Dziwnie poniekąd z początku, zanim do seansu się przekonałem, byłem niezdecydowany. Tym bardziej zaskakujące, że wiedziałem z jakiego formatu europejskim reżyserem mam w tym przypadku do czynienia, pomimo że jak przystało na wciąż odkrywającego kino poza amerykańskie wieloletniego żałosnego ignoranta, znam jego jedynie ostatnie dzieło, które wrażenie na mnie zrobiło spore i pozostało ze mną na stałe, przyczyniając się do finalnego powzięcia decyzji o jednak jak najszybszym skonfrontowaniem się z Rapito. Nie żałuję, że się zbyt długo nie wahałem i czas poświęciłem, tym bardziej, iż ostatnio różnie to bywa z jakością nowości kinematograficznych na jakie natrafiam i nie ukrywam, iż lekko zmęczony, a może już znudzony bywam obrazami dobrymi i bardzo dobrymi, lecz mimo to często nie wywołującymi takich emocji jakich od kina oczekuję. Nie ma mowy aby seans z nowym dziełem Marco Bellocchio uznać za takowy, bowiem może on dość specyficzny i wzbudzający odczucia obcowania z produkcją technicznie niejednoznaczną, bo tak robi z jednej strony ogromne wrażenie aktorskim warsztatem (szczególnie Barbara Ronchi w roli matki, mimicznie jest doprawdy genialna oraz jako Pius IX Paolo Pierobon równie znakomity), całkiem przekonującymi eksperymentami z animacją, sugestywną niezwykle sceną głównego bohatera z figurą ukrzyżowanego Chrystusa, tą też wymowną szalenie z papieskim obrzezaniem oraz rozmachem orkiestrowym muzycznego tła czy tym dekoracyjnym, to z drugiej miewałem momentami złudzenie, jakbym oglądał jednak bardziej rozbuchaną, ale jednak realizację quasi telewizyjną. To jednak drobnostka w ogólnym odczuciu, gdyż wszystko co ważne i właściwe dla wysokiej oceny Rapito, kryje się pod przyciągającą wzrok, ale skądinąd fasadą wizualną w postaci lokacji czy cyfrowej ich obróbki. Kunsztowna robota merytoryczna jest tu najważniejsza i oczywiście sam temat wzbudzający emocje o wysokim stężeniu złości i gniewu, jaki myślę każdy wrażliwy widz będzie w czasie projekcji odczuwał. To zasadne i usprawiedliwione, kiedy tak podłe praktyki się obserwuje, które silnie przecież naznaczają stosunek człowieka do instytucji Kościoła katolickiego i jego mrocznej historii, od której tylko pozornie współcześnie się odcina. Historia "porwanego", to porażająca opowieść kondensująca w jednym przypadku charakter kościelnej instytucji, kierującej się dogmatycznymi uzasadnieniami i wymuszaniem ich akceptacji dla dobra swojego metodami opresyjnymi, jeśli konieczność taka zaistnieje. Władza papieska terroryzująca i na jej rozkaz wszelkie bezeceństwa bezrefleksyjnie wprowadzane w życie przez powołaną do kontroli gorąco rozmodloną Inkwizycję. Non possumus na ustach i zasady wiary ponad wszystko w atmosferze obsesji i obłędu - religijnego odklejenia, jakie cierpienie w konsekwencji zdaje się wyłącznie przynosić. Za religijną żarliwością metody szantażu i wiarą uzasadnianej ideologicznej indoktrynacji - konsekwentnego prania mózgów tak bogobojnemu dorosłemu prostactwu, jak i szczególnie chłonnych dziecięcych umysłów pod własne interesy kształtowanie. Aby w pełni zrozumieć etiologie skomplikowanej rzeczywistości w Rapito ukazanej, konieczne jest oczywiście zgłębienie kontekstów historycznych i powiazanie ich z religijnymi konotacjami papieskiej autonomii na włoskiej ziemi. Nie powiem żeby temat mnie do takowego dodatkowego wysiłku nie zachęcił.
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Marco Bellocchio. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Marco Bellocchio. Pokaż wszystkie posty
środa, 21 lutego 2024
czwartek, 7 listopada 2019
Il traditore / Zdrajca (2019) - Marco Bellocchio
To nie jest akurat idealny moment, by po nagrody z gangsterką do kin wjeżdżać, kiedy właśnie lider Scorsese ze swoim opus magnum krytykę zachwyca, a za moment festiwale będzie podbijał. ;) Ale przecież środowisko filmowe nie tylko wysokobudżetową amerykańszczyzną żyje i byłoby ogromnym błędem zignorowanie powyższego tytułu, bowiem Marco Bellocchio proponuje (owszem tak w ogólności gangsterkę), lecz dość nietypową i jak myślę nieco oddaloną od stylistycznej formuły eksploatowanej od lat przez arcymistrza gatunku. Rozpisana na grubo ponad dekadę i jednocześnie okrojona do schyłkowego, aczkolwiek najbardziej medialnego okresu z życia autentycznego bossa włoskiej mafii historia, to zarówno dość tradycyjna filmowa biografia, jak i cały wachlarz różnogatunkowych naleciałości. Od groteskowego dramatu sądowego, przez rzecz jasna kino akcji, po psychologiczny thriller w cieniu wendety. Opowieść wszystkim pamiętającym lata osiemdziesiąte we fragmentach relacjonowanych nawet w polskiej socjalistycznej rzeczywistości znana. Docierająca z Italii w formule atrakcyjnych newsów również na Polską ziemię - historia w rzeczywistości wyrosła z włoskiego południa, a sięgająca przez Rio Janeiro z powrotem na włoską ziemię (proces w Rzymie), po amerykańskie wątki powiązane z wygnaniem jej bohaterów pod kuratelą programu ochrony świadków i w finale porachunki sterowane z bazy w Palermo (scena przez którą z kanapy spadłem). Każdy przecież dojrzały wiekowo osobnik kojarzy nazwisko Sędziego Falcone, nie bardzo jednak czai kto to taki Don Masino (Tommaso Buscetta). To o nim ta fascynująca opowieść i o kulisach starcia skruszonego bossa z całą gwardią wcześniejszych sojuszników z rodziny. Kronika rozprawy Państwa z Cosa Nostrą jej własnymi rękoma, korzystając z szansy jaką dawał ambicjonalny konflikt i zdradzieckie knucia części zbyt pazernych mafiosów. Nie jest to jednak wszystko tak jasne i proste jakby można się spodziewać, gdyż motywacje członków organizacji były mocno skomplikowane, a w grę oprócz kasy wchodziły także zasady i tradycja, które zdeptane przez jednych budziły rozczarowanie i wściekłość innych. Zdrajca to gęsto poplątane i łamiące często chronologię kino - złożone z licznych retrospekcji i sugestywnych aluzji (Giulio Andreotti, pochód pod hasłami mafii dającej pracę, przebitki podnieconych hien czy szczególnie mocno osobistego przekazu pewnego muzycznego klasyka). Zdrajca to rzadka ostatnio w kinie kryminalna egzotyka z zarówno wyspy w pobliżu Półwyspu Apenińskiego, ale i z niego samego. Z kapitalnie stylizowanymi kadrami - z gorącym temperamentem, bezpośrednim przekazem werbalnym, wreszcie nawet i staroświecko romantycznym charakterem brutalnej walki o wpływy. Przyznaję że jestem obrazem Marco Bellocchio ostro podkręcony, a ostatnio tak bardzo europejska filmowa gangsterka na mnie wpłynęła kiedy żabojady, a dokładnie Cédric Jimenez nakręcił fantastycznego Marsylskiego łącznika (La French).
Subskrybuj:
Posty (Atom)

