę.
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Miloš Forman. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Miloš Forman. Pokaż wszystkie posty
wtorek, 30 kwietnia 2024
wtorek, 12 marca 2019
Goya's Ghosts / Duchy Goi (2006) - Miloš Forman
Rozpoczyna
się smętnie i w zasadzie bez większej ikry. Chociaż zostajemy wprowadzeni
w kontrowersyjne realia późno XVIII wiecznej Hiszpanii, gdzie zasady i rytm wyznaczał Kościół, a
swoiście rozumianego porządku moralnego strzegła bezkompromisowa „Święta”
Inkwizycja, to przez wzgląd na mało sugestywną ekspozycję we właściwie
wszystkich segmentach warsztatowych, emocje są li tylko szczątkowe. Nie ma też
co liczyć, że z czasem atmosfera zgęstnieje, a rozszerzona do niemal ćwierćwiecza fabuła oparta o autentyczne
historyczne wydarzenia przybierze ekscytujące filmowe barwy. Niestety
realizacja jest nieznośnie płaska, a nadmiar wątków nieciekawie wyeksponowanych
nie pomaga w osiągnięciu efektu merytorycznego zaintrygowania czy chociażby większego
zainteresowania od strony artystycznej. Ambicja Formana była duża, lecz
zabrakło fascynującego pomysłu na formę, a klasyczne możliwości adaptacyjne
absolutnie nie wystarczyły, aby w przeciętny tylko dramat kostiumowy wtłoczyć,
co najmniej niewielki rodzaj suspensu. W teorii temat przecież był niezwykle
frapujący, a jego wymiar edukacyjno-poznawczy dostarczał całe tony wiedzy o
charakterze społeczno-politycznym, której wymiar uniwersalny z łatwością można
było nie tylko odnieść do współczesnych zawirowań w świecie ideologicznych
przemian, ale co od strony atrakcyjności czysto filmowej najważniejsze, sprzedać
widzowi historię za pośrednictwem bliskich sercu i autentycznych postaci. Tutaj Forman
poległ także niemal na całej linii, gdyż oprócz mistrzowskiej roli Bardema
chyba żadna postać nie zostaje wykreowana przekonująco, a w całej masie ról
słabych i tylko poprawnych poziom najniższy, bo chwilami wręcz groteskowy
Natalie Portman osiąga. Ogromna szkoda, duże rozczarowanie, gdyż jak powyżej
już wspomniałem potencjał był potężny, a po takim geniuszu reżyserskim, który
wielokrotnie w swoich dziełach zasłynął odwagą i przenikliwą ironią naturalnie
oczekuje się produkcji zdecydowanie wyższych lotów. W tym przypadku nawet jeśli
Forman próbuje zadawać właściwe pytania i osadzać w filmowej strukturze ważną
historyczną wiedzę, a jego intencje są godne uznania i odpowiednio czytelne, to
realizacyjna monotonia i lichutka, bo sztuczna aktorska ekspresja sprowadza
rytm do chaotycznego przeskakiwania po wątkach i okresach, bez wzbudzenia w
widzu pożądanego intelektualnego fermentu. Grzęźnie Forman w
marazmie romansując z niemal telewizyjną formułą pozbawioną programowo elementu
większej kreatywności – zakładając całkowicie niezrozumiale, że jakoby sam
temat religijnej i ideologicznej hipokryzji wystarczy, aby wymusić na widzu
kolejne zachwyty. Niestety tym razem zabrakło Formana w Formanie, lub Forman
już nie potrafił jak Forman.
niedziela, 29 lipca 2018
The People vs. Larry Flynt / Skandalista Larry Flynt (1996) - Miloš Forman
Po raz nasty daje do
zrozumienia, że mam bzika na punkcie wszelakich biografii postaci ze świata
sztuki, szerzej spoglądając ogólnie rozrywki. Filmowa biografia to gatunek,
który przyjmuje wbrew rozsądkowi niemal bezkrytycznie, jednocześnie wybaczając
ich twórcą często nazbyt wiele, lecz z drugiej strony podążając pod rękę z
logiką i doświadczeniem, oglądając mnóstwo tego rodzaju kinowego stuffu, mam
też swoje wymagania, które potężnymi standardami są podyktowane. Taką więc wysoko
postawioną poprzeczkę stawiam i bez koniecznej konsekwencji finalnie przymykam
oczy, bo zwyczajnie słabość moja wobec gatunku większa i w tej walce serca z
rozumem zwycięska. :) W przypadku jednak filmu nazwiskiem tak wybitnego
reżysera sygnowanego nie muszę niczego wybaczać, bo i naturalnie czego czepiać
się nie mam. Stawiam zatem w moim "maksymalnie subiektywnym" rankingu ocenę
najwyższą i nie czuję, iż ona zawyżona, bo akurat podyktowana słabością. Bawiłem się
podczas seansu wyśmienicie obserwując genialną role Woody Harrelsona, rozczytując fantastycznie choć bez większych fajerwerków skonstruowany scenariusz,
przełożony wybornie ręką mistrza na filmowy obraz. Trochę się pośmiałem,
odrobinę zadumałem i kilka mniej lub bardziej oczywistych refleksji wysnułem.
Mam bowiem z perspektywy czasu, pewnie także ze względu na sentyment do lat kiedy odpowiednio świadomie kino zacząłem odkrywać wrażenie, iż te głośne,
wielkie filmy z lat dziewięćdziesiątych, posiadają tą idealnie wyważoną strukturę, w
której sama rozrywka w postaci atrakcyjnej zabawy, traktowana jest tak samo
priorytetowo jako wartość intelektualna, duchowa i emocjonalna. Ten idealny
balans, ta harmonia i równowaga, to też atut biografii Larry’ego Flynta, filmu
który będąc w swej wymowie głębokim dramatem, nie popada dzięki rozrywkowemu
wentylowi w pretensjonalny moralitet, skądinąd nie pochwalając również
prezentowanego w tej historii totalnego życia na krawędzi.
P.S. Sam Larry to jest
jednak kozak nieprzeciętny, bo oto nic skurwiela nie złamało (kalectwo,
dragi, szpital psychiatryczny) - typ bezkompromisowy, który w czasach erupcji telewizyjnej rozrywki
spod znaku skrajności od nawiedzonego kaznodziejstwa, po erotyczne rozpasanie,
wykorzystał ich pozorne zwarcie dzięki wyłuskaniu oczywistego wspólnego
mianownika. Kasa jedną i drugą branżę z sukcesem napędzała, w kontekście show o charakterze
religijnego, politycznego, czy jawnie hedonistycznego spektaklu dla mas. Walki
o kasę pod przykrywką przekonań, wojny o miejsce przy pańskim stole i sławę - na całego z rozmachem. Taki sceniczni drapieżnik jak
Larry doskonale czując tą branże czerpał z niej pasjami energię podkręcając nią zainteresowanie i zbijając na niej kokosy. Seks jest legalny, kręci i da się na nim
zarobić, więc i wszystkie demagogiczne argumenty przeciw seks branży można
sobie wsadzić… głęboko. Konserwatyści, puryści i inni prawi wznoszący okrzyki
oburzenia, podnoszący histeryczne larum stoją z tego punktu widzenia na straconej pozycji. Ich krzyki nie pomogą, gdyż zazwyczaj przesiąknięte
są tak często hipokryzją, którą jak się okazuje nie trudno obnażyć.
wtorek, 26 kwietnia 2016
Amadeus / Amadeusz (1984) - Miloš Forman
Przegryźć się przez ten kolosalny monolit autorstwa Miloša Formana lata temu nie było mi łatwo. W pamięci pozostał, więc jako
ciężkostrawny kawał potencjalnie niezwykle ciekawej biografii o delikatnie mówiąc nietuzinkowej
postaci. Wielokrotnie planowałem, że dam sobie szansę na poznanie Amadeusza już
z dużo dojrzalszej perspektywy nie tylko wiekowej, lecz przede wszystkim
związanej z doświadczeniami wieloletniego kinomaniaka. Obietnice jednak pozostawały tylko
czczymi zapowiedziami, gdyż natłok arcyinteresujących nowości czy sentyment do tytułów,
które do osobistego kanonu ikon przeszły (rozumiecie piąty, dziesiąty czy nawet
nasty seans wchodził w grę :)) nie pozwalały na przeciśnięcie się do realizacji
planu spotkania z filmem nie do końca dobrze wspominanym. Co się odwlecze to jednak nie uciecze, jak ludowe przysłowie głosi i nadszedł ten wieczór, gdy rozpasane
dzieło Formalna odtworzyłem. Przyznaje widowisko to zaiste spektakularne, bo
scenografia przebogata, kostiumy z epoki na swój fikuśny czy nawet tandetny
sposób olśniewające, aktorstwo wyśmienite i wgląd psychologiczny w kluczowe
postacie Wolfganga Amadeusza Mozarta i Antonio Salieriego głęboki.
Geniusz w skórze clowna, dziecinnie frywolny, skrajnie rozkapryszony, kontra
wyrobnik z przerośniętym ego i pretensjami. Finezja i łatwość w zdobywaniu
zasłużonego poklasku versus jedynie poprawne rzemiosło bez cech wyjątkowości.
Jednemu wszystko przychodzi z łatwością, drugi niestety w męczarniach zdobywa
kolejne szczeble kariery używając metod nieuczciwych. Zazdrość Salieriego o
dar Mozarta w żądzę się zmienia i do dramatycznych konsekwencji prowadzi. Żarliwe
pragnienie niewsparte talentem wyłącznie geniuszom przynależnym polec finalnie
jednak musi pozostawiając pragnienia niespełnionymi, a człowieka zatrutego
obsesją wielkości w goryczy niespełnienia. To fascynująca produkcja, której
co naturalne więcej niż integralną częścią ścieżka dźwiękowa - Forman stworzył obraz pod muzykę, a
nie jak to się przywykło zwykle czynić. I wszystko byłoby idealnie, gdyby tylko
ograniczyć produkcję czasowo, bo kolos niemal trzy godzinny to jednak zbyt wiele, nawet gdy warsztat reżysera mistrzowski i postacie dramatu fascynujące.
środa, 28 października 2015
One Flew Over the Cuckoo's Nest / Lot nad kukułczym gniazdem (1975) - Miloš Forman
Koneserem kina nie mam śmiałości się nazwać, zbyt wiele jest tytułów z przeszłości które nadal mi nieznane, zatem bez kompleksowej wiedzy z autopsji pochodzącej pokornie do zaniedbań się przyznając, tytułować się tym zacnym określeniem nie zamierzam. Z drugiej strony żelazna klasyka sprzed lat w tej podstawowej wersji jest mi doskonale opatrzona i pośród niej odnajduję obrazy, które na miano arcydzieł kina także i w mojej skromnej ocenie zasługują. Jest kilkanaście, pewnie w porywach kilkadziesiąt filmów, szczególnie tych z przełomu lat siedemdziesiątych i osiemdziesiątych, które to na zawsze głęboko zakorzeniły swą obecność w mej świadomości, dziwnym trafem w sporej ich liczbie Jack Nicholson zagrał - że wymienię tylko oczywiste oczywistości w postaci: Lśnienia, Chinatown i właśnie Lotu nad kukułczym gniazdem. Pisząc o farcie w zamierzony sposób ironię podkreślam, bo wiem iż to nie los ślepy, a talent i umiejętności ogromne właśnie Nicholsona w dużym stopniu zadecydowały o jakości i sukcesie powyższych produkcji. Miloš Forman i cała obsada aktorska rzecz jasna fenomenalną robotę wykonała, jednak wisienką na tym wybornym torcie pojedynek aktorski pomiędzy Nicholsonem, a Louise Fletcher siostrzyczkę Ratched grającą. On dziś ikoną kina niepodważalną, ona pomimo częstych ról jednak gdzieś na marginesie tego kina najwyższych lotów swą karierę osadziła. Trudno, nie każdemu los daje po równo, no i nie każdy też potrafi w pełni wykorzystać szansę jaka przed nim zaistnieje. Dla mnie z perspektywy Lotu nad kukułczym gniazdem to aktorzy podobnego formatu, a że tu i teraz o obrazie Formana pisze to i tylko na tych rolach się skupiam. Dzięki tak wyrazistym i autentycznym kreacjom zekranizowana powieść Kena Kesey'a nabrała statusu nie tylko wyjątkowego literackiego dzieła bogatego w metafory i alegorie, precyzyjnie piętnującego opresyjny system, ale także w postaci obrazu stała się synonimem naturalności i autentyzmu w opozycji do często przerysowanej teatralnie maniery. Nie doświadczam tutaj ani grama pretensjonalności i sztuczności, kiedy na osobliwe postaci spoglądam. Jestem pod ogromnym wrażeniem mimiki i detalicznej precyzji gestów. Każdy z pacjentów to osobny kosmos skomplikowanych zachowań - symbiozy wystudiowanych automatyzmów, męczących natręctw i nieprzewidywalnych reakcji spontanicznych. To innymi słowy genialna praca wykonana przez obsadę, by te charakterystyczne niuanse wychwycić i tak przekonująco je odtworzyć. Wespół z finezyjnie przemyślaną przez Kensey'a treścią i formą gdzie błyskotliwy manewr stawiający pospolitego rzezimieszka w roli niedoskonałego, aczkolwiek przede wszystkim prawdziwego w swym spostrzeganiu rzeczywistości probierza przyzwoitości, staje się dziełem wręcz wirtuozerskim. Z wysokowartościowym przesłaniem, że chociaż przez chwilę można poczuć się wolnym i pozostawić po sobie trwały owoc własnej pracy. Wygrać fragmentarycznie z systemem, który segreguje i odrzuca, oddziela ziarno od plew za pomocą filtra pozbawionego elementarnej przyzwoitości i pewnika zawartego w podstawie merytorycznej. Wiem, rozumiem, robi się to dla mojego dobra bym iluzorycznie poczuł się bardziej bezpieczny.
Subskrybuj:
Posty (Atom)




