Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Sahg. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Sahg. Pokaż wszystkie posty

sobota, 27 maja 2023

Sahg - II (2008)

 

Black Sabbath, czuję Black Sabbath! Tak sobie pomyślałem, kiedy premierowy odsłuch promującego ów krążek kawałka Pyromnacer zrobiłem. Pyromnacer wówczas na mojej playliście zagościł i kręcił się intensywnie dość długo. Dzisiaj myślę, iż II to najbardziej sabbathowy wraz z I album Norwegów, powiązanych osobowo z bardzo znanymi stamtąd ekipami, ale też "dwójka" to zdecydowanie ostatni ich materiał, tak typowo wprost inspirowany legendą z Birmingham, bowiem "trójeczka" mimo że niewiele się różniła, to moim zdaniem i o czym już nie omieszkałem wcześniej na bloga stronach wspomnieć, już mocniej wpadała w koleiny żłobione równolegle przez Szwedzki Grand Magus, czy najbardziej przed ponad dwiema dekadami, wielkich ziomków i nauczycieli GM z Candlemass. Wracając do drugiej płyty Skandynawów, wówczas dla mnie w kategorii "ciekawi epigoni, przez to że ciekawi, to nie wprost epigoni" było to złoto, jednak do momentu kiedy w moje łapska wpadł debiut z kolei Amerykańskiego Orchid i nikt już nie mógł się równać im w powyższej kategorii. Orchid grał niemal jeden do jednego to co grała ekipa Iommie'go, ale z takim żarem i tak przekonująco, że Sahg zeszło w tej konfrontacji na plan dalszy, a w pełnej krasie zagościło Orchid i podkreślam, nic innego się nie liczyło. Zresztą nie żałuję, bo Sahg mimo iż próbowało wyrwać dla siebie kawałek tego postabbathowego tortu i poszukiwało też własnej oryginalnej drogi, wpierw w psychodeliczno-progresywnym retro, a obecnie w retro heavy-doomowym graniu, to tak w stu procentach jednak już nigdy później nie przekonało, a w sumie czy też II jest taka wyjątkowa jakbym kiedyś pamiętał, to się bardzo waham z tą pozytywną odpowiedzią. Jednak pewien jestem jednego! Pewien jestem, że ten wytłuszczony Pyromancer i fantastyczny obrazek do niego, to jest ten pierwszy Paranoid XXI wieku, zaraz za tym Paranoid made in Orchid - mówię tu o Wizard of War. Akurat on wygrywa, bo Orchid jak Sabbs wyglądali i na podobieństwo, ograniczony do czerni i bieli koloryt do oryginalnego teledysku Paranoid swój "Paranoid" ubrali, a Sahg poszli w okultyzm i wyrazistszymi kolorami też w obrazku sypnęli. Zresztą polecam osobiście sprawdzić!

czwartek, 30 marca 2023

Sahg - III (2010)

 

Nie mam wątpliwości i nie zawaham się stwierdzić, iż III to najlepszy Sahg w kilkunastoletniej historii grupy, obejmującej sześć studyjnych krążków. Najlepszy gdyż początkowy okres jakiego III zwieńczeniem, to wpatrzenie w archetypiczną sabbathową spuściznę i mimo że riffy nie mogły oddawać i nie oddają jeden do jednego maniery Iommie'go, to atmosfera śmierdzi jak najbardziej takąż sabbsów, głównie z czasów Ozzy'ego estetyką. Ktoś kto jest bardziej osłuchany w podobnych heavy-doomowatych klimatach, zrazu zauważy spowinowacenia także z innymi klasykami w postaci Candlemass czy bliżej współczesności wychwyci podobieństwa zastosowanej metody i zaprzęgniętych do jej realizacji technik, jakie Grand Magus bywał stosować. Sahg mimo to na trzecim albumie nie jest ani epigonem, ani nie jest kalką dzisiejszych całkiem dobrze znanych ekip, bo powyższe skojarzenia to rodzaj orientacji, gdzie Norwegów "szufladkować", a dokładnie nawigacji - kto powinien sięgnąć po ich nutę, aby na sto procent poczuć się usatysfakcjonowany. Ja lubię i szanuję akurat ten okres w działalności Sahg, bowiem w tej muzyce, na takim akurat etapie fascynacji i ewolucji stylu (może niestety jej przeciwieństwa), ten przyporządkowany estetyce diabelski mrok nie jest ani trochę groteskowo śmieszny - a to czuję, gdy akurat dwa ostatnie ich longi zdarzy mi się odsłuchiwać. Sahg i ich przypadek postrzegam z tej ponadto strony, z jakiej słyszę i nie mogę przestać czuć niesmak podczas odsłuchów innych Skandynawów, a dokładnie Szwedów z Mustasch. Zaczynali bardzo obiecująco, nawet wręcz zjawiskowo, by w którymś momencie skręcić zbyt gwałtownie w rejony tandetne i nawet jeśli ani jedni, ani drudzy nie szorowali po dnie fatalnego gustu, to jednak pozostają w mojej pamięci jako nazwy, które w całym rozrachunku rozczarowały i jak powracam (a czynię to w przypadku Mustasch bardziej regularnie), to do jedynie kilku materiałów startowych. Mustasch spisałem już w końcu na straty, pytanie ile jeszcze wybaczę Sahg - na ile taka fajnie wspominana trójeczka im mojej cierpliwości i przywiązania mojego zapewniła. 

czwartek, 16 lutego 2023

Sahg - Born Demon (2022)

 

Wydaje się iż nowy i z zaskoczenia pojawiający się krążek Sahg, to taka konstrukcja gatunkowa, której jeden czy dwa odsłuchy mówią już niemal wszystko o nim samym i nie ma konieczności poświęcać czasu na wgryzanie się do jego wnętrza, tylko słuchać jakby to było granie od lat maniakowi znane, bo wszystko w nim raczej na wierzchu. Nie napiszę, że poprzedni album wymagał takowych długotrwałych zabiegów, ale na początku istnienia Sahg, to nie był tak najzwyczajniej ofensywnie heavy-doomowy twór, jaki własną tożsamość buduje przede wszystkich na typowych dla estetyki wyrazistych melodiach, solówkach mocno przewidywalnych i wreszcie riffach odpowiednio jednak mięsistych, aby całość przesiąknięta być mogła demonicznym mrokiem i ciężarem. Chcę przez to powiedzieć, iż Sahg przeszedł drogę od sfuzzowanego occult rocka, przez mniej occult, a bardziej rocka całkiem progresywnego (a na pewno kombinowanego na Delusions of Grandeur), do akurat mnie nazbyt nie interesującej hybrydy heavy metalowej, najbardziej popularnej oczywiście w latach osiemdziesiątych. Hybrydy trzeba przyznać zgrabnej aranżacyjnie, bo numery z Born Demon bardzo przyjemnie się wciąga i w tych mniej galopujących fragmentach blisko Norwegom do kilku, szczególnie tym zaśpiewanym z podniosłą heavy manierą płytom legendarnego Candlemass. Born Demon spostrzegam także jako zdecydowana zwyżkę formy po niezbyt udanym poprzedniku, a jak słychać te sześć lat dzielące owe materiały został przez ekipę Sahg oprócz przetasowań w składzie, do konstruktywnych przemyśleń wykorzystany, a nowe numery doszlifowane. Niemniej jednak jakbym nie oddawał sprawiedliwości jej zawartości nie wróżę jej zbyt częstych, a na pewno następujących po sobie w licznych ilościach odtworzeń, bowiem jak dałem już powyżej do zrozumienia to nie pora u mnie na fascynację heavy-doom metalem. Ale fani po trosze walców i galopadek mogą być usatysfakcjonowani, a nawet zachwyceni, gdyż obiektywnie rzecz biorąc Sahg w tej kategorii nagrał bardzo dobre numery. 

środa, 19 października 2016

Sahg - Memento Mori (2016)




Melduję, że w międzyczasie (to jest od wydania ostatniej do tej pory produkcji sygnowanej nazwą Sahg) ciśnienie na tą ekipę we mnie się radykalnie obniżyło. Nie czekałem z napięciem na nowy album i nieco wieść iż Memento Mori już na rynku hałasuje mnie zaskoczyła. Bez większego entuzjazmu, będąc szczerym bardziej niż zwykle, wyłącznie z kronikarskiego obowiązku, gdy okazja na sprawdzenie zawartości się nadarzyła ją przesłuchałem i cóż!? Wstęp w postaci Black Unicorn narobił mi chwilowego apetytu swym masywnym riffem i psychodeliczna atmosferą, a ospałe zwrotki i mocny, majestatyczny refren wkręcił się pod czachę zmuszając do nucenia. Takie w miarę pozytywne odczucia podtrzymały trzy kolejne numery - choć stylistycznie nieco odmienne od otwieracza to jednak całkiem ciekawe i co ważne, gdy bez ochoty album katuje na swój mroczny sposób chwytliwe. Niestety jak na wstępie dałem do zrozumienia, ten efekt miłego zaskoczenia prędko uleciał i już od połowy materiału, czyli od Sanctimony notowałem zjazd Norwegów po równi pochyłej, pogrążający krążek w jałowej nijakości. Zakończony wszakże niezłym zamykającym numerem całość, lecz nie poprawiającym ogólnego wyniku testu zbyt radykalnie. Oto chodzi że jakby muzycy Sahg nie próbowali aranżacji urozmaicać to i tak mnie nudzili i przekonać do Memento Mori nie potrafili. Pewnie wśród tych co nazwę znają i od początku śledzą poczynania ekipy kilku w środowisku metalowym znanych muzyków, znajdą się tacy którzy na jednym wydechu euforycznie wyliczą zalety najnowszej płyty. Ja tylko ze sporego dystansu przyznam, iż to nieco odmienny materiał od poprzedniczki, mniej złożony, bardziej bezpośredni któremu bliżej surowej estetyce doom metalu niż progresywnego okultystycznego rocka. Ponury i nasączony gęstą atmosferą niepokoju, lecz i to chyba powód fundamentalny mojego rozczarowania, nieznośnie przewidywalny, szablonowo wręcz miałki - w zbyt licznych fragmentów wywołujący ziewanie. Może to już nie liga dla mnie? Aby to sprawdzić zarzucę sobie te wczesne krążki Sahg które wówczas w połowie pierwszej dekady nowego tysiąclecia zwróciły moją uwagę. Ciekaw jestem co o nich z perspektywy czasu napiszę.

czwartek, 14 listopada 2013

Sahg - Delusions of Grandeur (2013)




To już trzecia z kolei produkcja pochodzącego z krainy fiordów ansamblu Sahg, która to w ścisłej czołówce kapitalnych dla mnie albumów swoje miejsce odnalazła. W składzie Sahg licznie reprezentowana różnorodna norweska scena metalowo-rockowa. Nie będę jednak się tu rozpisywał kto i w jakiej znanej wtajemniczonym formacji sobie pogrywa, bo jak muza sama w sobie dobra jest to kwestia nazwisk drugoplanowa. Przejdę więc do meritum i po zaledwie dwóch tygodniach intensywnej znajomości z krążkiem wyrażę swój zachwyt nad jego zawartością. Faktem jest, że spodziewałem się niespodziewanego, takiego dryfu w stronę eksperymentów, w przypływie pesymizmu rozczarowania ich nieudanymi próbami. Szczęśliwie, co okrutnie mnie cieszy, otrzymałem pozytywne zaskoczenie. A co mnie tak w detalach na tym albumie pochłonęło? Rozjeżdżające się kosmiczno-psychodeliczne w klimacie rozmyte riffy, solówki, które w stronę Mastodona wyraźnie ewoluują, nadal gdzieś majaczące inspiracje legendą z Birmingham oraz to progresywne zacięcie sprawiające, że Delusions of Grandeur smakuje się, odkrywa, niemal zdobywa wysiłkiem intelektualnym. Dodatkowa jego moc tkwi w różnorodności muzycznej spiętej klamrą firmowego już stylu, formie konceptu odnoszącego się bezpośrednio do kultowej Odysei kosmicznej 2001 Stanley’a Kubricka. I żeby nie popaść już w zupełny hymn pochwalny muszę dodać łyżkę dziegciu do tej beczki miodu, bo pomimo ogólnej świetnej w odbiorze roboty jaką wykonał wokalnie Olav Iversen, w jednym fragmencie wyraźnie nie dał rady. To ten moment podczas Ether, gdy wyraźnie zabrakło mu skali. Anty śpiew jakiemu hołduje oczywiście zdecydowanie specyficzny, w związku z czym pewnie wielu przypaść do gustu nie może. Ja jednako łykam taką manierę niemal bezkrytycznie, bo idealnie wpisuje się w klimat Delusions of Grandeur – kapitalnie dopełniając odjechaną atmosferę albumu. Bezwzględnie teraz to dla mnie silny punkt na mapie premier dobiegającego roku 2013-ego, a co szczególnie napawa optymizmem, każda kolejna z nim podróż przynosi coraz to nowe doświadczenia estetyczne. Zaiste to bardzo perspektywiczne nadal dzieło.

Drukuj