Nie trafiłbym na Pamiętnik nastolatki gdyby Marielle Heller nie nakręciła już po nim wspaniałych dwóch perełek i byłaby to dla mnie strata, bo świetne w połowie obyczajowe, a w połowie dramatyczne kino przeszłoby mi koło nosa, przez nikczemnie słabą jego promocję. Pamiętnik jest bowiem mega, choć nie tak mega jak Czy mi kiedyś wybaczysz? i Cóż za piękny dzień, bo ogólnie mega filmy robi Heller, gdyż wybiera mega tematy i mega je oprawia w taki podobny do stylu Jasona Reitmana fason filmowy, czyli mega poważnie ale też do śmiechu mega i tak by widz przez całą projekcję oglądając najzwyczajniejsze życie bohaterów nie mógł od nich oderwać wzroku, bowiem ta zwyczajność niezwyczajnie obrobiona. Prawda że mega? :) W sumie to dojrzałe ojcostwo powinno się jednak obruszyć, kiedy o "romansie" nastolatki z facetem jej matki opowiada i pisze się jako o czymś zwyczajnym, gdyż naturalnie jeśli takie akcje miały/mają lub mogą mieć miejsce, to nie masowo na szczęście. Jednako jakim by nie były tematem tabu i w jakim natężeniu nie występowały, to nie są żadnym wymysłem, a sama Heller tutaj nie traktuje tego kazusu jak wzór do naśladowania, a oczywiście wręcz przeciwnie, jako przestrogę oraz obiekt czy doświadczenie do ciekawej psychologiczno-socjologicznej analizy z perspektywy burzliwego dorastania i dojrzewania fizycznego oraz mentalnego. Nie ma więc obaw, że obsesyjnie szokuje obscenicznymi scenami, bo to nie o to chodzi by prowokować obrazem, ale by zrozumieć przyczyny i motywacje, a dokładnie tak je opisać aby zamiast oceniać spróbować zracjonalizować je z empatią. Nie cenzoruje i wprost nie wartościuje (może i coś sugeruje ale) widzowi pozwala wyciągać wnioski i zgadza się z autorką noweli obrazkowej która tutaj wykreowała podstawę scenariusza, aby bohaterka podejmowała głupie czy zwyczajnie fatalne w konsekwencji decyzje oraz konfrontowała się z nimi we własnym sumieniu i burzliwych relacjach z najbliższym otoczeniem. Stąd to niełatwe dorastanie w szalonych latach siedemdziesiątych, gdy sami rodzice nie bardzo świecili dobrym przykładem, to też rodzaj demitologizacji beztroskiej kolorowej epoki kształtującej współczesną obyczajowość i popkulturę. Czasu miękkich i twardych dragów, rewolucji seksualnej i idącej wraz z nią rzecz jasna wczesnej inicjacji oraz często kończącej się tragicznie rozwiązłości w kontaktach cielesnych, więc to żaden przypadek iż akurat San Francisco było doskonałym miejscem aby zrobić odpowiednie tło i docelowo bez szczęśliwie nachalnego fanatycznego moralizatorstwa przestrzec przed jednym krokiem za daleko. Finał tej historii fartownie jest więc mimo wszystko pozytywny, choć niewiele brakowało, a mleko kompletnie by się rozlało i blizny byłyby znacznie większe.
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Marielle Heller. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Marielle Heller. Pokaż wszystkie posty
środa, 1 lutego 2023
poniedziałek, 17 lutego 2020
A Beautiful Day in the Neighborhood / Cóż za piękny dzień (2019) - Marielle Heller
Po raz pierwszy z postacią Pana Rogersa zetknąłem się jak tylko spostrzegłem, że Marielle Heller (wspaniały Can You Ever Forgive me?) nakręciła nowy film i naturalnie z miejsca byłem mocno nim zainteresowany. Szybki rzut oka na pierwsze doniesienia i dopiero przed bodajże dwoma tygodniami trafiłem przypadkiem na telewizyjny dokument przybliżający znakomicie osobę Freda Rogersa. Z tą bogatą już wiedzą i z dużymi oczekiwaniami przystąpiłem ochoczo do sprawdzenia najnowszej pracy niezwykle utalentowanej reżyserki i nie zawiodłem się ani odrobinę. A Beautiful Day in the Neighborhood, to niezwyczajna biografia, bowiem postać którą przybliża jest wdzięcznym pretekstem do praktycznego zgłębiania znaczenia najważniejszych wartości i oczywiście sama w sobie jest wspaniałym obiektem do przybliżenia widzowi. Pan Rogers posiadał urzekający dar, niemal eterycznie magiczną moc ludzi uwrażliwiania. Starał się z sukcesem przez wiele lat za pośrednictwem prowadzonego przez siebie programu telewizyjnego wyposażać dzieci w pozytywne metody radzenia sobie z uczuciami. Świadomie wyrażać swój gniew, dążyć do równowagi i harmonii - co jak sam twierdził wymagało od milusińskich wielkiej pracy i ustawicznych ćwiczeń. Przekazywał prostą filozofię ciepłymi metodami, uczył iż ze wszystkim o czym mówimy możemy sobie poradzić, byle by interakcja empatycznym dialogiem była powiązana. Nakierowywał by dorośli przypominali sobie jak to było z nimi gdy pierwsze doświadczenia z emocjami przeżywali i wszystkie wnioski kolekcjonowane, które żyją w ich świadomości wykorzystać w sposób konstruktywny, pomagając własnym dzieciom i zarazem sobie samym. To ostatnie doświadczenie jest właśnie równorzędnym wątkiem w tej wzruszającej historii człowieka z sercem na dłoni - że z rozmysłem opowieść o Panu Rogersie schodzi na drugi plan, kiedy praktyczny wymiar jego oddziaływania na otoczenie zostaje uwypuklony. Pan Rogers poznaje Pana Vogela i rozpoczyna się trudna walka z demonami człowieka przez los i świat dorosłych skrzywdzonego. Człowieka tkwiącego w permanentnym poczuciu winy i uparcie złość w sobie pielęgnującego. Marielle Heller terapię oczyszczającą dusze okiem kamery śledzi, niezwykle ciepło o przebaczeniu piękną balladę snuje. Uczuciowo i z ciekawym pomysłem mądrą przypowieść w błyskotliwej formie scenariusza osadza, konstruując tym samym przemyślaną formę o pokaźnej wartości zarówno pierwiastka artystycznego, jak i przede wszystkim wartości edukacyjnej. Świetnie wykorzystuje rolę muzyki w tle i makiety nawiązujące wprost do estetyki programu Pana Rogersa, używając ich jako plastycznych łączników pomiędzy scenami. Nie ucieka przed złożonym przedstawieniem problematyki relacji pomiędzy członkami rodzin bohaterów i robi to z wdziękiem, ogromną dojrzałością i dyskrecją. Pomagają jej w tym fantastyczne kreacje aktorskie w licznych wzruszających scenach, w których kamera idealnie wychwytuje subtelne drobiazgi w kunsztownej mimice przede wszystkim Toma Hanksa i partnerującego mu udanie Matthew Rhysa. Obejrzałem dotychczas dwa filmy Marielle Heller i obydwa darzę miłością głęboką i czystą, a samą Marielle uznaję bez odrobiny przesady za genialną specjalistkę od poruszająco-lirycznego opowiadania prawdy o dobrym człowieku. Polecam gorąco ten seans - nie obawiajcie się na dwie godziny zrzucić z siebie ciężkiego ochronnego pancerzyka. Bez obaw przeżywajcie, z tego dobra bez umiaru korzystajcie. :)
czwartek, 14 lutego 2019
Can You Ever Forgive Me? / Czy mi kiedyś wybaczysz? (2018) - Marielle Heller
Mam już teraz swoją osobistą faworytkę do oscarowych laurów za pierwszoplanową rolę! Nie jest to
jednak Olivia Colman ani tym bardziej Lady Gaga, chociaż pierwsza w zdecydowanej opinii
koncertowo odegrała postać Królowej Anny, a druga w swoim debiucie sprawiła naprawdę solidną
niespodziankę. W moim odczuciu jednak na statuetkę najbardziej zasłużyła Melissa McCarthy za wyborną, wręcz komedio-dramatyczną rolę zapomnianej pisarki Lee
Israel. Zdaję sobie jednakże sprawę z faktu, iż obrazy, w których zagrały
wymienione powyżej Panie z większym impetem przez kina przeszły i ślad po sobie
pozostawiły bardziej wyraźny. Mimo tego ja akurat kciuki trzymał będę za Melissę
i gorąco wierzył, iż w tym roku triumfy święciło będzie słodko-gorzkie kino reprezentowane
najdoskonalej przez Green Book (urzekający Viggo!), niesłusznie pominiętego w oscarowym rozdaniu The Old Man & the Gun i właśnie Can You Ever
Forgive Me? Oparta na faktach historia zapomnianej, nieco zgorzkniałej pisarki, będącej w dołku zarówno finansowym jak i psychicznym, to wspaniały przykład
pięknego kina w starym dobrym stylu. Takiej klasycznej nostalgicznej ballady, pełnej zarówno smutku jak i poczucia humoru. Urokliwie podanej wizualnie, bo
zatopionej w brunatnej kolorystyce – z wyczuciem estetycznym odpowiednio przycieniowanej i przydymionej. W atmosferze muzycznych standardów jazzowych i swingowych, w
dodatku z uroczym wykorzystaniem charakterystycznych właściwości i cech
skrytego, drugiego (tego intelektualnego) życia Nowego Jorku. Can You Ever
Forgive Me? to rozkosz dla oczu, uszu i intelektu, to cudownie ukazany dziennik z życiowej podróży w obrębie kilku przecznic - od
mieszkania do pubu, biblioteki, antykwariatu i z powrotem. Jak wspomniałem wcześniej, słodko-gorzka ballada o życiu prawdziwym gdzieś na uboczu.
Chwilowo udanej próbie odbicia się od dna, odnalezieniu inspiracji i sposobu na
wykorzystanie własnego talentu. Wyplątanie się z depresyjnej spirali poprzez „artystyczne”
działanie i trudną przyjaźń. Marielle Heller zaproponowała hipnotyzujący powrót do korzeni, zrobiła z intuicją piękne liryczne kino skupione na człowieku, z newralgicznym,
lecz absolutnie nie pryncypialnym wątkiem natury kryminalnej i tym samym ściągnęła na siebie moją bardziej wzmożoną uwagę.
Subskrybuj:
Posty (Atom)


