Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Paradise Lost. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Paradise Lost. Pokaż wszystkie posty

środa, 24 września 2025

Paradise Lost - Ascension (2025)

 

Wszystko wydaje się jasne, aczkolwiek mroczne w swej muzycznej istocie, dlategóż nie ma powodu aby kręcić, tylko wprost należy wywalić z siebie kilka mniej lub bardziej obłych zdań określających własny stosunek do najnowszego krążka legendarnych dla mnie smutasów. Mam ja i owszem do nich mnóstwo sentymentalnej sympatii i nie dam tu do zrozumienia, że Ascension to totalna porażka niegdysiejszych protoplastów doom/death gotyckiej sceny, a po latach jak się okazywało - próbujących swych sił w gatunkowo odmiennych kierunkach (trzymających zawsze porządny poziom), jednako raczej bez sukcesów na miarę oczekiwań. Tak bywało, że zazwyczaj rozpieprzyć system albumami zaskakującymi im się nie udawało (Host - dyskusja trwa :)), a i te materiały powracające do ciężkich brzmień też bywały dość skrajnie oceniane, bowiem nierówne. Ascension dla tej odmiany i dla potwierdzenia obecnego azymutu, taki jak się spodziewać mogłem (przechodzę do sedna), ma znaczy momenty (kilka zacnych momentów) i chwil mielizn też nie oszczędza. Jest zarówno jakościowo różny, a i paradoksalnie bardzo spójny stylistycznie - co wpływa na odbiór jego niestety poniekąd negatywnie, gdyż godzina i minuta trwania potrafi przynudzić. Ekipa stawia na klimat i nie można odmówić jej, że on jest wyborny i za serduchow chwyta, ale nie ekscytuje, bowiem mnóstwo na Ascensuion autocytatów, powielających schemat, więc nawet wyśmienite linie melodyczne (tak solówek jak i riffów właściwych Mackintosha), prócz wspomnianego milusiego efektu dla uszu, nie ratują finalnie całości przed określeniem jej przymiotnikiem JEDNOWYMIAROWA. Ta jednostajność nie morduje kompletnie dynamiki (ona jest, daje o sobie znać, lecz na swoich ograniczonych warunkach), ale każdy utwór do siebie nader podobny, nawet jeśli w swojej osobnej charakterystyce fajnie niesie go indywidualna melodyka - oczywiście w ewidentnym "paradajsowym" stylu. Chcę zakładam powiedzieć, iż Oni - paradajsi, w zespołowym ujęciu dobrze panują nad konceptem płyty, a główny kompozytor doskonale wie jak pisać metalowe przeboje dla nadąsanych, a pomimo to, jestem wciąż sceptyczny. Czuję iż będę w te pielesze powracał (kocham czuć się bezpiecznie), jednak czy Ascension w przyszłości awansuje do roli ważniejszej niż tylko dostarczyciela poczucia spokoju? Być może to coś więcej, nie będzie konieczne, a to co właśnie z obozu PL mi podarowano osadzając się, gwarantować będzie godzinę odprężenia. 

P.S. Za riff właściwy w Sirens i inne płynące motywy oraz ciary które wywołują, przepraszam za jakiekolwiek uwagi krytyczne powyżej zasugerowane! SORKI!!! 

środa, 25 października 2023

Paradise Lost - In Requiem (2007)

 


Przyjęło się, iż In Requiem jest tym oficjalnym powrotem Paradise Lost na ścieżkę stricte metalową - tak przynajmniej wówczas twierdzili muzycy. Nawrotem po raz bardziej udanym, raz mniej romansem z elektroniką lub po prostu brzmieniami bliższymi popowo mainstreamowym klimatom. To fakt uważam nie podlegający dyskusji, że charakter tegoż albumu bliższy sposobowi okładania instrumentów jaki w metalu powszechny, ale też przecież już na IR poprzedniczce, czyli albumie zatytułowanym po prostu Paradise Lost słychać tak perkusyjne konkretne uderzenia, jak i gitarowe riffy bardziej mocarne, a także te immanentne dla oblicza muzycznego PL emocjonalne solówki Mackintosha - więc czy to jest właściwy powrót czy powrót nastąpił już w roku 2005, się zastawiam. Swoje myślę, kłócić się nie będę, tym bardziej że uważam,  rzecz nie w tym kiedy zwrot ku korzeniom zaczął na dobre następować, a która z tych płyt na nowo przyciągających wątpiących w "metalowość" Brytoli fanów jest najbardziej interesująca. Nie postawie swojej osoby pośród tych największych maniaków ikony brytyjskiego gotyckiego metaluchowania, o czym myślę od zawsze tutaj przy okazji tematu paradajsów trąbię. Ja jestem fanem wybiórczym i jako taki mam takie PL krążki, które darzę uczuciem obecnym jak i sentymentalnym żarem otaczam i nie jest to akurat In Requiem - gdybym pośród nowszych materiałów gitarowych ekipy Mackintosha i Holmesa miał wybierać. Tutaj w moim przekonaniu Faith Divides Us – Death Unites Us rządzi, bowiem jest zdecydowanie ciekawszy i tak skonstruowany, że nawet tak rytm płyty jako całości oraz rytmiczny szkielet numerów potrafi uwagę moją przykuć znacznie dłużej. Natomiast to co zarejestrowali w studiu w roku 2007 posiada momenty, jednak jako forma krążku niestety przynudza i zero tutaj świeżości. Ja bym nawet albumy z 2005 i 2007 roku nazwał bardziej doładowanymi ciężkim riffem, ale jednak kolejnym w dyskografii grupy, takim Symbol of Life - czyli całkiem mocarnie tak, ale przede wszystkim melodyjnie i żeby nie przekroczyć pewnych granic po prostu asekuracyjnie. Wyszło zatem coś co idealnie oddaje zespół w trwającej podróży do początków, ale ze zdecydowanym akcentem stylistycznym zapoczątkowanym na One Second i w dalszej kolei płytach tak szokujących dla metalowców estetycznie jak Host i już znacznie mniej na wspomnianej Symbol of Life czy Believe in Nothing. Taki nie przymierzając Unreachable mógłby śmiało zaistnieć na SoL lub BiN i nikt kto ceni te krążki nie miałby pretensji, jednak kiedy deklaruje się przemianę, to nagrywanie numerów o linii stylistycznej od której zaczyna się odżegnywać jest lekko słabe. Przez to album jest niespójny i wewnętrznie w nim ta niespójność powoduje ścieranie się muzycznych idei, ale w tym takim negatywnym znaczeniu, bo szerokiej amplitudy pomysłów oczekiwanie nie jest przecież same w sobie złe. Złe jest wówczas, gdy gatunkowy pejzaż powoduje obcowanie z chaotycznym kolażem pomysłów i ponadto pomysłów może i łatwo wpadających w ucho, ale tym samym bez przyszłości. Innymi słowy trzymam In Requiem na spodzie szuflady i sobie tam spoczywa. Odświeżam na przykład dzisiaj i odświeżę może jeszcze kiedyś - za miesiące, rok, może lata. Jeden albo dwa razy. :)

sobota, 29 kwietnia 2023

Paradise Lost - Believe in Nothing (2001)

 


Niemalże każdy zdeklarowany fan Paradise Lost Believe in Nothing krytykuje, więc zastanawiając się czy spostrzegając ósmy krążek w dorobku Brytoli z perspektywy dnia dzisiejszego, też będę twardo obstawał przy przekonaniu,  album ten na bezkompromisową krytykę w pełni zasługuje, poddałem go próbie. Ukazawszy się jako pierwszy materiał po ekstremalnie sprawdzającym lojalność fanów Host i niejako z lekka przyznając się wówczas do zbłądzenia, przepraszając się poniekąd z wiosłami, powinien teoretycznie choć nieco wkupiać się w łaski tych, którzy za gitarowymi motywami w bardzo charakterystycznie melodyjnej po "pardajsowemu" muzyce zdążyć zatęsknili, tak po prawdzie myślę, iż ani nie wkupił się w serca starych ultrasów (bo po prostu nie mógł), ani nie zadowolił do końca garstki tych, którzy depeszowym charakterem PL byli podekscytowani i liczyli, że Host to będzie dopiero początek nowego długiego rozdziału w historii Ekipy z Halifaxu. Tak BiN pamiętam, a teraz po wybrzmieniu z niego ostatniej nuty mam wrażenie, że mój osobisty jego odbiór zmienił się li tylko odrobinę, bowiem jak wtedy wydawał się stworzony z poczucia winy i w niezbyt sprzyjających okolicznościach czasu, więc zdawał się naturalniej bardziej siłowy niźli natchniony, tak dzisiaj w sumie jeszcze bardziej ni mnie ziębi ni grzeje, a na pewno nie wzbudza już żadnych jasno oznaczonych plusem lub minusem emocji. Ot przebojowe granko około rockowo-elektroniczne, które może nieźle wpasowuje się w estetykę która na początku nowego tysiąclecia opanowała znudzone nieco przywiązaniem do powielania względnej gatunkowej surowizny środowisko metalowe, które zaczęło też zerkać nieco w kierunku mainstreamowej popularności, bo wielkie wytwórnie fałszywie wyczuwały, że z trendu niszowego można by wyczesać trend bardziej ogólnie kasotwórczy, co okazało się w druzgocącej przewadze kompletnym fiaskiem. Gdybym jednak miał doszukiwać się w BiN większego dobra niż kiedyś, to na koniec tej krótkiej opinii archiwizacyjnej napiszę, że do dzisiejszego odsłuchu myślałem, iż Symbol of Life był o dwa poziomu albumem lepszym, a teraz odnoszę wrażenie, że nie ma pomiędzy nimi aż takiej przepaści jakościowej, więc przepraszam gdybym gdzieś wcześniej dał temu wyraz. W sumie każdy z tekstów jakie wyprodukowałem jest szczerym odzwierciedleniem mojego przekonania na tu i teraz, więc tu i teraz twierdzę, że ósemka nie jest taka zła, a dziewiątka aż tak dobra - tyle. :)

poniedziałek, 27 marca 2023

Paradise Lost - Symbol of Life (2002)

 

Sprężyna w akcji "piszę o Symbol of Life" tkwi oczywiście w wydanej kilka tygodni temu płycie projektu Host - wprost nawiązującego do czasu w twórczości Brytoli rozpoczętego w roku 99, a kontynuowanego z wolno postępującymi zmianami w kierunku powrotu grania stricte gitarowego przez kolejne dwie dekady. O samym Host (album) już co napisać miałem napisałem i nie zmieniłbym ani jednego zdania we własnej opinii, a że Symbol of Life nie otrzymało jeszcze szansy by pod recenzencki topór łeb podłożyć, to niniejszym jak jest możliwość postaram się upier***** łeb temu czemuś. Żartuję! Joke k***! Bowiem dlaczego miałbym to robić, gdy sam w sobie jest to album tak wówczas w 2002 roku całkiem miło przeze mnie wspominany, jak i dzisiaj po długim okresie bez niego w odtwarzaczu uważam, iż jest nieźle skomponowany i nie do końca czuć w jego konstrukcji paniczną próbę powrotu do starych (sprzed nadziei na mainstreamową karierę) klimatów - choć każdy słyszy tu riffy i może spokojnie stwierdzić, że z Host im nie wyszło, to chłopaki asekurancko "gitarują". :) Ja w tym miejscu pójdę w przekorę i uznam, że to różni Host od Symbol of Life (a różni jeszcze więcej niż pierwszy po Host, rok wcześniej wydany Believe in Nothing), iż tak jak kiedyś wpatrzeni byli w depeszowe plumkanie, tak tutaj zrobili coś swojego, mimo że nawiązania elektroniczne słychać, ale bardziej to całościowo estetyka pod "urockendrollowiony" gotyk, niż scenę syntezatorową. Więcej The Sisters of Mercy niż Depeche Mode (można by spuentować), ale i sporo charakteru immanentnego dla atmosfery starego i właśnie charakterystycznego dzięki wiosłowani Mackintosha grania. Nastroju smutnego i tym samy także za sprawą liryków pesymistycznie refleksyjnego, z mnogością klejących się do ucha melodyjnych fraz i wymuszonych estetyką przyjemną dla niego, refrenów. Paradise Lost wówczas, pomimo komercyjnie nieudanego skrętu w elektronikę i podkreślonego wyżej gorączkowego poszukiwania wyjścia z kryzysu, to jednak był zespół stosunkowo bezpieczny i całkiem nieźle odnajdujący się w realiach ówczesnego metalu środka. Ale że tandem prowadzący PL to cholernie niespokojne dusze i trudno im nawet jeśli nie często zmiany przynosiły im artystyczne spełnienie na pohamowanie tendencji ewolucyjno-rewolucyjnych, tak po SoL dodawali za każdym razem (raz bardzo udanie, raz nieco nieudanie) każdej kolejnej płycie więcej masy, kończąc na zdecydowanie zbytnio archaicznej, za surowej próbie nawiązania do korzeni w przypadku Medusy, a dalej po niej ostatnio, próbując wyrównać proporcje i ustabilizować balast na Obsidian. Ale czy to działania szczere czy podyktowane odbiorem przez fanów, to ja od lat nie jestem pewien. Wiem jednak że nie powinno się radykalnie krytycznie oceniać Symbol, za co siebie też lekko skarcę, bowiem mi się zdarzało.

wtorek, 16 listopada 2021

Paradise Lost - Host (1999)

 


To było nieuniknione, to musiało się w końcu stać, choć trudno mi w to teraz uwierzyć, a tym trudniej byłoby mi uwierzyć u początku pracy nad blogiem. :) Przyszedł bowiem moment, że wyschło mi już źródełko z którego na zmianę na bieżąco wybijały nowe albumy Paradise Lost oraz te które mogę nazwać zarówno moimi ulubionymi, jak i klasykami w dorobku Brytoli. Bystry czytelnik bez trudu dostrzeże, że brak jeszcze na tej liście najstarszych wydawnictw "paradajsów", ale akurat z Lost Paradise i Gothic zawsze miałem problem znaczny, a objawiał on się najzwyczajniej potworną trudnością w przebrnięciu przez ich zawartość - szczególnie przez pryzmat późniejszych (nie ma co gryźć się w jęzor) zdecydowanie dojrzalszych albumów grupy. Stąd póki co, nie ma sensu bym naciąganą opinią się chwalił i lepiej zamiast produkowania refleksji encyklopedycznej, abym wyżył się na swego czasu krótko, ale intensywnie testowanym Host. Przyznaję, że nie pamiętam kiedy ostatni raz produkt niesympatycznego romansu, pomiędzy mrocznymi muzykami, a radosnym majorsem odtwarzałem, więc te kilka odsłuchów na potrzeby niniejszej recki uskutecznionych, było zarazem podróżą nostalgiczną, w sensie poszukiwania skojarzeń i wspomnień sprzed lat, jak i cholera jasna okazało się doświadczeniem całkiem świeżym (nowym), gdyż (co niewiarygodne) niewiele z przeszłych odsłuchów w pamięci mi pozostało. Mam obecnie przekonanie, że chyba wówczas jak i dziś nie ma się nad czym pochylać, bo Host jest kompletnie pozbawione pazura i nie piszę tak czepiając się braku gitarowego łomotu. To o zgrozo materiał płaski zarówno brzmieniowo, jak i pozbawiony elementarnych emocji - ciągnący się niczym kolorowy glut, jakim jeszcze jakiś czas temu milusińscy się ekscytowali. Głos Holmesa idealnie wypełnia parapetami zagospodarowaną przestrzeń i dodaje co najmniej plus dziesięć do efektu nuuuudy. Jeśli moje przekonanie wydaje się podbudowane brakiem sympatii do syntezatorowego popu, new romantic czy innej gatunkowo podobnej nuty, to przepraszam ale ja szczególnie w ostatniej pięciolatce mocno ekscytuję się brzmieniami spod kurateli Depeche Mode i wielbię takie projekty jak The Black Queen, Crosses czy dwie ostatnie produkcje Ulver. Tylko że każdy z wymienionych bandów potrafi wlać entuzjazm w moje tętnice, to Paradise Lost na Host przynosi tylko wstyd estetyce. Nie wiem (nie potrafię sobie przypomnieć) czy w 99 też tak surowo go oceniałem, ale jeśli nawet Host nie uznałem za album zaspokajający moje muzyczne potrzeby, czy chociaż obiektywnie witalny, to chyba też nie odczuwałem podczas z nim kontaktu tak niemiłosiernego cierpienia. 

P.S. Miałem napisać więcej o okolicznościach powstania, ówczesnej atmosferze w grupie i poznęcać się nad pomysłem podbicia mainstreamowych list przebojów jaka towarzyszyła decyzji o podpisaniu kontraktu z EMI. Miałem o tym wszystkim napisać, bo lektura Bez celebracji (oficjalna biografia PL) mnie do takiej koncepcji tekstu zainspirowała. Miałem zrobić to tak, a zrobiłem to tak! :) Dlatego że osobiste doświadczenia (dwa ciężkie dni powrotu do Host) są więcej warte, a na pewno bardziej odciskające piętno, niż historia której naturalnie nie przeżyłem, a tylko zostałem jednym z wielu czytelników. Bez obrazy dla autora, bo Bez celebracji to naprawdę niezła lektura, ale jednak bezpośredni kontakt z Host, to był cios ostateczny i nie mogłem o tym nie napisać. 

wtorek, 5 października 2021

Paradise Lost - Shades of God (1992)

 

Uprzejmie donoszę, iż właśnie w niemal ekspresowym tempie pochłaniam oficjalną biografię Paradise Lost i poczułem że gotów jestem, aby dodać do archiwum osobistą refleksję (na której co jasne obecnie, odbija się echo tekstu Davida E. Gehlke) odnośnie Shades of God, czyli albumu, który poprzedzał wydanie dwóch najgłośniejszych płyt w dorobku ekipy z Halifax i tak często przez fanów surowego oblicza metalowej nuty traktowany jest w dorobku PL, niczym (he he) w równie burzliwej karierze Metalliki Kill ’Em All. Uprzejmie dodaję, że ja przygodę z Anglikami rozpocząłem od Icon i z wypiekami na trądzikowej mordzie kontynuowałem wraz z Draconian Times i przez jeszcze kilka lat (choć trądzik wraz z wypiekami znikał) nawet przez może jeszcze dekadę. Dokładnie do czasu aż wpierw wpieprzyli się w totalną muzyczną mieliznę z fatalną w skutki ochotą na mainstreamową pop popularność i za moment próby nieszczerego powrotu do ostrzejszych brzmień, którymi uparcie przekonywali i w końcu przekonali mnie dopiero na wysokości Faith Divides Us - Death Unites Us. Ale nie o tym tutaj - tutaj o płycie która nie zajmuje miejsca tak blisko mojego serduszka jak odpowiednio albumy z 93-ego i 95-ego roku, ale jest mi w miarę bliska, mimo że w zupełnie inny sposób. Brak chronologii w poznawaniu dorobku PL przez zbyt późne wyłapanie ich w początkowej fazie zachłyśnięcia się metalem, uznaję za wstyd mój osobisty i tym samym powód niekoniecznie właściwego zrozumienia jej znaczenia i wychwycenia drzemiących w jej jak na "gotyckie" standardy krwistych trzewiach walorów. Zatem spojrzenie z perspektywy biograficznej opowieści postrzegam za znaczącą pomoc w otwarciu szerzej oczu niż do tej pory zdołałem. Od zawsze uważałem że Shades of God brzmi jak demówka Icon, gdyż to kopalnia motywów, jakie w dojrzalej formie słychać na ikonicznym krążku. Podobieństwa są oczywiste, a różnica leży w aranżacjach, które na albumie z 92-ego tkwią wciąż w doom death metalowych konstrukcjach - bardzo wolno/bardzo szybko z wyeksponowaniem basowego bulgotu i growlu Holmesa. Natomiast same melodie i solówki to kopia niemal jeden do jednego, z tym że tutaj w surowym anturażu i węszę że gdyby już wówczas producent pochwycił odważniej  nieopierzonych jeszcze muzyków za rączki, to kawałki z potencjałem stałyby się kawałkami z potencjałem w rozkwicie, a nie tylko w fazie pączkowania. Tak czy inaczej, co się odwlecze to nie uciecze i dobra producencka robota pozwoliła już za rok z okładem cieszyć się Shades of God w wersji zdecydowanie ulepszonej. Dziś więc SoG jawi się jako album pomost i takim go zapamiętam, bo nie bardzo mam już ochotę do niego powracać. Powyżej (tak jak potrafiłem) wyjaśniłem dlaczego.

poniedziałek, 19 lipca 2021

Paradise Lost - One Second (1997)

 


Zainspirowany (a gdzie tam!), szalenie poirytowany po usłyszeniu kilka tygodni temu koncertowej wersji (tak, w nowej, ojej jakiej brutalnej aranżacji) tytułowego numeru z krążka wydanego (tak, nie wierzę) prawie ćwierć wieku temu, zagoniłem swoje dupsko przed ekran komputera, założyłem na uszy słuchawki i sprawdziłem (bo lata tego longa nie słuchałem) czy One Second to taki słaby był już wtedy kiedy premierę swą celebrował. Donoszę po odsłuchu dzięki internetowej sieci odbytym (nie mogę do dzisiaj znaleźć cdr-a - kasetę puściłem szmat czasu temu w drugi obieg), że Paradise Lost spieprzyli ten numer po całości, bo jak sobie w międzyczasie przypomniałem kiedy oryginał się "kręcił", że bardzo, ale to bardzo przyzwoita była to płyta. No ona oczywiście startu nie ma do Icon czy Draconian Times, ale nawet jeśli poprzez swoją szokującą na owy czas nowoczesną formułę (he depeszowe inklinacje nowoczesne) jest tak czy inaczej zawodem, to (o litości) nie brzmi tak słabo jak ta "odświeżona" wersja z At the Mill. One Second bowiem jako całość posiada swój unikalny charakter i w takiej klawiszowej estetyce wypada znakomicie, kiedy właśnie pozbawiona zostaje gitarowej brutalności i buduje swoją istotę na popowej aparycji. Ponadto każda kolejna kompozycja jaka znalazła miejsce na One Second idealnie wpisana została w ten rodzący się jednocześnie, eksplodujący i gasnący na kontrowersyjnym (nie znaczy że jakościowo słabym) Host trend "paradajsowego depeszowania". Gdyby tak usunąć z niej (bądź mocno ograniczyć) gitarowe akcje, byłaby idealnie korespondującym z Host materiałem, stąd absolutnie żaden z dwunastu kawałków nie powinien być maltretowany quasi death-doomowymi aranżacjami, bo to zwyczajnie nie fair w stosunku do samego albumu, ale i pokaz barku szacunku dla własnej spuścizny. Rzekłem!

P.S. Tekst napisałem, a potem One Second mi się w nocy śniło. Tak prawie jeden do jednego (no gdyby nie prawie tuzin chorych akcji - jak to w snach) przypominając obrazy kiedy jako (na własne życzenie) marginalizujący się towarzysko dwudziestolatek zajeżdżałem taśmę na przystosowanym do ingerencji w głowicę decku i nie dałbym wtedy złego słowa o OS powiedzieć - chociaż świadomość że to już koniec pewnej epoki w karierze PL we mnie dojrzewała. Podejrzewam że ten sen to było ostrzeżenie, może tylko przypomnienie, abym do gówniarskich słabości bezwstydnie się przyznawał. Abym nie wycinał z życiorysu tego co mnie ukształtowało. :)

niedziela, 17 maja 2020

Paradise Lost - Obsidian (2020)




W ekspresowym tempie quasi recka nowego albumu paradajsów na blogu ląduje, bowiem uważam iż trudno oczekiwać, aby chwytliwy styl wyspiarzy od lat eksploatowany nagle w formule skomplikowanej się objawił, szczególnie gdy to co na Obsidian umieszczono już po kilku odsłuchach w zasadzie za serducho chwyciło i swoją określoną w zamierzeniach formę uważam już przybrało. Pomimo impulsywnie krytycznego stosunku do obecnej ścieżki jaką raj utracony podąża i uparty brak wiary w stu procentową uczciwość okazywanej motywacji, wiem że będę tych typów smutnych na bieżąco słuchał, póki swoje po swojemu grać będą oraz w miarę systematycznie i konsekwentnie donosił co mi się nie podoba w ich wielbionej bezkrytycznie swego czasu (na wysokości Icon/Draconian Times) muzyce. W moim maksymalnie subiektywnym odczuciu obecnie, to od kilku krążków ten sam kurs, tylko tu raz przechył trochę na prawą, potem odrobinę na lewą burtę następuje - ze względnym manipulowaniem przepustnicą odpowiedzialną za rytm i prędkość. Takie bujanie bez większego przekonania uskuteczniają, a tu należałoby może pójść całą naprzód za intuicją bez obaw i kalkulowania. Ponadto twierdzę stanowczo, iż wieszczony przy okazji refleksji wokół poprzedniczki w postaci Medusy dojazd na biegu wstecznym do archaicznej retro ściany, przyniósł obecnie na szesnastym już albumie nawrót do grania na modłę początkowych prób powrotu do korzeni i mnie akurat on w więcej niż minimalnym stopniu przekonał. Bowiem inny kierunek w rodzaju dalszego mocowania się z doom metalem o death metalowych proweniencjach niebezpiecznie sprowadziłby muzyke PL do postaci echa "mackintoshowego" Vallenfyre czy nawet "współholmsowego" na ten czas Bloodbath. W tej jednak postaci zaproponowanej na Obsidian, mimo że kompozycje nie porażają świeżością ani nie zaskakują wielkim zwrotem, jest nadal ten właściwy duch paradajsowy, a brak szału schodzi na dalszy plan, kiedy fantastyczne wiosło Gregora nie tylko w emocjonalnych solówkach do głosu dochodzi. Chciałem przez to powiedzieć, że bez Mackintosha rzemiosła i tej jego romantycznej ekspresji już dawno dość toporne aranżacje konstrukcyjne pogrzebałyby legendę pod przyciężkiej topornością formułą. Póki co wiosło prowadzące pięknie pracuje (wspomagane wyrazistym bulgotem basu) i nawet jeśli jako całość Obsidian nie porywa tak jak chciałbym aby porywało (od ery przed One Second cholera na CIOS czekam), to napisać że nie mam ciar, gdy słucham poszczególnych fragmentów jakiejkolwiek płytki Brytoli, w tym właśnie tej teraz czas poświęcanej byłoby z mojej strony bezczelnym kłamstwem.

niedziela, 16 grudnia 2018

Paradise Lost - Tragic Idol (2012)




Mamy grudzień A.D. 2018, czyli czas kiedy Paradise Lost jest obecnie na etapie gry o charakterystyce niemal identycznej jak u swego zarania. Surowe łupanie teraz uskuteczniają, a te zaledwie kilkanaście lat temu byli jeszcze tam gdzie pop z gotykiem się spotyka. Jedni twierdzą, że to zajebiście i ten powrót do korzeni zachwalają, inni zaś doszukują się w tej zaskakującej strategii rozczarowania z braku sukcesu w mainstreamie. Przyznam, że nie miałyby dla mnie takie dywagacje znaczenia, gdybym podczas kontaktu z nowymi krążkami odczuwał podobną satysfakcję do tej która moim udziałem, gdy poznawałem zwieńczenie pierwszego etapu ich działalności, którym oczywiście Shades of God było. Niestety ostatnia ubiegłoroczna Medusa poskąpiła mi tych ekstatycznych uniesień i chyba już na dobre utwierdziła w przekonaniu, że grupa stanęła pod ścianą, a jazda na sentymentach skończy się co najwyżej na jeszcze jednym studyjnym materiale, a potem ch** wie co. Wracając natomiast z dzisiejszej perspektywy do Tragic Idol słychać wyraźnie, że wówczas na początku tej drogi ku archetypicznemu brzmieniu, to łkanie sentymentalne o żadnym stężeniu doom, czy death metalu było i słuchane obecnie nie robi też właściwie większego wrażenia. Więcej, ten powrót do korzeni entuzjazmu większego nawet wówczas we mnie nie wzbudzał, a akurat kompozycje z Tragic Idol uważam za jedne z najbardziej pospolitych i niewyszukanych na tym etapie kariery grupy. Wszystkie one do siebie podobne i zbudowane według jednego mało finezyjnego przepisu opartego na charakterystycznych melancholijnych riffach Mackintosha i niestety nijakim, strasznie siłowym wtedy wokalu Holmesa. Od początku nie czułem, iż w tym powrocie do czasów świetności istniała prawdziwa potrzeba, a nawet jeśli istniała to te numery nie miały startu do klasyków z Icon czy Draconian Times. W nich brak pasji po oczach kłuje, mierzi ta kwadratowa formuła aranżacyjna oraz bardzo syntetyczny wymiar ducha pozbawiony. I nawet jeśli odsłuch trzynastki nie jest męczarnią totalną i bez większych trudów odszukuje pośród dziesięciu utworów kilka fragmentów skutecznie stawiających włosy na przedramieniu, to nie przestaje mi w nim brakować całościowo tego nerwu podskórnego, który nadal o wyjątkowości albumów z początku lat dziewięćdziesiątych decyduje. Nie droczę się, serio tak myślę!

środa, 14 lutego 2018

Paradise Lost - Faith Divides Us – Death Unites Us (2009)




Jak to skrupulatnie wyliczyłem, korzystając wyłącznie z własnej pamięci, to był wówczas dwunasty pełnoczasowy album sygnowany logiem Paradise Lost. Drugi natomiast po niemal dekadzie fascynacji elektroniką, zapoczątkowanym ciekawym, lecz absolutnie oderwanym od wcześniejszych dokonań albumem Host, który tak właściwie gdyby został nagrany pod innym szyldem to dzisiaj mógłby być może zdecydowanie inaczej spostrzegany. Bo wtedy to na jego obiektywnie sporą wartość muzyczną, nie kładłby się cieniem doom-heavy metalowy dorobek Anglików. Było jednak inaczej i jest teraz tak jak jest, czyli Paradise Lost jako Depeche Mode się nie przyjął, a grupa rozczarowana tym faktem, z każdym kolejnym albumem zwiększała rolę gitar kosztem elektroniki, by dzisiaj za sprawą Medusy pozostawać tak głęboko zanurzona w przeszłości, że obecnych dokonań nie porównuje się z Icon czy Draconian Times, tylko co najwyżej z Shades of God. Mielą sobie współcześnie rasowy doom, który swoje inspiracje czerpie z tych najwcześniejszych lat paradajsów na scenie i zdaje się, jak wynika z komunikatów dawanych w muzycznej prasie, są tym faktem co najmniej usatysfakcjonowani. W roku 2009-tym natomiast byli na początku „właściwej” drogi i z perspektywy czasu, jak odsłuchuję sobie z przyjemnością sporą Faith Divides Us - Death Unites Us, to mam przekonanie, iż to zasadniczo bardzo udany krążek. Z niezłym wyczuciem sytuacji i bez zbytniej paniki, płynący równym nurtem, w stronę zwiększonej mocy i intensywności brzmienia. Bez porzucania udziału sampli i klawiszowej ornamentyki na rzecz wyłącznie surowej gry potężnym riffem. Z wysmakowanym wyeksponowaniem rzewnych partii wiosła Gregora Mackintosha, którego charakterystyczna łkająca maniera stanowi przecież najważniejszy walor muzyki Brytyjczyków. Mocne, bardzo klasyczne otwarcie w postaci As Horizons End i epickie zakończenie hymnem In Truth, a po drodze osiem równych kompozycji, z których najmocniej w moją pamięć zapadły, melancholijny, z doskonale rozbudowanym tematem gitary Last Regret i momentami intrygująco rozedrgany Living the Scars. I jeśli już mam spotkać się z innym prócz Icon i Draconian Times krążkiem Angoli, to przyznam szczerze i swej szczerości się nie powstydzę, najczęściej właśnie wracam do Faith Divides Us - Death Unites Us, kosztem przecież nie słabszego Tragic Idol, czy zdecydowanie już legendarnego Shades of God.

wtorek, 5 września 2017

Paradise Lost - Medusa (2017)




Paradise Lost przybywa po raz kolejny z nowym albumem - w promowanym intensywnie "powrotnym" tonie. I nomen omen tonie na własne życzenie w minimalizmie surowego brzmienia, stylizowanego na wzór krążków z początkowej fazy działalności. Medusa okazuje się bowiem krańcowo przewidywalnym i mało wiarygodnym manifestem oddania archaicznej scenie. Może Gregor Mackintosh by mnie przekonał ale manieryczny i humorzasty Nick Holmes szansę grupie odbiera. Zwyczajnie gość to w moich oczach mało wiarygodny, a przekonanie owo zbudowane na twardych faktach z jego kariery. Nie mam jednak ochoty w tym miejscu rozbudowywać tej radykalnej myśli, tym bardziej przekonywać innych do ostracyzmu w stosunku do jego osoby. Wysilonym gardłowym hurkotem i dla kontrastu melodyjnymi zaśpiewami rozmemłane linie wokalne "zapodaje" i tylko gitara Gregora łkając w solówkach urzeka - rozpościera nad prostą formą aranżacyjną mgiełkę romantycznej nostalgii, bezdyskusyjnie w tych oto fragmentach skutecznie mnie oczarowując. Jest dla tego, tylko poprawnego albumu ratunkiem przed totalną trywialnością upchaną w rozwlekłe monotonne riffowanie z siłowym warczeniem Holmesa. Mimo że cieszy poniekąd ten nostalgiczny ton, w który od jakiegoś czasu muzycy Paradise Lost uderzają, to ja im po prostu nie jestem w stanie uwierzyć. Nie dawałem wiary od początku w motywowany wyłącznie potrzebą wycinania surowych riffów i okraszania ich wyjątkowymi tylko dla Macintosha solówkami powrót do korzeni. I nawet jeśli Medusa obiektywnie posiada te walory, które fanów/weteranów mogą przekonać, a mnie osobiście w ucho mimo wszystko wpadają, to nie widzę już dla paradajsów większej perspektywy do "rozwoju". Jak długo będą jeszcze na biegu wstecznym ciągnąć trudno przewidzieć, choć ściana wydaje się już niebezpiecznie blisko, a poza nią tylko granie bliźniacze do tego co Gregor łoi z Vallenfyre.

czwartek, 4 czerwca 2015

Paradise Lost - The Plague Within (2015)




Już miałem bezkompromisowo swoje sceptyczne przekonanie o szczerości obecnego odjazdu Paradise Lost w stronę twardszego łojenia wyrazić, kiedy to kilkukrotny kontakt z najnowszym longiem nieco moją perspektywę zmienił i kazał w bardziej umiarkowany sposób odczucia wobec The Plague Within sprecyzować. Żadna to jednak euforia, czy chociaż po części równie entuzjastyczne nastawienie, jakie od ujawnienia pierwszych fragmentów wśród nostalgicznie zerkających w przeszłość amatorów mroku i ciężaru zapanowało. Zwyczajnie staram się do sprawy podejść z pełną uczciwością i chociaż to będzie niełatwe, a już na pewno mocno niespójne w samej formie recki, refleksje odpowiadające niezafałszowanym odczuciom spisać. Słucham teraz tego materiału i podstawowa refleksja sprowadza się do wyraźnego przekonania, iż The Plague Within to album kontrastów, które to wrażenia o skrajnym charakterze pobudzają. Bo oto wśród dziesięciu podstawowych premierowych kompozycji, taki otwierający stawkę No Hope in Sight swoją charakterystyczną melodyką w sentymentalną nutę skutecznie uderza, dając niekłamaną satysfakcję łysiejącemu dziadowi. To fakt niepodważalny, że to nader przebojowy numery wyraźnie nawiązujący do przełomu Draconian Times/One Second, z jedną cechą jaka na wymienionych albumach się nie pojawiła – mianowicie fragmentarycznym growlem. Z równie dobrym, ale zdecydowanie z innego okresu w kwestii inspiracji pochodzącym singlowym walcem, który mrocznym i ascetycznym obrazkiem został udanie przyozdobiony. Beneath Broken Earth o którym mowa swym ciężarem miażdży bezlitośnie i wyciska tonę emocji, kiedy Holmes ryczy "You wish to die", a Mackintosh rzeźbi wybornie jękliwe solo. To są najlepsze fragmenty i gdyby się uprzeć to jeszcze ze trzy, cztery numery mógłbym wyróżnić. Terminal i Punishment Through Time za pobudzenie skojarzeń z Shades of God, An Eternity of Lies i numer zamykający za potężną epickość i kapitalnie pieszczące riffy, których moc jednak jest systematycznie niszczona wokalami żywcem wyrwanymi z tego najmniej chlubnego dla raju utraconego okresu. Reszta może prócz surowego Flesh From Bone (jego akurat miejsce na krążkach Vallenfyre widzę) niestety absolutnie do mnie nie przemawia, bo stanowi hybrydę złożoną z warczącego silnika spalinowego, jakim Paradise Lost napędzane u początku kariery, a motorem pełnym rozwiązań przyjaznych środowisku, jakimi dla odmiany w pierwszej dekadzie XXI wieku twórczość Brytoli była poruszana. Taka to podsumowując całość próba sprzedania stęsknionym poziomu Icon, materiału w żadnym wypadku klasyce niedorównującego. Z kilkoma momentami, które ciary pobudzają, ale utrzymać napięcie już nie dają rady, bo śmiem już od dawna twierdzić, że Paradise Lost to legenda, która nie jest w stanie i nie będzie też w przyszłości zdolna, mimo zapału i uporu do stworzenia czegoś więcej niźli tylko solidnego materiału. Utracili naturalność, a mechaniczna próba odzyskania jej właściwych cech, rezultatów upragnionych nie przynosi. Stosując terminologię futbolową, był czas, że piłka sama ich w polu karnym odnajdywała i z jakiej pozycji by nie uderzali zawsze drogę do siatki znajdowała. Teraz jednak po licznych kontuzjach, które sami z własnej niefrasobliwości, czy może bardziej z gwiazdorskiego nastawienia sobie zafundowali, chociażby intensywnie w napadzie działali to piłka do nogi się nie klei i większość pary w gwizdek idzie. Stracili instynkt i nie są go w stanie odzyskać. Tak to spostrzegam, nie ma się co czarować, mimo, że miejscami to co proponują mi się podoba to toporność zbyt często karty rozdaje i do odbierających nadzieje wniosków finalnie skłania!

czwartek, 5 marca 2015

Paradise Lost - Icon (1993)




Choć to już dwadzieścia dwa lata od ukazania się Icon minęło, grube setki lub nawet już tysiące odtworzeń uskutecznione, to nadal z niekłamaną przyjemnością daje się wkręcać w dźwięki płynące z czwartego długograja Raju Utraconego. Mój ogromny sentyment jakim darzę tą nomen omen ikonę heavy gotyckiej nuty nie tylko związany jest z faktem, że tym krążkiem zainicjowałem przygodę z Paradise Lost. On przede wszystkim inspirowany jego wysoką oceną utrzymującą niezmienny poziom już od lat. Coś wyjątkowego jest w Icon, że pomimo zmieniających się obiektów muzycznej fascynacji, ewolucji w obrębie rocka i metalu czy banalnie stwierdzając starzenia się propozycji sprzed lat, jego właśnie w mojej ocenie bezwzględnie miażdżący ząb czasu nie nadgryzł. Zarówno pod względem samych kompozycji jak i brzmienia kapitalnie przez fachowców ukręconego. Nie odczuwam jakiegokolwiek dyskomfortu odsłuchując kolejno po sobie współczesne produkcje i czwórkę ekipy Holmesa. Czysty i potężny sound daje radę, jak i ówczesna forma wokalna Pana humorzastego zachwyca. Jednak największym atutem albumu są gitarowe popisy Gregora Mackintosha, w charakterystycznej formule z autorskim z miejsca rozpoznawalnym sznytem. Dopieścił tą od pierwszego albumu rozwijaną manierę wiosłowania, podbił wspomnianym potężnym brzmieniem i zainfekował sporej mocy chwytliwością. Tym sposobem numery oczywiście straciły surowy posmak grozy, a zyskały przestrzeń i aranżacyjną finezję zbierając cięgi ze strony zwolenników bezpośredniej archaicznej brutalnej prostoty i równolegle brawa tych, co docenili ten przełom, identyfikując go z rozwojem.  To chyba już nader jasne, że stoję po stronie tej drugiej opcji, doceniając walory pierwszych trzech albumów, jednocześnie bez wątpliwości uznając Icon za ogromny skok jakościowy w stosunku do poprzedniczek. Tak to przecież jest, że grupa, która nie stoi w miejscu i w żelaznym uchwycie nie trzyma się już zdobytych przyczółków nie unikając ryzyka, musi być świadoma kontrowersyjnych, dwubiegunowych ocen, pewnego pęknięcia na linii było/jest. Raz się ląduje na czterech łapach i zdobywa uznanie, innym razem ziemia się spod nóg osuwa i głęboka zapaść następuje. Paradise Lost jest w moim przekonaniu sztandarowym przykładem obydwu opcji. Po przełomie w postaci Icon i Draconian Times ja klękałem w poczuciu uniesienia. Po Host, a szczególnie kilku następnych krążkach w przypływie zdegustowania kręciłem mizernym wąsem. Bogata historia z obszerną dyskografią tych Brytoli, a ja i tak najbardziej środkowy etap sobie upodobałem i z największą przyjemnością powracam właśnie do albumów z 93 i 95 roku.

P.S. Po raz kolejny zaznaczam, że ten ostatnimi czasy preferowany powrót do grania klasycznego też mnie nie przekonuje – za cholerę!

środa, 12 lutego 2014

Paradise Lost - Draconian Times (1995)




To ostatnie prawdziwie szczere tchnienie Paradise Lost! Pozbawione sztucznego nadymania się, pozy co o braku wiarygodności świadczy, bez pustych gestów, maniery drażniącej. Piję tu rzecz jasna do ostatnich, tak podkręcających naciągany sentyment do klasycznych wydawnictw, a według mojej wrednie spostrzegawczej natury – tak grubo, kwadratowo ciosanej, nieudolnej próby zbicia kapitału na uznanej formule. Oczywiście pomijam krążki, co miały zapewnić Brytolom szczytowanie na listach przebojów. One były, w przeszłości obiektywnej szczęśliwie zaginęły i niech ci, co ich zalety docenili, radość z ich towarzystwa nadal w sobie pielęgnują – ich sprawa, o gustach innych nie zamierzam tu rozprawiać. Skupiam się egocentrycznie na sobie i własnej dupie, znaczy guście. :) Mnie one wyłącznie krótkotrwale swoją chwytliwą naturą omamiły, wszelako fartownie ten zwodniczy czar prysł, a ja wolny od lukrowanej kremówki, co mdłości pozostawia jestem. Draconian Times tak daleko od tych pierdół egzystuje, że zupełnie w innych kategoriach stylistycznych klasyfikowana. Otwarcie z pianina sekwencją bramę do tego raju dźwiękami malowanego otwiera, a wyśmienita artystycznie, rozmyta charakterystycznie olejnymi farbami grafika klimat dla muzycznej esencji sugeruje. Nigdzie tym smutasom z wysp się tutaj nie spieszy, nawet kiedy bardziej dynamicznie instrumenty okładają – to jednak żadne zapieprzanie na złamanie karku. Z podniesionym czołem bez depresyjnego doła, aczkolwiek z melancholią w oczach sączą klimat z gracją, prują przestrzeń charakterystyczną gitarową manierą Gregora Macintosha. Zniewalają solówek emocjonalną naturą, leniwym, nieskomplikowanym perkusyjnym tłem oraz jeszcze ówcześnie kapitalnym wokalem wiecznie niezadowolonego (taka poza?) Nicka Holmesa. Może ja i trochę do retro-współczesnego oblicza tych klasyków jestem uprzedzony, jak jednak mam się do niego przekonać, kiedy cała ta wyreżyserowana cynicznie koncepcja powrotu do łask starych fanów przez pryzmat topornej muzyki oraz siłowego nienaturalnego wokalu spływa fałszem. A może to nie fałsz, tylko pomimo prób podejmowanych, zanik umiejętności aranżacyjnych, jakimi Icon i Draconian Times zręcznie doprawione były. Cholera to wie? Ja dzisiejszego raju utraconego w takiej formie nie kupuje! Wracam jednako z wypiekami na twarzy do tandemu, co w pierwszej połowie lat dziewięćdziesiątych wyniósł ich do poziomu gwiazd heavy-gotyckiej :) niszy - jak ją zwał, tak zwał. Icon i Draconian Times dla mnie wyłącznie istnieje i hołd zaklętej w nich sztuce oddaje. Niewielu przecież potrafi prostotę w tak szlachetnej formie ukazać! 

Drukuj