Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Katatonia. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Katatonia. Pokaż wszystkie posty

piątek, 13 czerwca 2025

Katatonia - Nightmares as Extensions of the Waking State (2025)

 

W Katatonii poważne zmiany. Bez współ-główno-dowodzącego wraz z Jonasem Renske Anders Nyströma pseudonim swego czasu Blakkheim powstał nowy album i przyniósł z początku, po pierwszym moim odsłuchu konsternację, że oto po bardzo dobrze wchodzącym w uszy i głowę Sky Void nagrali krążek przez jaki może z trudem to nie przebrnąłem, ale dość opornie mi się kompozycje z niego w całość z osobna i razem układają, więc pisząc te słowa zaledwie kilka dni po premierze, gdy brakuje jeszcze czasu na wystarczające myślę wątków poskładanie, to mogę na jego kształt i tym samym wartość lekko nosem kręcić. Nie wykluczam bowiem, że postawienie na ciężar i mrok gotycki kosztem związku z melodyjną transową aurą, może spowodować iż poszczególne składowe utworów tak na otwarcie, jak i nawet z czasem nie stworzą spójnej formy. Stanie się wówczas to czego nieco się obawiam, a mianowicie uznam Nightmares as Extensions of the Waking State za album pozbawiony sznytu uwodzicielskiego i być może spodoba mi się jedynie jako intrygująca rzecz, która uparcie może będę zgłębiał, wierząc że to niemożliwe iżby tak doświadczeni aranżacyjnie twórcy zespołowi, stracili swoje ciemne, ale przebojowe jednak moce aranżacyjne. Czyżby tak się stało bowiem zabrakło rzeczonego Balkkheima i w sumie jako jedyny głównie odpowiedzialnym za kształt muzyki ostał się wiecznie skwaszony, choć zapewne sympatyczny przekornie Lord Seth. Na ten moment Nightmares as Extensions of the Waking State brakuje pewnego charakterystycznego dotyku finezji i subtelnych, przynoszących ukojenie momentów, takich jakie jeszcze udało mi się usłyszeć na przykład na promującym album singlu Lilac, ale w większej ilości to tylko pojawiają się one bardzo z rzadka. Nowe zapewne otwarcie jest zdecydowanie trudniejsze do zaakceptowania, gdy więcej ostatnio w Katatonii było odprężenia niż depresyjnego ciśnienia, a "Koszmary jako rozszerzenie stanu czuwania" przynoszą jedynie duży ciężar związany z bólem i cierpieniem, a ja nie pamiętam kiedy ostatnio tak mało po kilku dniach intrygujących cech w kawałkach Katatonii wyczułem. To nie jest póki co słaba płyta, bo póki co ona jeszcze w mojej głowie być może nie nabrała ostatecznego kształtu. Wierze więc słucham - licząc na olśnienie, wszak miewałem nierzadko do czynienia z płytami, które długo nie prądziły, ale jednak zatrybiły by zaprądzić. :)

niedziela, 26 listopada 2023

Katatonia - Brave Murder Day (1996)

 


Katatonia z czasu Brave Murder Day i jeszcze ze dwóch trzech albumów po nim, to nie My Dying Bride z dla odmiany każdego okresu prócz rzecz jasna  34.788%... Complete, więc kiedy czytałem  to nuta o ekstremalnie depresyjnym charakterze, to zawsze w świadomości mojej na intensywności zyskiwało takie oto przekonanie, że jak można mówić o kompletnym dole, wiedząc jak dosłownie tego doła wywołują ich kumple z "wysp". Smutek jaki wtłoczony w Brave Murder Day na pewno jest przytłaczający, ale on nie charakteryzuje się tym płaczliwym tonem, jakie przykładowo skrzypce na ikonicznych krążkach brytyjskich smutasów rządziły, tylko ucieka w kierunku specyficznej hipnozy jaką z kolei wywołuje bardzo transowe oblicze sześciu kompozycji stanowiących program płyty. Pół tuzina numerów zamkniętych w 41 minutach, to niewiele ale myślę  w sam raz, bowiem nie mam do czynienia z muzyką nazbyt złożoną i obficie nabitą wielością wątków, bowiem styl Katatonii z tego okresu rządzi się własnymi prawami, w których rozwijanie jednego, bądź góra dwóch nadrzędnych wątków potrafi zdominować utwór, a brak jakichś spektakularnych wybiegów ze zmianami tempa czy klimatu, powoduje że uparte wydobywanie z instrumentów lekko modyfikowanego dźwięku może nieco przynudzić i tu następuje pętla w mojej analizie i wracam do startowej tezy, iż Katatonia nie dobija, a tylko swoim hipnotyczno-transowym magnetyzmem powoduje zawieszenie słuchacza. To nuta bezdyskusyjnie pozbawiona nadziei i zimna, chłodem wieje tak z dźwięków jak i teksty jeszcze silniej wywołują uczucie szaleństwa na granicy rozpaczy, ale nie tylko przez udział w sesji Mikaela Åkerfeldta bliżej jej do najstarszych dzieł wspomnianego, pod szyldem Opeth wydanych. Zamiast doom metalowych inklinacji, znacznie wyraźniej zwrócona w stronę progresywnej w metalu niszy, choć nazywanie dość ubogiej w pomysły aranżacyjne nuty progresją może być zasadnie odebrane jako wciskanie niejako na siłę w przebogate gatunkowe ramy, kiedy w rzeczywistości szwedzka ekipa karmi się ograniczonym potencjałem zagrywek. Progresywny tak, lecz w nieco innym rozumieniu tegoż określenia, gdyż rozwój motywów sprowadza się do powtarzalności urozmaicanej siłą jej natężenia i rozwijanego (powtarzam) jednego głównego tematu, czasem mniej, a czasem bardziej modyfikowanego. Zatem kiedy myślę o Katatonii z Brave Murder Day i znam też Katatonie z dalszej kariery, to jednak doceniam że ewoluowali - podobnie ma się sprawa moje stosunku do "opethowych" Orchid czy Morningrise i poniekąd jeszcze My Arms, Your Hearse. Lubię, a najbardziej szanuję, lecz żebym tracił dla nich obecnie wciąż głowę, to nie bardzo. 

środa, 25 stycznia 2023

Katatonia - Sky Void of Stars (2023)

 


Zdążyłem się jak na razie spotkać/zapoznać z jedną tylko opinią odnośnie Sky Void of Stars i autor jej sugerował całkiem zaskakująco przekonująco udowadniając, iż jest to najlepszy materiał od czasu (uwaga) Last Fair Deal Gone Down i tym samym myślę nie tak obniżał wartość ostatniego do tej chwili, a wydanego przed trzema laty City Burials, ale wręcz dawał nie tylko między wierszami do zrozumienia, iż (o zgrozo!) czas pomiędzy rokiem 2001, a 2023 wypełniony był materiałami słabszymi od najnowszego. Jednak ja do końca z tym przekonaniem nie chcę się zgodzić, bo raz cały ten czaso-okres w dyskografii Katatonii cenię, a do City Burials, to wręcz obecnie najczęściej wracam, jednocześnie nie potrafiąc się od dwóch/trzech dni od Sky Void of Stars uwolnić. Uważam bowiem, że działa on na mnie tak jak oddziaływał swego czasu Dead End Kings, czyli kompletnie mnie zniewalając, gdyż wypełniony jest czarująco kołyszącymi, przez co niezwykle odprężającymi kompozycjami i tym wydaje się odróżniać od poprzedników z 2020 i 2016 roku, że najzwyczajniej nikt tu nie starał się imponować na siłę, a tylko wydestylować ze stylu esencję i dzięki temu napisać fantastycznie słuchalne numery. Bez napinki, z szacunkiem dla własnej tradycji i co najciekawsze, powracając poniekąd do z lekka transowej rytmiki, z mniejszą dozą łamania rytmu, nie pisząc zarazem kawałków powtarzalnie miałkich, czy najzwyczajniej nudnych. Mam więc dzięki "niebu pozbawionemu gwiazd" ogrom przyjemności z obcowania na bieżąco z muzyką Katatonii, ale też problem natury ocennej, bo więcej ciekawego Szwedzi zawarli na wspomnianych albumach z drugiej połowy drugiej dekady XXI wieku, natomiast dzięki najnowszemu przynoszą mi bezmiar muzycznego ukojenia. Jest to bowiem krążek tak pięknie melancholijny i tak cudownie pozbawiony pretensji, jak magnetycznie chwytliwy. Im z nim dłużej, tym nawet bardziej czuję że jest ukłonem w stronę właśnie okresu Tonight's Decision-Last Fair Deal Gone Down z późniejszą przebojową manierą Dead End Kings oraz transowością (żeby jeszcze bardziej skomplikować moje wartościowanie poprzez porównywanie) Discouraged Ones! Jednocześnie tak bardzo zachmurzony, choć kompletnie nie tak surowy jak Viva Emptiness i nie tak rozedrgany jak The Great Cold Distance, a Impermanence z gościnnym udziałem Joela Ekelöfa (Soen), to już jest jak nie Katatonia, tylko Soen właściwie, więc trudno mi go do któregoś wcześniejszego numeru ekipy Nyström i Renske porównywać. Tym samym nagrywając takie zwiewne cudo, odnieśli się korespondencyjnie i bardzo przekornie szczwanie wspólnie z ekipą Martína Lópeza, do uparcie powtarzanych tez, że Soen jest jakby innym wcieleniem Katatonii. Chyba że sobie ich intencje nadinterpretuję, dodając iż powyższa analiza to już na mega poważnie wydaje się w punkt trafionym argumentem, że pisanie o muzyce jednego zespołu w kontekście wyłącznie jego innych płyt, jest teoretyzującym rzeczywistości komplikowaniem, zamiast właściwym muzyki odczuwaniem i jej przeżywaniem, więc kropka - będę teraz doznawał, bo mi się to doświadczenie doznawania Sky Void of Stars bardzo podoba. :)

piątek, 30 kwietnia 2021

Katatonia - Discouraged Ones (1998)

 


Osłuchany metaluch-weteran powinien donosić, że już na Brave Murder Day Katatonia zaczęła natychmiast wyrastać ze stylu w jakim na początku lat 90-tych debiutowała. Jednak tak konkretnie, krokiem zdecydowanym (i tu pytanie potrzebnie czy niepotrzebnie ;)) ku zmianom radykalnym się skierowała właśnie na Discouraged Ones - zaledwie w pięć lat po surowym Dance of December Souls. Renkse poszedł wówczas już na całego w czyste wokale, a kompozycje strukturalnie już charakterystycznie zapętlały się w transowe formy. Równomierna praca sekcji rytmicznej i zwiększanie lub obniżanie tonacji - innymi słowy nic wyszukanego, czasem nawet wręcz monotonnego Katatonia grała - ale jak pamiętam, wówczas dla młodziana o smętnej ekstrawertyczności i oddającego się dojrzewającej równomiernie pasji odpływania do własnego wnętrza, był to strzał muzyczny w "10". Dlatego też dzisiaj mój odbiór Discouraged Ones jest wciąż tak mocno "obciążony" i uwarunkowany okolicznościami pierwotnego poznania. Nie ma zatem mowy bym skupiał się na jego słabościach powiązanych wprost z małą atrakcyjnością osłuchanej formuły, kosztem przecież najistotniejszej dla mnie wówczas i współcześnie w chwilach sentymentalnych wycieczek do przeszłości, przejmującej hipnotycznej nastrojowości tych jedenastu pomnikowych kompozycji.

czwartek, 17 września 2020

Katatonia - Last Fair Deal Gone Down (2001)

 


Zbliża się wielkimi krokami jesień i tym bardziej jeśli tegoroczna aura wrześniowa wciąż jest przychylna zmarzluchom i dla podatnych na depresyjne odruchy łaskawa, to dla równowagi emocjonalnej o melancholii w życiu codziennym należy pamiętać. :) Wszak harmonia emocji to rzecz fundamentalna i aby gęba jak głupkowi non stop się nie śmiała, trzeba wrzucać do odsłuchu albumy chociaż nieco bardziej niż piękna osobista rzeczywistość w teorii i praktyce przygnębiające. Toteż paradoksalnie z radością powróciłem obecnie do Last Fair Deal Gone Down, bowiem po pierwsze (wyłuszczone powyżej) i po drugie bezpośrednio powiązane z prozaicznym faktem, iż krążek ten na stronach NTOTR77 jeszcze nie został dotąd quasi zrecenzowany. Przyznaję zupełnie szczerze, że kiedyś uwielbiałem, dziś jednak od czasu do czasu bywam wobec niego bardziej krytyczny. Cenię i sentymentem darzę, ale w konfrontacji z Viva Emptiness i ogólnie wszystkimi kolejnymi albumami Katatonii u mnie akurat tą rywalizację przegrywa. To nie są jednak porażki kończące się na deskach ringu, gdyż nie mam przecież większych uwag do brzmienia (mimo iż mogłoby być znacznie bardziej organiczne i tym samym mniej sterylne), lecz koncentracja na detalach przekonuje, że aranżacyjny szlif nie jest jeszcze w tej fazie rozwoju Katatonii tak doskonały jaki w przypadku największych swych dzieł Szwedzi osiągali. Chwilami brak konsekwencji na której walor spójności traci i momentami warsztatowe niedostatki wokalne Jonasa są wręcz boleśniejsze niż cierpienie zawarte w lirykach. Tak czy inaczej sięganie po Last Fair Deal Gone Down nie odbieram w kategoriach kary, bo jakby tak było to krążek z dalekiego marginesu nigdy by do odsłuchów nie powracał. Posiada więc on sporo cech szczególnych i szczególnie klimat depresyjny podkręcających, a znudzony głos wokalisty wyśpiewującego ponure treści i smutek zawarty w każdej nucie wpływa na mnie hipnotyzująco i gdy Renkse nie siłuje się z frazami kojąco. Ponad wszystkimi minusami i plusami jest też tutaj co niebagatelne, kilka przebojów nieco bardziej żywych, które udało się ekipie Szwedów za pośrednictwem zawartości krążka przed niemal dwoma dekadami skutecznie sprzedać. Takich które wrosły w mą świadomość i nie ma siły która by je stamtąd wypędziła. 

niedziela, 10 maja 2020

Katatonia - City Burials (2020)




Na początek banał, czyli komunał, truizm, frazes, iż powrót Katatonii cieszy niezmiernie, gdyż ostatnie lata stawiały pod znakiem zapytania dalszą działalność grupy, która (jeśli mnie źródła nie wprowadziły w błąd) wpierw zawieszała działalność, by za moment oznajmić, że to chyba jednak koniec, a nie czas na dłuższą regenerację sił i ożywienie motywacji. Ostatecznie obawy o konieczne pogrzebanie nadziei na wznowienie działalności przez ekipę Szwedów prędziutko stały się przeszłością, którą pozostawiam daleko za sobą jako traumatyczne przeżycie, jakie wywołują złe wieści z obozów moich muzycznych ulubieńców. Mordka moja wówczas jeszcze siłą szoku zasmucona przybrała wyraz znacznie bardziej optymistyczny, gdy pierwsze donosy głosiły, iż grają i na studyjnej pracy się koncentrują, a już rozpromieniła się niebywale, gdy premiera znakomitego Lacquer nakazała sądzić, że nowy krążek okaże się wielkim kolejnym przełomem w historii Katatonii. Miałem to przekonanie, że elektroniczny charakter pierwszego singla skieruje muzykę grupy w rejony modnego ostatnio ejtisowego syntezatorowego półmroku, ale też nie odczuwałem większego niepokoju związanego z możliwym zarzuceniem dotychczasowego charakteru tworzonych dźwięków. Katatonia przez lata w moim przekonaniu stała się synonimem wyważonej ewolucji, bez szaleńczych przeobrażeń, ale i bez również lęków przed wypróbowywaniem pomysłów, które z założenia nie mają szans na płynne wdrożenie w strukturę ich kompozycji. Tak też z black metalowego kręgosłupa wyrosła istota muzyki Katatonii, przez już prawie trzy dekady stopniowo ubogacana doświadczeniem i wysokim stężeniem artystycznej wyobraźni, którą dziś można by ująć w sformułowaniu, iż to nieskrępowany schematami emocjonalny dark rock, z masą uwrażliwiających inklinacji zarówno naturalnie o charakterze dźwiękowym, jak i szczególnie ważnym lirycznym. Poetycka formuła treści i idealnie z nią spójna, fantastycznie jak zawsze zaaranżowana warstwa muzyczna (którą przy konsekwentnym zaangażowaniu odbiera się nie tylko na kilku poziomach zaawansowania), jest wspaniale uwypuklona również w omawianym w tym miejscu City Burials. Albumie o niezwykłej mocy sugestywnej, czerpiącego z dotychczasowego wzorca (elektronika, gitary i masa emocji) oraz właśnie formie z każdym kolejnym odsłuchem fenomenalnie osadzającej się w umyśle słuchacza, który partiami odkrywa liczne smaczki (ornamenty, zdobienia), a sam kształt poszczególnych utworów zmienia systematycznie swoje oblicze, sięgając finalnie poziomu mistrzowskiej kompozytorskiej manipulacji pojedynczymi dźwiękami i rozbudowanymi frazami, aby stworzyć dzieło jednocześnie koherentnie chwytliwe i bezustannie intrygujące. I mógłbym w tym miejscu wymienić swoich faworytów, choć to z rzadka czynię, bowiem uważam, iż album to całość, a każdy jego element znaczący dla efektu finalnego, ale tego jak zwykłem (tym bardziej w przypadku tej ekipy) nie zrobię, gdyż myślę że z czasem te numery pośród pełnej track listy nie do końca jeszcze odkryte, już wkrótce odsłonią przede mną swe tajemnice i staną się kolejnymi, które skradną na dobre moje serce i duszę. Nie gdybam, ja to wiem! 

wtorek, 21 kwietnia 2020

Katatonia - Tonight's Decision (1999)




Nim już za moment zatopię się w nadchodzącym City Burials, postanowiłem "przeprosić się" z krążkiem, który wówczas, a było to już dwadzieścia jeden oczek temu intensywnie mną poszarpał. Poszarpał stając się na ówczesną chwilę proroctwem oraz spełnioną obietnicą (zaraz przecież wparowały Last Fair Deal Gone Down i kluczowa Viva Emptiness) sporego w przyszłości rozwoju Katatonii, jako grupy która w miejscu z pewnością stać nie będzie zamierzała. Po błyskawicznym upływie trzech pięciolatek, w konfrontacji z bieżącą twórczością Szwedów Tonight's Decision mocno jednak w moim przekonaniu wyblakło i przyznaję, że od dłuższego czasu niebieska płyta nie gościła w moim odtwarzaczu. Dzisiaj kiedy po dwóch dekadach od powstania na powrót się kręci słyszę bardzo wyraźnie, że to była naturalna ewolucja, żadna jednakowoż rewolucja w dojrzewającym stylu. Kontynuacja płynna Discouraged Ones w immanentnym hipnotyzująco-transowym klimacie, z wolna rozwijanych długich tematów, nieco tylko bardziej niż to było na wspomnianej poprzedniczce, we fragmentach rytmiką nieszablonową połamanych. Siłą jednak w najczystszej postaci zniewalającą w przypadku Tonight's Decision nie jest jednak jej ultra techniczny, czy aranżersko-wizjonerski charakter, a właśnie atmosfera dołująca, która mimo dość w zasadzie jak na smutną nutę żywego tempa, do szpiku przenika gdy muzyka płynie. To muzyczna strawa idealna dla melancholików i introwertyków, którzy przy akompaniamencie sączących się dźwięków podróżować będą w głąb siebie, analizując z maniakalnym zaangażowaniem osobiste emocjonalne przeżycia - rozbijając je na najdrobniejsze atomy. :) Im nie będzie naturalnie przeszkadzać programowa monotonia czwartego albumu Katatonii, ani tym bardziej posępnie dołująca aura. Przyznaję że wielbiąc bezgranicznie dzieła Katatonii z późniejszego okresu, to teraz na nowo poczułem dlaczego u niemal zarania się tym wyjątkowym bandem zainteresowałem. 

piątek, 21 grudnia 2018

Katatonia - Night Is the New Day (2009)




Rosną moje obawy o Katatonię, zastanawiam się co z Katatonią będzie. Czy oby zawieszenie działalności nie przedłuży się na lata, bądź co gorsze zespół ulegnie naturalnemu rozpadowi poprzez długotrwałą bezczynność. Liczę jednak skrycie, szeptem wypowiadając swe życzenie, iż to nie jest jeszcze koniec tej depresyjnej bajki, a Katatonia jak robiła to już wielokrotnie doda do niej kolejny rozdział poruszający najgłębsze zakątki w mojej duszy. Grupa to dla mnie bowiem wyjątkowa i chociaż nie jestem z nią od jej pierwszych albumów, bo i muzyka u zarania przez nią tworzona nie trafiała do mnie tak mocno jak to na późniejszym etapie już było, to od czasów Brave Murder Day, a już najgorliwiej od chwili definitywnego przekroczenia gatunkowego, a przede wszystkim jakościowego rubikonu za czasów Viva Emptiness, otworzyła na oścież bramę do mojej wtedy właśnie szczególnej wrażliwości. Nie pozostaję do dzisiaj obojętny na magię zaklętą w tych niezwykle melancholijnych i jednocześnie stanowczych dźwiękach - pełnych przestrzeni rozbudowanych pasażach, równie urzekającej akustycznej elegancji jak i akcentującemu siłę zmiennych emocji dosadnemu ciężarowi. W tej smutnej muzyce odnajduję refleksyjną głębie i potencjał rozwojowy, zarówno ukojenie jak i motywację, więc nie mam żadnych oporów, aby z taką emfazą wyrażać swoje uczucia, pisząc zarówno całościowo o dorobku Szwedów, jak i w tym miejscu o płycie Night is a New Day, którą odsłuchując po raz enty w mroku, darzę dzisiaj prawdopodobnie jeszcze większym szacunkiem niż wtedy, gdy dopiero ją odkrywałem. Z całą stanowczością, z pełną świadomością, tym razem bez jednej nuty ironii donoszę, iż kocham taką właśnie poruszająco-ewoluującą Katatonię miłością prawdziwą i dozgonną oraz że gdyby dni moje na tym ziemskim padole końca dobiegły, to przy akompaniamencie kompozycji zamykającej Night is a New Day chciałbym być przez tych, dla których jestem ważny żegnany. Departer musi moją drogę zamykać, a ten wybór proszę potraktować jako fragment mojego testamentu, nawet jeśli za cholerę jeszcze nie chcę w wieczność odchodzić.

wtorek, 5 lipca 2016

Katatonia - The Fall of Hearts (2016)




Bez różnicy czy Katatonia kombinuje, czy raczej gra konwencjonalnie, tak na swój sposób przewidywalnie, to zawsze bez wyjątku hipnotyzuje. To taka reguła przy odsłuchach albumów Szwedów, że magia zaklęta w dźwiękach przez nich tworzonych jest cechą stałą i nie ma mowy by zagubiła się aby w świeżo proponowanych kompozycjach. One na The Fall of Hearts pełne ciekawych pomysłów i chociaż utwory często są dość skrajne pod względem dynamiki, to mają ten wspólny mianownik spajający dwanaście numerów w uporządkowaną ponad sześćdziesięciominutową całość. Tak, to sporo szczególnie że Katatonia nie przyzwyczaiła do albumów zbytnio przeładowanych w zakresie ilości, zawsze stawiając zwięzłą jakość ponad megalomaniacką potrzebę zapełnienia krążka po brzegi. Teraz jednak przebili dość wyraźnie pod względem czasowym poprzednie produkcje, lecz nie odczuwałem podczas odsłuchów przesytu, nadmiaru, który by przeszkadzał. Ot, to mocno progresywny album, który tym razem, w odróżnieniu od poprzedniczki potrzebuje większej uwagi i skupienia by wgryzł się w świadomość i w pełnej krasie zaprezentował swoje atuty. Nie jest to produkcja tak oczywista jak Dead End Kings, jej siła przebojowa mniejsza, lecz potencjał na dłuższą frapującą przygodę większy. Typowa esencjonalna, przebojowo-nostalgiczna Katatonia przenika się z eksperymentatorskim aranżacyjnym zacięciem, kompozycje są złożone, wielowarstwowe z mnóstwem przemyślanych ornamentów, a całość przywodzi skojarzenia z produkcjami Opeth i Soen. To samo przywiązanie do budowania napięcia jest tu wspólne, wyjątkowa wyobraźnia, a efekt pod względem brzmieniowym i instrumentalnym to ten sam perfekcjonizm. Pisząc o płycie ciepło nie zawaham się jednak na koniec stwierdzić, że The Great Cold Distance nie przeskoczyli, a może zmienię zdanie za kilka miesięcy? Wszak jak podkreślałem, to płyta powoli w człowieku dojrzewająca, która potrzebuje wytrwałości w przyswajaniu, z każdym kolejnym spotkaniem przekonując do siebie coraz skuteczniej. Cieszy ten progres, bo daje szansę na uniknięcie ekipie Blackheima stagnacji i trwania na podobieństwo wielu we wspomnieniach tych lepszych, bo starych czasów.

P.S. Nie wyróżniłem żadnego utworu, a to błąd bo te dwa single z kapitalnymi obrazkami (Old Hearts Fall i Serein), choć nie do końca reprezentatywne dla całości to majstersztyki bezdyskusyjne, a motyw pomiędzy czwartą, a piątą minutą w Residual to taka najwyższej jakość "toolowska" magia!

piątek, 4 marca 2016

Katatonia - The Great Cold Distance (2006)




Katatonia szmat drogi od debiutu przemierzyła - od w wielkim uproszczeniu klimatycznego blacku Dance of December Souls, poprzez transowy trip Discouraged Ones. Pierwsze próby pogmatwania jednowymiarowej rytmiki z Tonight's Decision i Last Fair Deal Gone Down, aż po dopieszczony w każdym detalu, nie ukrywam w mojej ocenie ich dotychczasowy szczyt jakim The Great Cold Distance. To mój ulubiony krążek szwedzkiej ekipy, który nawet od młodszych jedynie o kilka lat produkcji dzieli przepaść. Viva Emptiness stanowi tą umowną granicę pomiędzy Katatonią poszukującą i aranżacyjnie wciąż nieco niezdarną, a Katatonią w pełni dojrzałą oferującą prócz introwertycznego przeżycia także walor kompletnej świadomości i profesjonalizmu. Muzycznie może i nie ma wolty, latami wypracowywane charakterystyczne brzmienie nie uległo gwałtownej transformacji, można by rzec nawet, że przesadzam z tym rowem szerokim na granicy Last Fair Deal Gone Down, a Viva Emptiness. Do momentu jednak gdy krok dalej zrobię i z perspektywy The Great Cold Distance na wcześniejsze albumy popatrzę. Wtedy czuć wyraźnie tą radykalną zmianę w filozofii tworzenia kompozycji. Bo choć krążek z 2006 roku wykorzystuje pełnymi garściami specyficzne zagrania dostrzegalne w twórczości grupy od lat, zawiera transowość dwójki i trójki oraz sterylność wespół z preliminarną kombinatoryką środkowego etapu działalności, to posiada jeszcze tą wartość dodaną jaką idealna symbioza powyższych cech. Jak mi szczerość refleksji tutaj publikowanych droga, tak z ręką na sercu przyznaje, że do płyt sprzed "Vivy" nie powracam, bo mnie nudzą, usypiają monotonią, względnie irytują nieporadnością. Tak etap od roku 2003 śledzę z wypiekami na twarzy i z rozkoszą powracam do jego owoców. Z naciskiem jak już zdążyłem naświetlić na TGCD, gdzie wyraźnie przebojowe, lecz w nawet najmniejszym stopniu miałkie My Twin, Leaders czy Deliberation, współistnieją z ambitnie skonstruowanymi The Itch, Consternation, Follower, Increase czy July, a urocze, subtelne i intensywnie hipnotyzujące In the White, Rusted i Soil's Song dopełniane są zamykającym album progresywnym majstersztykiem w postaci Journey Though Pleasure. To muzyka do głębokiego emocjonalnego przeżywania, ale i nadająca się znakomicie do analizowania przez pryzmat warsztatowej biegłości i finezyjnej szczegółowości wplecionej w struktury, nie dla efektu popisu lecz dla uatrakcyjnienia formy. W tych dźwiękach równie dużo onirycznej atmosfery, zimnej aczkolwiek chwytliwej melodyjności jak i zabawy fakturą, gdy dźwięki sprawiają wrażenie rozjeżdżających się nieco w chaotycznych zawijasach z porzucaną na rzecz nieregularności symetrią. Przyznaję, że ten rodzaj mroku, lirycznego pesymizmu jaki firmuje Katatonia ma w sobie ogromny magnetyzm - wycisza i skłania do refleksji, jednak absolutnie nie odbiera energii. Gdzieś w tej depresyjnej muzyce pod fasadą chłodnej czerni tli się żar przynosząc przyjemnie odczucie wewnętrznego ciepła. Introwertyczna przygoda z The Great Cold Distance pasją i dojrzałością jest kierowana - to czuć intensywnie.

P.S. Wspomnę jeszcze, bo nie wspomnieć bym nie mógł jeśli szczerość priorytetem. Travis Smith i jego grafiki są absolutnie fascynujące, ale to szerszy temat do analizy przy innej okazji. :)

niedziela, 12 stycznia 2014

Katatonia - Viva Emptiness (2003)




Przełom! Z tym jednym określeniem Viva Emptiness mi się kojarzy. Czemuż to - pytanie tajemnice obnażające się pojawia? :) Albowiem powiem wam :) tym krążkiem na dobre opuścili łono jednowymiarowej, transowej (nie kojarzyć z bitami i białymi rękawiczkami), gitarowej (z tym kojarzyć), melancholijno-depresyjnej formuły. W tym rejonie, oczywiście nadal w pewnym sensie pozostając, do swojej twórczości konkretnej świeżości dodali. Poszarpali aranże, a to już zdecydowanie finalny wymiar kompozycji zmieniło. Porwali struktury wioseł, wychodząc z zapętlenia oczywistych, stopniowo rozwijanych riffów. Fakt, miały te ciągnące się gluty pewną magię, jednak jej czar pryskał dosyć szybko, pozostawiając jedynie nudny przewidywalny, wątły obraz. Na Viva Emptiness nic już nie jest tak banalne - zaskoczenia z wprawą przeplatają się z charakterystycznymi dla tych cierpiących z klasą Szwedów rozwiązaniami. I co istotne szczególnie, a i na wymiar popularności się pewnie przekładające, nadal pozostali w swoim oryginalnym stylu przebojowi. Tyle, że ta chwytliwość w utwory wtłoczona, głęboko pod skręcaną rytmicznie strukturą i chłodnym obliczem ukryta, od czasu do czasu jedynie na pierwszy plan aranżacyjnie wysunięta w takich atrakcyjnych perłach jak A Premonition, Complicity czy Evidence. Pamięć jeszcze radykalnie mnie nie zawodzi i pozwala mi przywołać obrazy i uczucia jakie ówcześnie wraz z premierą tego albumu we mnie wzrastały. Poczynając od okładki, wewnątrz w książeczce zawartych wybornych zdjęć po istotę jaką dźwiękowa zawartość, wszystko w idealnej symbiozie porywało. A może to doskonałe wrażenie tak dla mnie aktualne, bo ono nadal świeże? :) Wyśmienita muzyka, niezwykłych przeżyć dostarczająca - taka jakoby estetyka "rozciągniętych czarnych sweterków"? :) Lubie to! Bo może nadal mi w takim smutasowym wdzianku pomimo wieku średniego wygodnie? :) Żal normalnie. ;)

P.S. Taka dygresja jeszcze, po tych szczególnie zabawnych pierwiastkach żartobliwych jakie tak zgrabnie w tekst wplotłem mi się nasuwa. ;) Ona jednako w żadnym stopniu z kwestią poczucia humoru jakim swoje refleksje okraszam niezwiązana. Ona "ino tylko" z subiektywnym wymiarem dźwięków przeżywania spokrewniona. Mianowicie pewnie znajdą się i tacy co tendencje ożywczą w muzyce Katatonii już na Last Fair Deal Gone Down zauważyli. Może i faktycznie coś jest tu na rzeczy, ale podług moich odczuć to właśnie Viva Emptiness tak na dobre z przytupem, spostrzeganie Katatonii w mojej świadomości zmieniła. Pozwólcie, że nie będę z tym utrwalonym już wrażeniem walczył - poddam mu się pokornie! :)

poniedziałek, 3 czerwca 2013

Katatonia - Dead End Kings (2012)




Trochę zajęło mi aby ogarnąć i wyrobić sobie jako takie zdanie o nowym albumie Katatonii. Przyznam, że po pierwszych odsłuchach miałem dość mieszane odczucia - bo z jednej strony album przeleciał bez większego entuzjazmu, jedynie w dwóch, trzech miejscach robiąc emocjonalną zawieruchę z drugiej zaś zdawałem sobie sprawę, że taka muzyczna bryła, którą się jawił daje nadzieje na to, iż złożoność krążka w perspektywie czasu odsłoni jego bogactwo. I tak właśnie się stało - brak w większości ewidentnych przebojów pozwolił Katatonii na zabawę aranżacjami do odkrywania po wielokrotnym obcowaniu z płytą. Album sprawia wrażenie skrytego, nieśmiałego dającego szansę na odkrycie czegoś niezwykłego tylko osobom wytrwałym, tym co w muzyce cenią nie tylko fasadę ale przede wszystkim wielowarstwowość ukrywaną pod nią. Cieszę się "okrutnie", że grupa po raz kolejny pokazała w obrębie swojego stylu nową jakość i to nie w sposób banalny, a wysmakowany, poruszający i nietuzinkowy. Nie mogę jednak zrozumieć jak taką perełkę idealnie dopełniającą całość jak Second zostawili jedynie na wersje limitowaną. Ten album bez tego kawałka na zakończenie byłby jak The Great Cold Distance bez Journey Through Pressure czy Night is the New Day bez Departer!

Drukuj