Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Janusz Morgenstern. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Janusz Morgenstern. Pokaż wszystkie posty

środa, 1 lipca 2026

Jutro premiera (1962) - Janusz Morgenstern

 

Bardzo uroczo, z intelektualnym wdziękiem z epoki. Z mnóstwem tak samo charakterystycznych głosów, jak rozpoznawalnych natychmiast twarzy: Gustawa Holoubka, Ireny Malkiewicz, Kaliny Jędrusik, Tadeusza Janczara, Barbary Kraftówny, Wieńczysława Glińskiego, Aleksandra Bardiniego, Edwarda Dziewońskiego, Ignacego Machowskiego, Aleksandra Dzwonkowskiego, ale i Krystyny Sienkiewicz oraz Siemiona, Łazuki, czy w epizodzie Leopolda Tyrmanda. Zaprawdę wielcy i najwięksi i chciałoby się mieć to szczęście i wypić z taką śmietanką towarzyską kawkę lub coś mocniejszego w SPATiFie, ale czy byłoby jednak tak stu procentach racjonalne dzielić z tym pokoleniem surowe doświadczenia wojenne i powojenne? To już byłoby raz ryzykowne, dwa wymagające, więc wracając do sedna patrząc na ekran jest łatwiej, bezpieczniej i bardziej jednak idealizująco. Można więc między innymi skupić się na przyjemnie dopasowanej muzyce Krzysztofa Komedy, w której ambitne akcenty w rozrywkowej formule, człowiek ikona tamtych czasów, cudownie zaaranżował. W sumie nie często ostatnio korzystam (kino współczesne pomimo innej specyfiki żyje i ma się dobrze), lecz lubię takie wdzięczne, staromodne granie, ten czarno-biały, a mimo to ilustracyjny niebywale charakter obrazu oraz czar wielkich ARTYSTÓW i ich osobowości, których klasa ma ten powiew lekkości we wzbudzaniu podziwu i aplauzu. Szanuje zatem dawno zapomniane maniery i korzystam z rozmachem z obserwacji niegdysiejszych stosunków społecznych, wyższego levelu kurtuazyjnych relacji, równie jak jestem zafascynowany ówczesną szaro-burą w rzeczywistości ulicą, którą pokazywano tak, że gdyby nie socjalizm architektoniczny, cechy też drugoplanowe czy warunki materialne, można by mylić z planami z urokliwej małomiasteczkowej Francji. Bowiem sznyt naszej ówczesnej „bulwarowej farsy mieszczańskiej”, to myślę jawne nawiązanie do lekkiego, bez napinki artystycznej kina francuskiego - z oczywiście wymienionymi cechami realiów naszej części Europy. Jest tu też ździebko nawiązań do filmowania przedwojennego, bo wzorce szlachetne, choć archaiczne wciąż jeszcze wówczas, przez pryzmat nostalgii i sentymentu świeże. Obok zarazem, w osnutej talentem artystycznym symbiozie, trochę nowoczesności, w jednak przede wszystkim klasycznej oprawie, gdzie czar przystępności uzyskany za sprawą skromnych, jednakże intelektualnie błyskotliwych narzędzi satyrycznych.

piątek, 14 kwietnia 2023

Trzeba zabić tę miłość (1972) - Janusz Morgenstern

 

Janusz Morgenstern na podstawie scenariusza Janusza Głowackiego - pisano że to nie mogło się udać, a jak się okazało, to w opinii zawodowej krytyki się udało, a w przekonaniu przeciętnego miłośnika kina nie bardzo. Uwagę na plus mogą zwrócić ciekawe patenty operatorskie, wówczas chyba dość nowatorskie, kiedy na przykład kamera okręca się wokół suto włoską pastą zastawionego stołu – to jest fajne. Merytorycznie natomiast zdecydowanie bogaty w błyskotliwe spostrzeżenia rodzaj zapisu charakteru czasu i miejsca – przenikliwej i mocno groteskowej diagnozy ówczesnych obyczajów. Zabawny, wręcz karykaturalny, bowiem jednocześnie odważny psychologiczny dramat obyczajowy, a z drugiej rodzaj prześmiewczego komentarza czerpiącego bodaj inspiracje z popularnych wówczas filmów z nurtu społecznego. Jednocześnie to rwane i sprawiające pozornie wrażenie intuicyjnej, bardziej improwizowanej niżli dokładnie przemyślanej i zagranej profesjonalnie dramy. Aktorzy tutaj zawodowi i w epizodzikach naturszczycy. Pojawia się dla przykładu charakterystyczna postać Andrzeja Dobosza, aktora amatora, który prywatnie osiadł w Paryżu, gdzie prowadził księgarnie, pisał i udzielał się ogólnie w środowisku kulturalnym jako ceniony krytyk literacki, znany jednak do końca życia powszechnie najbardziej ze swojej maniery werbalnej i roli w Rejsie Piwowskiego, a obok podkreślonego jego udziału sytuacja z Himilsbachem i psem, jako jedna z bardziej rozpoznawalnych dla zainteresowanych kinem czasów nowego otwarcia ekipy Gierka. Obraz najogólniej rzecz biorąc robiący wrażenie chaotycznego, przeplatanego dygresjami wtrącającymi do opowiadanej historii świadomie podkreślaną bolesną stronę chwilowego gierkowskiego dobrobytu (zachodniego konsumpcjonizmu) i równolegle nawiązujący do scen z wielkich ówczesnych dzieł kinematografii europejskiej (tak mówią). Być może kiedyś się bronił lepiej, a może dzisiaj patrzy się na niego jako na ciekawy, bo wzbudzający skrajne recenzje relikt przeszłości. Może też jest oceniany wysoko dzięki wnikliwym analizom krytyków sugerujących znaczenie detali i dzięki nim nie został zapomniany odnajdując swoje miejsce w historii rodzimego kina, ale mnie nieco wymęczył i mój entuzjazm ograniczę wyłącznie do stwierdzenia, iż na pewno działa jako intelektualny dokument z epoki, lecz absolutnie nie jako wybitna satyra społeczna. Uważam że Morgensternowi lepiej do twarzy z subtelnościami, a tutaj jakby wdzięku niewiele. 

czwartek, 8 września 2022

Do widzenia, do jutra... (1960) - Janusz Morgenstern

 

Gdańsk wciąż powojenny i pierwsze, często nie pamiętające wprost koszmaru wojny młode pokolenie. Z dzisiejszej perspektywy aktorskie twarze znane z epoki, z nazwiskami które w przyszłości w różnych kontekstach odnajdą się w historii polskiego kina, bądź ogólnie szeroko rozumianej kultury i sztuki. Wymienię przede wszystkim przepiękne, bez względu na czas, z uniwersalną urodą i zmysłowym brzmieniem głosu kobiety i niekoniecznie tak przystojnych jak (ha ha) współcześnie możliwe, ale zdecydowanie bardziej intrygujących swoją chłopięcością mężczyzn. Grają aktorzy, ale gra też Gdańska architektura i gra muzyka legendarnego Krzysztofa Komedy - pięknie jazzujące rytmy. Do widzenia, do jutra… jako debiut reżyserski "Kuby" Morgensterna i poniekąd typowy dla okresu fascynacji kina polskiego nową, na poły zawadiacką, zerkającą nieśmiało w stronę zachodu młodzieżą, jest zarazem obrazem urzekająco roztkliwiającym liryzmem, jaki szczególnie Cybulski chciał na powrót swoim fanom pokazać, jak i naturalnie tak samo naiwnym, a wręcz budzącym dzisiaj uśmiech świadectwem tamtych zupełnie odmiennych od dzisiejszego przebodźcowanych czasów. Cybulski liryczno-sentymentalny, zwierzający się ustawionej na pianinie lalce – „Nie potrzebujesz się wstydzić marzeń, tego, co u ludzi dorosłych wywołuje liryczny uśmiech”, czy Cybulski nadwrażliwy amant, czarujący Teresę Tuszyńską emocjonalnie akcentowanymi słowami: „A co bym zrobił gdybyś zaginęła? A szukałbym ciebie. Zaglądałbym w oczy wszystkim dziewczynom. Jedne miałyby twoje oczy, drugie usta, a trzecie włosy. Jedne byłyby bardzo poważne, inne znów w doskonałym humorze. Inne grałyby w tenisa lub ciągle spieszyły się na kolację, ale żadna nie byłaby tobą. I pomyślałbym, że cię ukradli. I ogłosiłbym we wszystkich gazetach świata, na wszystkich murach i słupach ulicznych, że cię poszukuję. I wyznaczyłbym wielką nagrodę, ale nikt by mi nie uwierzył, bo nikt nigdy zakochanych nie traktuje na serio”. To dialogi, monologi - czyste, literackie, romantyczne, z innego, już kompletnie zapomnianego świata. Zapisane na taśmie filmowej, dzięki czemu każdemu kto będzie wyrażał ciekawość i ochotę na poznanie poprzez ucieczkę w przeszłość wrażliwych ludzi sprzed ponad półwiecza i ich subtelnie kokieteryjnej mentalności, dzisiaj dostępne na wyciagnięcie ręki. Bowiem rozwój techniki odebrał nam niewinność, lecz ofiarował możliwości. :)

środa, 7 września 2022

Jowita (1967) - Janusz Morgenstern

 

W zatopionej w cudnej estetyce polskiej szkoły plakatu filmowego czołówce, naturalnie Dygat autor powieści, Konwicki scenariusza, młodzi niezwykle zdolni i uroczy Barbara Kwiatkowska, Daniel Olbrychski, Kalina Jędrusik, Zbigniew Cybulski oraz oczywiście inni wielcy polscy aktorzy i jako reżyser ikoniczny Janusz Morgenstern - czyli ówczesna i przyszła elita elit w swym fachu. Jowita na podstawie Disneylandu Stanisława Dygata, to piękna kameralna (zgadzam się) opowieść o „ludzkiej naturze, która goni za nieosiągalnym ideałem, przekreślając po drodze wszystko co w życiu zdobyła”. Film zupełnie niehollywoodzki, który osiągnął jednak niezwykłym zbiegiem okoliczności kolosalny sukces za oceanem, będąc wyświetlanym w prestiżowych kinach przy Piątej Alei. Film wówczas nowoczesny, „bazujący na krótkich planach, detalu, zbliżeniach i emocjach, gdzie widoczne są oczy, zmarszczki, najmniejsze grymasy twarzy”. Recenzowanym na łamach opiniotwórczego New York Magazine w samych superlatywach - „pięknym i intrygującym połączeniu realizmu i romantyzmu”. Obrazie który mimo upływu mnóstwa już lat, merytorycznie nic a nic się nie zestarzał, choć obecnie od strony użytej wizualnej prostoty środków i ambitnej artystycznej głębi dostrzegalnej nie oczami tylko sercem, o którym dzisiejsze pokolenie wychowane na skromnych budżetowo, lecz atrakcyjnych plotkarsko burzliwych telewizyjnych intrygach rodzinnych i sąsiedzkich z pewnością w przytłaczającym stopniu się nie pozna, kwitując przy użyciu bogatego słownictwa, być może konkretnie określeniem słabo.

P.S. Takiego klimatu już w kinie w zasadzie w proporcjach jeden do jednego nie uświadczysz - takiej muzyki w tle, takiego spojrzenia przez obiektyw kamery i takiej subtelnej, niemal nieobecnej narracji, bo to co się dzieje na ekranie w gestach, spojrzeniach ale i słowach to najbardziej nieinwazyjna metoda opowiadania obrazem i dźwiękiem. Ponadto kto dziś opowiadając o młodej miłości bohaterów umieściłby ich życie w obskurnej kamienicy z przegniłymi schodami i obdartą stolarką okienną? Trudno przecież w warunkach komfortowych dzielnic, ogrodzonych i monitorowanych czy jeszcze bardziej luksusowych loftów stworzyć klimat pozbawiony zimnego, sterylnego funkcjonowania pośród ludzi. Dlatego ta wiekowa kinematografia posiada duszę, bowiem dawała szansę obcowania z bohaterami nie skupionymi na materialnych atrybutach, a przez to wolnych od pokusy przeliczania wartości relacji na potrzeby o charakterze merkantylnym. Ważne było być a nie mieć, oczekiwać i brać od życia podniety wynikające z emocji duchowych, a nie budujących i podkreślających prestiż. Ja to rozumiem że takie były czasy wciąż jeszcze tak bliskie bezpośrednio powojennym, a i ludzie nie wymagali przez to od życia więcej niż minimum egzystencjalne. Kino czerpało też inspirację z literatury ambitnej i poskramiającej jakikolwiek zapędy widowiskowe, a to z kolei tworzyło przestrzeń do zagospodarowywania jej kameralną błyskotliwością i dramatycznym pulsem wewnętrznym, ponad korzystania ze sztuczek w postaci ekstremalnie zakręconych twistów (ten z Jowity to pikuś :)), czy innych takich fajerwerków zastępczych. Było więc malowniczo i absolutnie nie łopatologicznie. Mimo ogólnie to wszystko i pomimo w szczególe współczesnych tendencji próbujących zjednać widza ilościowego miast jakościowego, film dzisiejszy, ten rzecz jasna akurat film z ambicjami, warsztatowo może wyprzedzać i myślę że czyni to z łatwością produkcje sprzed lat, gdyż atutem z lat dwudziestych XXI wieku reżyserów i fachowców od każdego segmentu tworzącego finalnie film jako obraz artystyczny, bywa korzystanie zarówno z doświadczeń poprzedników ale i szeroko otwartych oczu na nowoczesne możliwości. Kiedy tylko obecni artyści filmowi odpowiednio wyważą najbardziej sugestywne atuty i pozwolą wrażliwości stworzyć idealnie harmonijny tandem z aspiracjami, a forma zachowa balans między intrygującym, nietuzinkowym spojrzeniem na estetykę i treść, a uczuciowość archaicznie czarującą, wówczas mogą powstać i w estetyce miłosnych relacji dzieła wybitne, które niekoniecznie jednak zdobędą szeroką popularność. Tak sobie podczas smakowania Jowity, o Komecie niejakiego Sama Esmaila pomyślałem i przez to niezbyt wprost korespondujące skojarzenie, takie "pe-es" dopisałem, zmieniając kilku-zdaniowe, wsparte cytatami suche fakty, w rozmarzone, wyłącznie własne subiektywne dywagacje.

Drukuj