In Triumph, czyli (jeśli sprawnie liczę) piąty w ogóle i ostatni ze starej ery, a dokładnie sprzed zmiany frontmana album Szwedów. Jeśli też dobrze pamiętam, nic chyba wówczas nie wskazywało iż tak charakterystyczny głos Magnusa Ekwalla przestanie być częścią istoty muzyki The Quill - a może sporo wskazywało tylko niewiele o tym paplano. Tak czy siak In Triumph okazał się na prawie dekadę pożegnaniem z Magnusem i wówczas też nie sięgnął poziomu mojego ulubionego Voodoo Caravan (2002), lecz miał prawo być spostrzegany jako materiał nieco lepszy od swojego poprzednika (Hooray! It's a Deathtrip z 2003 roku). Przynajmniej więcej w programie płyty było motywów które silnie osadzały się w pamięci, lecz w sumie był pozbawiony czegoś w rodzaju hitu, bowiem krążek to równy, spójny, żywy, ale akurat bez jakiegoś wielkiego przeboju. Fajne po Szwedzku granie na rockowa modłę, gdzie mikstura muzyczna przyrządzona z amerykańskich wpływów, tj. grunge'owych inklinacji, hard rockowego fundamentu i też odrobiny stonerowego pierwiastka w hipisowskim wizualnym anturażu. Fachowo zachrypniętym głosem zaśpiewane, ze swobodą i swadą, wprowadzające słuchacza niejako w przyjemny trans, jeśli oczywiście on lubuje się w staromodnym gitarowym graniu. Kiedyś pisałem że The Quill nie załapał się na hajp retro rockowy, bo raz płyty wydawać zaczął za wcześnie i kiedy na dobre rozkręciło się zainteresowanie klasycznym hard rockiem, to oni jednak nie posiadali odpowiedniej siły by przebić się przez zalew im podobnych, którzy jak się okazało dla własnego dobra fartownie wystartowali z kilkuletnim opóźnieniem, lub zwyczajnie w odpowiednim momencie potrafili zaoferować materiały bardziej wyraziste. Dzisiaj wiem że raz Magnus znów jest na pokładzie i dwa, że pomimo egzystowania właściwie na marginesie sceny The Quill przetrwał i nagrywa kolejne nie przynoszące mu wstydu krążki. Może zasługiwali (może wciąż zasługują) na coś więcej li tylko ograniczona rozpoznawalność wśród maniaków, a może gdyby ich losy potoczyły się inaczej (być może paradoksalnie gorzej) i zamiast grać dla przyjemności, graliby dla kasy, albo nie graliby w ogóle. Cholera wie? Miało tak być i jest jak jest! In Triumph i Hooray! It's a Deathtrip, to jednak przecież nie były albumy o poziom czy półtora powyżej Voodoo Caravan, a żeby piąć się w górę trzeba wciąż lepiej i lepiej. Zatem ich wina. :)
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą The Quill. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą The Quill. Pokaż wszystkie posty
czwartek, 28 lipca 2022
sobota, 19 lutego 2022
The Quill - Hooray! It's a Death Trip (2003)
Na The Quill ponownie apetytu nabrałem, gdy przypadkowo ostatnio wyczaiłem powrót do formacji Magnusa Ekwalla, pierwszego i właściwego głosu szwedzkiej ekipy - dzisiaj już zdecydowanie weteranów dalekiej od mainstreamowej sceny. Nadmienię, iż goście zaczynali w połowie lat dziewięćdziesiątych, ale to dopiero Voodo Caravan, czyli album któryś już z rzędu przyniósł im jakąś tam względną rozpoznawalność. To pewnie kwestia trafienia na stajnie z większymi możliwościami promocyjnymi, ale i świetna muzyka na wspomnianym albumie nagrana spowodowała, iż skandynawscy rockersi trafili do mnie i z miejsca mnie do siebie przekonali. Tylko że jak Voodoo Caravan zasysałem bez żadnych uwag, tak kolejny krążek, a mam tu na myśli właśnie Hooray! It's a Death Trip gdzieś moje emocje ostudził i z kapeli w której pokładałem nadzieje podobne jak ówcześnie w Spiritual Beggars, stała się ona ekipą dla mnie ważną, lecz o statusie tracącym na wartości. Jedyne co wtedy i teraz nie wzbudza mojego ale, to fajna oprawa graficzna - poza tym ale mam. :) Żeby jasno się wyrazić, Hooray! It's a Death Trip fajnymi numerami jest wypełniona, tylko że to poprawne granie, które emocjami pod korek nie nabite i tych emocji ze mnie nie wyciskające. Jest tu taki nieźle bujający Handful of Flies, są najlepsze na płycie American Powder i Man Posed, niestety reszta to tylko wyższe stany średnie, a tzw. vibe w nich dla pozyskania bezgranicznej sympatii konieczny, to nic szczególnego. Tym razem ta fuzja woodstockowego rocka z grunge'm bez dźwiękowej erupcji, a wulkan w którym może i wrze, tylko mruczy i bez większego efektu dymi. Może dlatego w dalszej perspektywie nie przejąłem się wielce, gdy po kolejnej studyjnej produkcji zespół zniknął. Odrodził się po raz pierwszy po zmianie wokalisty i nie było to odrodzenie imponujące. Po raz drugi odradza się teraz wraz z powrotem Ekwalla za sprawą Erthrise i to jest akurat powrót na poziomie Voodo Caravan. Co będzie dalej, cholera wie. Goście mają już bowiem długie i mocno przyprószone siwizną pióra i na stówę inne priorytety, niż podbijanie muzycznego świata. Nie ten czas, nie ten wiek. Ale fajnie że im się wycierać deski klubików jeszcze chce. Dlatego warto o nich wspomnieć.
niedziela, 6 czerwca 2021
The Quill - Earthrise (2021)
Kilka dni temu wrzuciłem wspominkową refleksję związaną ogólnie z The Quill, szczególnie zaś z krążkiem Voodoo Caravan i niech mnie kule biją jeśli podświadomość czy inny czort nie zachęcił mnie do tego działania. Bowiem żałując że losy szwedzkich retro grajków nie potoczyły się tak jak lata temu sobie życzyłem, nie wiedziałem że do ich składu powrócił właśnie uwielbiany przeze mnie Magnus Ekwall i The Quill nagrali w tym składzie nowy krążek. O jakżeż się cieszę, że pod pływem wspominek sprawdziłem co tam w obozie The Quill słychać i ku własnemu mega zaskoczeniu wychwyciłem info o nowym albumie w starym składzie. Rzucona w kąt fascynacja (albumy bez Magnusa olałem, bowiem głos jego następcy to nie było to i tyle) na nowo odżyła, gdyż Earthrise okazał się krążkiem tak samo mocno zakorzenionym w najlepszej hard rockowej tradycji, jak i świeżo ową tradycję w okolicznościach początku trzeciej dekady XXI wieku umieszczający. Bez rzecz jasna żadnych kontrowersyjnych pomysłów na aranżację, za to z kapitalnym zmysłem zaprzęgania spranych schematów do budowania wciąż emocjonującej nuty. Nuty dla wszystkich dziadów kochających hard rocka w stonerowym brzmieniu, z doskonałym wokalistą i świetnymi po prostu numerami o chwytliwej mocy w żywiołowym wykonaniu. Nowa płyta to żadna akcja zasługująca na ołtarzyk, ale akcja w tej sytuacji fajniutka.
niedziela, 23 maja 2021
The Quill - Voodoo Caravan (2002)
Na The Quill wpadłem wczesną wiosną roku 2002-ego, za sprawą recki zamieszczonej w owym czasie poczytnym wśród metalowej braci kolorowym, woniącym intensywnie farbą drukarską i na kredowym papierze drukowanym periodyku. Mystic Art (o nim w poprzednim urwanym zdaniu mowa) już wtedy od wielu lat uparcie drogą kupna nabywałem i chociaż nie był już to magazyn dla mego, w miarę ukształtowanego gustu w stu procentach inspirujący (inaczej niż dla smarkacza u zarania jego istnienia), to zawsze coś nowego, atrakcyjnego dla uszu można z niego było wyłuskać - nie mówiąc już o świetnych tekstach o starych, dobrych i zasłużonych o których ekipa pasjonatów tam pisała. Ale nie o tym, nie o tym tu i teraz. Tutaj wstęp był potrzebny i taki sobie z braku laku wymyśliłem, a sam The Quill mógłby być uznany za zespół który nie bardzo przez wzgląd na profil Mystica do niego pasował, więc kropka. Rzecz to dla kumatych oczywista, dla pozbawionych tej elementarnej wiedzy może pozostać wiedzą tajemną, lub jeśli pogrzebią, rozgrzebią tu i ówdzie, to błyskawicznie rozkminią do czego piję. Tak czy siak, gdyby nie ta recka, to raz, nie usłyszałbym Voodoo Caravan, dwa nie dotarłoby do mnie, że metaluchowe wyjce potrafią me serducho skraść, ale chyba jeszcze łatwiej jest zabiegać o moją sympatię grupom, które w swojej twórczości odwołują się do spuścizny hard rocka i sprawnie żenią ją z hipnotyzującym stoner rock/metalem. Teraz z perspektywy doświadczenia i wieku wiem, że był to jeden z pierwszych dla mnie sygnałów, iż retro rock wielbić będę, a przyszła inwazja formacji kultywujących taką stylistyczną formułę będzie przeze mnie przyjęta wpierw entuzjastycznie, a za moment wręcz euforycznie. Pech The Quill tkwi jednak w nieco zbyt przedwczesnym wbiciu się w nadchodzący trend, a rola jednej z kapel będących jego forpocztą zabrała mu szansę na większą rozpoznawalność. Voodoo Caravan wydany dekadę później, kiedy na nowo triumfy święcić zaczęła hard rockowa estetyka zyskałby wtedy znacznie większy poklask. Bowiem jak mogłoby być inaczej, kiedy zawartość jego to znakomita porcja retro grania, z wyraźnymi echami zamiłowania do zarówno największych ekstraligi z Black Sabbath, czy Led Zeppelin na czele, ale także innych mniej znanych legend z epoki i doprawiona kapitalnym charczącym brzmieniem a'la Kyuss, Corrossion of Conformity czy nieodżałowanego dla mnie gwiazdorskiego Down. Wszystkie najlepsze cechy powyższych w genialnie dobranych proporcjach, muśniętych własną, nie tylko naśladowczą tożsamością i spowite w pełnej rozciągłości znakomitą, rasową barwą wokalu Magnusa Ekwalla. U mnie wtedy The Quill miał równie wysokie notowania jak wielbiony przeze mnie do dzisiaj Spiritual Beggars, lecz jednym pisana była przyszłość lepsza, drugim gorsza. Nie wiem czy muzycy przyczynili się do takiego obrotu spraw bardziej niż w jednym przypadku zwykły łut szczęścia, w drugim zwykły niefart. Może przy okazji kolejnych refleksji w temacie The Quill znajdę na to pytanie odpowiedź. :)
Subskrybuj:
Posty (Atom)


