Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Gabriele Muccino. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Gabriele Muccino. Pokaż wszystkie posty

wtorek, 28 lipca 2026

Le cose non dette / O czym sobie nie mówimy (2026) - Gabriele Muccino



Okej, okej, jestem zdecydowanie bardziej na tak, niż na nie, gdy należy podsumować efekt oddziaływania tejże włoszczyzny na gust filmowy, te słowa w klawiaturę wbijającego kolesia. Muccino raz mi leży i jestem nieomal zachwycony, innym razem z jego sposobem filmowego spostrzegania mi nie po drodze, a jeszcze pojawiały się do tej pory sytuacje, gdy raczej jego obraz z początku rezonując, to finalnie z czasem przelatywał, gdyż dostosowywał mocne tematy do poziomu hollywoodzkich stanów przeciętnemu widzowi przyjaznych - patrz przykładowo na Siedem dusz i W pogoni za szczęściem. Obecna produkcja, na potrzeby tekścicha nazywana bieżącą, jest bliżej tego co ponad ten stan wyrastało, a kojarzy mi się z takimi fajnymi rzeczami jak W domu wszystko ok. i Najlepsze lata, a i w moim odczuciu na pewno stanowi rodzaj rekompensaty za katorgę podczas ostatniego jak dotąd od rzeczonego seansu Do samego końca. Zaczyna się niewinnie, dalej wiarygodnie eskalując. Włoskie emocje narastają i potrafią w momentach newralgicznych wręcz zdmuchiwać, bo to też rodzaj makaroniarskiego ekspresyjnego chaosu, w którym swoje miejsce naturalnie posiada poetyka namiętności, fikuśnie zmysłowo melodramatyczna - może dla wrażliwców o wyższych potrzebach artyzmu, nieco przesadna. Z pozoru, gdy lukamy z perspektywy startowego rozwijania tematu, więcej w nim lajtu, niż siarczystego dramatu, ale należy dać czas fabule by nabrzmiała i od kulminacji poczęła wybrzmiewać ekstatycznie poruszająco-przestrzegająco. Bowiem Muccino bieżący jest dobrze napisany, rozpędzający się i wbijający z impetem w finale świadomie w spodziewaną ścianę. Kończy się wówczas już stanowczo, zabawny jego charakterek, jakaś przekorność i puls urlopowej beztroski - bez rezygnacji jednako z piękna egzotyki miejsca i czaru światła. One pozostają i do ludzkiej tragedii, dodają kontrastowego kolorytu, tak jaskrawo metaforycznie, jak wprost dobrze sytuowani, dobrze ubrani i zadbani, ideolo (wzory zadowolenia) bohaterowie, tracąc grunt pod nogami i stając się bezbronnymi, bezradnymi pośrednimi ofiarami własnych zaniedbań i pokus. To jest mocne, to jest intensywne i to sprawia, że postaci dosłownie, a alegorycznie lokacje, celnie odzwierciedlają labirynty ludzkich emocji.

P.S. Dla Caroliny Crescentini nominacja do większych laurów w kategorii mega dobrze zagrana histeryczka by się należała, a dla Muccino obok uznania ogólnego, jeszcze plus duży za konkretne wyciągniecie przed orkiestrę figury bystrej i pyskatej ofiary jej nadopiekuńczości.

środa, 5 marca 2025

Fino alla fine / Do samego końca (2024) - Gabriele Muccino

 

Oceny nie zachęcały, one wybijały raczej pomysł konfrontacji z głowy, ale ja to zawsze swoje i jeszcze Gabriele Muccino, to nazwisko całkiem interesujące pośród reżyserów. Oczywiście interesujące względnie, w kategorii mocny środek stawki, przez moment z szansą na coś więcej. Patrzę zatem i widzę sycylijskie wybrzeże, takie zachwycające, że każda babeczka by oszalała i tą miejscową kawalerkę w zmysłach wkraczających w dorosłość kobiet mocno mieszającą. Młoda Amerykanka poznaje takich na skalnym klifie i wbija z nimi w nocne miasto - będzie to dobra zabawa czy kłopoty? Idzie dziewczyna na całość, wir ja porywa, bo jej już kompletnie główce jeden lovelas zawraca i zaraz okazuje się, że to typek z grupki raczej typków spod ciemnej, a na pewno nie takiej jasnej jakby się spodziewała gwiazdy - powiązanych z brutalnymi sytuacjami. Niby akcja jest wartka, sporo nakręconej dynamiki i nawbijanego, wynikającego z kolejnych zdarzeń dramatyzmu, ale nie wciąga, nie łapie człowiek (ja ja ja) z postaciami flowu i wszystko wydaje się takie powierzchowne. Nie czułem tego, nie zależało mi jak się ta przygoda, może koszmar dla Kalifornijki zakończy, więc kiedy zrobiło się już mega dla niej gorąco (bowiem wpadła w gówno po uszy), to nie było mi przykro i tylko dlatego iż sama się o to nierozważna prosiła, ale że Muccino mnie ze scenariuszem i postaciami nie zszył, a ta tragiczna szybka miłość ani częściowo nawet nie wzruszyła, ani tym bardziej poruszyła. Może to też trochę to startowe nastawienie, że niczego wyjątkowego się nie spodziewałem? 

czwartek, 8 lipca 2021

Gli anni più belli / Najlepsze lata (2020) - Gabriele Muccino

 


Czuję się tylko umiarkowanym zwolennikiem reżyserskiego talentu Gabrielle Muccino, gdyż ten włoski filmowiec znany w szerszym światowym kontekście miał swoje dwa hollywoodzkie epizody, które całkiem sporą popularność zdobyły, lecz mimo wysokiej jakości trudno je było nazwać dziełami. Ostatnio jednak Muccino kręci w swojej ojczyźnie i szczególnie za sprawą bardzo zgrabnej opowieści o włoskiej rodzinie z roku 2018-ego (A casa tutti bene) rozbudził moją większą dla niego sympatię. Zatem kiedy zauważyłem informację, że coś nowego jest sygnowane jego nazwiskiem, to niezwłocznie chciałem sprawdzić i jak widać sprawdziłem, czy warto i czy podtrzymał dobrą minimalistyczną tendencję wzrostową. I tu cholera zamiast pełnej satysfakcji poczułem drobne rozczarowanie, bo Najlepsze lata jako retrospekcyjna obyczajówka z dramatycznymi podtekstami okazała się tylko poprawna, a we fragmentach dość nużąco zwyczajna, czy też szczególnie w pierwszej fazie irytująco przez wzgląd na włoską krzykliwość i zbyt intensywne tempo pusta. W założeniach zapewne miało wyjść po części epicko (bo historia przefruwa przez kilka dekad), dramatycznie (bo fabuła ma sporo zakrętów), poważnie (gdyż traktuje o prawdziwym życiu), jak i rozrywkowo (gdyż formuła ma swoją lekką także charakterystykę). Wyszło jednak tak, że historia dorastania, dojrzewania i karier zawodowych kilku przyjaciół opowiedziana wprost do kamery z perspektywy lat i osadzona w znanym (w sensie kojarzącym się, a nie dosłownym) tle społeczno-historycznym wypada po prostu bardzo chaotycznie. Nie pomaga jej pomysł by korzystając ze skrajnych ścieżek stylistycznych zespolić je w bardzo klasycznie świadomą formę. Ta forsowana przez doświadczonego Włocha forma bowiem ma wadę, a nią to, że nie lepi się mnie jako widzowi, a rozjeżdża i trudno tak bezgranicznie pozwolić wkręcić się w jej klimat. Jest to w mym zasadniczym odczuciu film nieprzekonujący i słabo na emocje oddziałujący, a przecież powinno być zgoła inaczej. Można rzecz jasna wyczytać z niego oczywistości o przemianie (tu podaje szybkie spostrzeżenia) - od lekkoducha naiwniaka do cynika, od romantyka do introwertycznego zgorzknialca, czy od rozpuszczonego dzieciaka do moralizującego aktywisty frustrata i wszystko z perspektywy mijającego czasu. Można też odczytać zaproponowaną historię wprost jako pozbawioną głębszej filozofii i psychologii, nastawioną na uniwersalnie proste doznania opowieść o krętych ścieżkach życia postaci, które dostarczają bohaterom doświadczeń wiele i te osobiste przeżycia odciskają na nich piętno, uczą wytrwałości poprzez praktykę zmagania się z konsekwencjami i prozaicznie mieszają w ich osobowościach, lecz tak naprawdę fundamentu nie naruszają - stąd wystarczy właściwy impuls by odnajdowali w sobie tą szczeniacką prawdę o sobie. Ale taka głęboka interpretacja myślę nie pasuje po prostu do efektu estetycznego jaki w praktyce uzyskał Muccino. Z drugiej strony jest w tej jego interpretacji jakieś swobodne piękno, co naturalne typowo włoska celebracja życia, także tragikomizm, który posiłkuje się ponadindywidualnymi emocjami i uczucia wyższego rzędu też wywołuje. Trzeba tylko postarać przestawić się na inne niż środkowoeuropejskie spojrzenie - na inną niż wstrzemięźliwą ekspresyjnie perspektywę. Może chodzi właśnie o tą optykę łatwiej człowieka uszczęśliwiającą. Wówczas (jeśli bym to uczynił) to po seansie nie byłbym już tak trochę więcej niż odrobinę rozczarowany. 

środa, 6 listopada 2019

A casa tutti bene / W domu wszystko ok. (2018) - Gabriele Muccino




Fuksem na A casa tutti bene trafiłem i wielce zaskoczony byłem, że od kilku lat całkowicie niemal zgubiony przeze mnie Gabriele Muccino tutaj za kamerą stanął i po dość udanej przygodzie z hollywoodzkim kinem powrócił do rodzimej "włoszczyzny". Narobił mi tym samym sporego apetytu na odkrywanie tego czego w znacznie mniejszym blasku fleszy niż za czasów "amerykańskich" w przeciągu ostatniej chyba prawie już dekady dokonał. Albowiem dzięki powyższej produkcji idealnie wbił się w przestrzeń gatunkową, jaka z powodzeniem stała się obiektem mojego zainteresowania. W domu wszystko ok. aka W domu wszystko w porządku to bowiem kawał bliższego ciału niż koszula i sercu też nieobojętnego kina, po linii takich frapujących obyczajowych komedii jak Imię (Le Prénom), szalenie ostatnio rozchwytywanego Dobrze się kłamie w miłym towarzystwie, czy z nieco tylko innej beczki Wszyscy wiedzą Asghara Farhadiego - będącego w moim przekonaniu niesłusznie zbytnio krytykowanym. Mucciono poszedł niewątpliwie za trendem i zrobił to w świetnym stylu, tworząc niby satyrę, a właściwie tragedię - czyli klasyczny komediodramat. Poruszający i wzruszający, tak najzwyczajniej po prostu obraz mądry, ale i cholernie błyskotliwy oraz tryskający typową dla południowców energią. Włoska kilkupokoleniowa rodzina to niewątpliwie wdzięczny temat i materiał do wielopoziomowej analizy, kiedy w niej neurozy i wszelkie zaszłości tempo akcji nakręcają, iskry krzesząc i wreszcie eksplodując z siłą dynamitu, kiedy wszelkie hamulce puszczają. Kiedy żywiołowy temperament, obfita gestykulacja i swoiste "a-de-ha-de" w konfrontacji z namiętnościami, żądzami, potrzebami serca i duszy, a z każdej strony tajemnice skrywane na światło dzienne wyłażą i prowadzą do kapitalnej finałowej puenty.  

poniedziałek, 16 marca 2015

The Pursuit of Happyness / W pogoni za szczęściem (2006) - Gabriele Muccino




Przyznaje że fanem aktorskiego „talentu” Willa Smitha to zupełnie nie jestem. Taka uprzedzeniami przesiąknięta postawa w istotny sposób może zaburzyć odbiór obiektywnie świetnego kina. Spowodować że dobra rola sięgającego wyżyn aktora mimo starań nie zostanie doceniona, a nawet na całokształt obrazu bardzo wyraźnym cieniem się położy. Szczęśliwie tym razem byłem w stanie swoją awersję do Smitha przezwyciężyć i w miarę docenić to, co na ekranie starał się dosyć autentycznie przekazać. Pewnie wpływ na to osoba reżysera miała, bo akurat to już drugi przypadek, kiedy w obrazie Gabriele Muccino aż tak wyraźnie gwiazdor mnie nie irytuje i tym samym ogólnego dobrego wrażenia, jakie opowiadana historia wywołuje nie psuje. Jej jądrem taki zwyczajny banał, ale ze sporym przekonaniem ukazany. To znaczy, że o swoje to trzeba wałczyć, liczyć przede wszystkim na siebie i własną determinację, która koniec końców na farta także trafi. Wiatr to zawsze biednemu w oczy wieje, los bezustannie pod nogi kłody rzuca, lecz ta uparta, porażkami znaczona passa też kiedyś swój kres musi osiągnąć. Wykorzystaj człowieku własne pięć minut, znajdź się w odpowiednim czasie w odpowiednim miejscu i nie przepuść okazji. Wóz albo przewóz, pośrednich rozwiązań nie oczekuj. Jak pomimo ciągłych porażek unikniesz okazywania słabości, to może mentalność zwycięzcy w sobie odnajdziesz, a konsekwencja i systematyczne działanie w pracy uskuteczniane do sukcesu cię zbliży. Takie i inne oczywistości na myśl przychodziły, gdy zapasy z życiem głównego bohatera obserwowałem. Może to nie było dla mnie filmowe przeżycie, jakie na mojej osobowości trwały ślad wyryło, ale jakieś emocje wykrzesało, szczególnie, że będąc rodzicem odpowiedzialność i poświęcenie ma dla mnie znaczenie. Warto więc obejrzeć nawet, kiedy drewniany warsztat Willa Smitha potrafi kilkukrotnie zirytować.

Drukuj