Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Witchcraft. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Witchcraft. Pokaż wszystkie posty

niedziela, 1 marca 2026

Witchcraft - Idag (2025)

 

Poślizg konkretny w przypadku nowego albumu Wichcraft tutaj u mnie. Odstawiłem kompletnie bowiem projekt (kiedyś zespół, dzisiaj chyba bardziej indywidualny kaprys Magnusa Pelandera) - bez śledzenia, bez zainteresowania. Prawdę mówiąc byłem przekonany, iż stracił się on nie tylko z pola mojego widzenia, lecz przestał istnieć w ogóle. Okazuje się jednak, iż Magnus trwa i co ciekawe oraz przede wszystkim moja uwagę przyciągające, obecny krążek wraca do korzeni elektrycznych i co by o jego całościowej jakości nie napisać - trzeszczy i smrodzi przyjemnie najlepszymi starymi piecami. :) Witchcraft ponadto znowuż wydaje się jest drapieżnie okultystyczny, trochę po szwedzku, trochę po angielsku Pelander melodycznie recytuje co ma do powiedzenia. Ja nie kryje zaskoczenia na plus wyraźnego, gdyż nie byłem przecież (dałem już do zrozumienia) szalikowcem z poprzedniego albumu muzycznej koncepcji - patrz przekornie ochrzczony Black Metal. Znacznie bardziej szanuje powłóczyste riffowanie na fundamencie szorstkiego, organicznego brzmienia, gdzie prócz stonerowego przesterowania, pojawiają się zagrywki tak rodem z mniej skomplikowanego quasi jazzu czy jeszcze dla odmiany jakiegoś bardziej zapiaszczonego swingu or boogie. Nie przerzucam w takiej konstelacji także skrętów w stronę akustycznych nieco przyśpiewek folkowych, bo Witchcraft to też skojarzenia z przeszłością - podania, legendy i tym podobne. Kręci się zatem Idag u mnie całkiem sprawnie i szczególnie te numery z części angielskojęzycznej, gdzie czuć ducha sabbathów (Irreligious Flamboyant Flame - tak tak, bardzo blisko archetypicznej ery Ozzy'ego), czy Electric Wizard (riff Spirit taki taki właśnie), one wzbudzają moją największą sympatię. Finalnie jednak jest w tym rodzaj bałaganu aranżerskiego, czy coś w stylu nieprzepracowania i niedopracowania, a tym samym braku precyzyjnego spasowania elementów wpływających na jakość formy, więc myślę iż na dłużej z Idag to się nie zaprzyjaźnię. 

piątek, 25 września 2020

Witchcraft - The Alchemist (2007)

 


Wypełzli z powodzeniem z proto doom rocka i te dwa inaugurujące ich istnienie krążki, które zanim The Alchemist powstał nagrali przypisały im wysoki status na scenie retro okultystycznej. Tyle że kiedy wówczas (w roku 2004-ym i kolejnym) stylistyczne wycieczki do grania muzyki sprzed czterdziestu lat mogły być odbierane w kategoriach ciekawostki o paradoksalnie świeżości posmaku, to już wkrótce zasiew na retro scenie był tak intensywny, że nawet tacy dla nowej fali zasłużeni prekursorzy mogli zatonąć w morzu obfitości. Tak myślę się stało, a dzisiejszy status Witchcraft i pomysły jego lidera na odnalezienie osobistej niszy tylko potwierdzają tezę, w której zasadność tak samo wtedy (rok 2007), jak dzisiaj żarliwie wierzę. Przepraszam miłośników Witchcraft, ale odbyte przed momentem odsłuchy The Alchemist choć naftaliny woni nie rozniosły, to obnażyły zasadniczy problem jaki z tą grupą pewnie ze sporą rzeszą fanów szeroko postrzeganej retro mody dzielę. Bowiem wszystko to co u podstawy fajnej zabawy w epigonów w przypadku ekipy Magnusa Pelandera gra znakomicie (z epoki brzmienie, szacunek do kopiowanej materii i świetna znajomość powielanej stylistyki), to oprócz wymienionych reszta jest nazbyt zachowawcza, przez co chłopaki z Örebro nie mają startu do najbardziej ekscytujących wyznawców sabbathowo-pentagramowej estetyki. Orchid który mam na myśli wyrywał z aksamitnego fotela (cisza u nich teraz, ale mam nadzieję że będzie jeszcze wyrywał), a Witchcraft nie wyrywa - mimo że szyje przecież całkiem dobre numery. Dobre w znaczeniu zgrabne, dobre w znaczeniu przewidywalne - no cóż. W każdym bądź razie nie popłakiwałem nocami, wiedząc że Pelander idzie współcześnie (swoją drogą dość zaskakująco intrygująco) w kierunku akustycznym, bo na tak wiele jak od Orchid od Witchcraft nigdy nie liczyłem. The Alchemist zauważam tylko jako zmaterializowany efekt pasji Pelandera - w tym konkretnym przypadku archiwizacyjnie rzecz biorąc, jako pomost pomiędzy doomowymi początkami, a późniejszym częściowym zerkaniem w kierunku swawolnego rock'n'rolla (patrz Legend) i jeszcze późniejszym niepewnym obwąchiwaniem się z eksperymentami, bądź bardziej, jak jestem skłonny stwierdzić nieco unowocześnionym zawróceniem na pozycje sprzed właśnie The Alchemist. Posłucham tego albumu teraz jeszcze raz i nie cisnę z odrazą na dno szafy, ale nic więcej ponad to. 

niedziela, 31 maja 2020

Witchcraft - Black Metal (2020)




Nie śledziłem od dłuższego czasu co tam w obozie Witchcraft piszczy i w sumie to w tym momencie moja wiedza co od czasu Nucleus (2016) wokoło i wewnątrz grupy uległo przemianie, nie została do dzisiaj zbytnio wzbogacona. Wiem już teraz tylko, że nowy krążek pod szyldem zespołu został nagrany, a jego formuła mocno zaskakująca. Gdyż tak się składa, że na track listę (chyba przekornie zatytułowanego) albumu składają się wyłącznie kompozycje akustyczne - zagrane jeśli mnie słuch nie myli na jedną gitarę i wokal lidera. Stąd zanim z naturalnej ciekawości sprawdziłem o co w tym przewrocie chodzi i kto za nim właściwie stoi, pomyślałem że musi to być chyba owoc znaczących zmian w obrębie grupy, z dezercją, bądź wystawieniem za drzwi przez lidera reszty członków grupy. Czy to trudny jego charakter, czy też kwestia zupełnie innych planów życiowych członków ostatniego (ustawicznie zmieniającego się składu) spowodowały, iż obecnie Witchcraft to Pelander, a Pelander to Witchcraft akurat mnie nie interesuje. Mnie interesuje tylko jakiej jakości pod tą w okultystycznym retro rocku zasłużona nazwą będę doznawał i czy już na stałe bez prądu plumkanie będzie na krążkach tej nowej odsłony Witchcraft gościło. Jeżeli to jednostkowa sytuacja, to przyznaję, ze będąc dość z początku sceptyczny, teraz po kilku odsłuchach uznaję, iż rękę do świetnych prostych aranży ma Pelander znakomitą, a efekt uzyskany brzmi tak jakby człowiek od wielu lat żył z grania solowego w formule pieśni o "bardowskiej" proweniencji. Tyle że jeśli każda kolejna studyjna inicjatywa będzie tak kameralna, to lepiej by już teraz było, gdyby pod nazwiskiem kierownika tego zamieszania ta twórczość była wydawana. Mam ja bardzo teraz mieszane odczucia, jakoby taki rzucający z pasją zaklęcia grajek pojedynczy z gitarą, talentem do pisania mrocznych ballad oraz ciepłą barwą głosu podobał mnie się bardziej niż myślałbym, to cholera tęskno też do Witchcraft w tym tradycyjnie elektrycznym wydaniu. To też fajnie i niefajnie zarazem, aliści można było upiec dwie pieczenie na jednym ogniu i sprawić by wilk był syty i owca cała, a nie przeprowadzać taką cichą rewolucję, która stawia istnienie pierwotnej konfiguracji pod bardzo dużym znakiem zapytania.

czwartek, 18 lutego 2016

Witchcraft - Nucleus (2016)




Myliłem się ostatnio zakładając, iż Witchcraft stać już przy następcy Legend na taki cios, który by pozycją moich największych retro rockowych faworytów zatrząsł. Staż na scenie w porównaniu do większości moich ulubionych ekip z tej stylistycznej niszy posiadają większy, lecz ich aktywność studyjna dużo mizerniejsza. Twór to w rodzaju tych enigmatycznych sterowanych przez jednego, niepodważalnego lidera, który w przypływie inspiracji, kaprysu jakiegoś postanawia efekt swojej artystycznej kreacji na krążku zamknąć. Niestety po kolejnych kilku latach ciszy Magnus Pelander z nową ekipą (prawdopodobnie najemników - nie mam pewności, nie jestem aż tak wtajemniczony) powraca z albumem co statusu jego dziecka w mojej prywatnej hierarchii nie zmieni. Cenię Witchcraft, ale jak do tej pory w przesadną euforię przy okazji wydawanych albumów nie popadałem. Nie odmieni tego podejścia również Nucleus, bo po kilku przesłuchaniach jawi się on w mojej ocenie jako bardzo dobry aczkolwiek niedotknięty „palcem Bożym”, czy kciukiem tfu, kopytem względnie rogiem inszej siły wyższej. :) Szału znaczy nie ma, jest solidnie z kilkoma mniej lub bardziej wyraźnymi różnicami w stosunku do krążka z roku 2012-ego. Więcej na tegorocznej produkcji ekstatycznych, wręcz histerycznych wokaliz jak i uparcie stylizowanych na archaiczne brzmień z pogranicza folku i muzyki dawnej. Liczniejsze fragmenty quasi doomowe i ogólnie bliżej do posępnego occult niżby swawolnego retro rocka - czyli na miejscu byłoby tu stwierdzenie, że świadomie nawiązują tu do starszych nagrań niżby się utożsamiali z formułą z Legend. To zdanie poniekąd prawdziwe, lecz nie ma mowy by skandynawska ekipa całkowicie zwróciła się w kierunku korzeni. Nucleus to taka hybryda tych cech które największą przychylność zwolenników im zapewniły, ale też nie kroczy tutaj Pelander sprawdzoną, udeptaną ścieżką unikając całkowicie ryzyka, czy cyzelując formułę pod dyktando słuchacza. Mnie jednako obecne oblicze formacji nie porywa i pełnej satysfakcji nie dostarcza, ale dla jasności przypominam - nigdy fanem Witchcraft się nie tytułowałem. Zakładam natomiast, że zdeklarowani admiratorzy Szwedów powinni być zawartością świeżego longa ukontentowani, bo siląc się na obiektywizm powtarzam, iż muzycznie wartościowy to krążek.

sobota, 29 czerwca 2013

Witchcraft - Legend (2012)




Pięć lat niemal zupełnej ciszy w obozie Szwedów, kazało zadawać sobie pytanie czy taki twór odszedł w niebyt w momencie kiedy właśnie od kilku lat panuje ożywione zainteresowanie stylem który reprezentują. Rozsądek podpowiadałby, że to odpowiednia chwila aby powrócić z nowym materiałem, chyba że Witchcraft nie mając dobrego pomysłu na krążek wolał zaginąć w otchłani, niż wychylać się z propozycją, która w konfrontacji poległaby na polu walki. Odpowiedź już jest! Poddać się, nie poddali, powrócili w barwach wytwórni, która wyczuwając boom na retro granie ściąga do siebie liderów konwencji. Album nagrali co ani nie zaskakuje ani nie rozczarowuje. Potwierdza klasę formacji kompozycjami solidnymi w wielu miejscach wręcz błyskotliwymi. Charakter twórczości Witchcraft zawsze posiadał pewien pierwiastek odróżniający ich zdecydowanie od innych liderów nurtu. Taka trudno opisywalna aura roztaczająca się nad wszystkimi albumami jest obecna również na Legend, jednak ubrana została w brzmienie zdecydowanie bardziej nowoczesne. To taka hybryda archaiczności i nowoczesności w tym przypadku robiąca wrażenie spójności, nie sugerująca pytania o wahanie się grupy po której stronie stanąć. Efekt solidny uzyskali i choć w ostatnim czasie na czoło konkurencji, gdzie prym w mojej prywatnej ocenie wiodą Orchid, Graveyard i Rival Sons nie wskoczyli, to dużym moim uznaniem nadal się cieszą i myślę, że stać ich przy kolejnej okazji na cios, który powyższymi kapelami zatrząść może!

Drukuj