Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Dexter Fletcher. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Dexter Fletcher. Pokaż wszystkie posty

wtorek, 12 marca 2024

Eddie the Eagle / Eddie zwany orłem (2015) - Dexter Fletcher

 

Krzepiąca historia Michaela „Eddiego” Edwardsa - historia wręcz niewiarygodna, a jednak prawdziwa, zakładając przecież naturalnie podbarwiony jej fabularnie wygląd aby serduchem angażowała jeszcze mocniej i jeszcze większą atrakcyjnością rozrywkową się charakteryzowała. Jej atuty dość familijnego kina schematem nasiąknięte, ale to też fajni urodziwi aktorzy i sposób grania raczej lajtowy - bez spiny, doskonale w ramach gatunkowej konwencji się odnajdujący. Jednak dobrze się to jak na (używając określenia umiarkowanego) rzecz ubogą artystycznie ogląda, bo gwarantuje najzwyczajniej dobrej zabawy moc dla przekroju widza od dziecka po babcino-dziadkowe przedziały. Umawiamy się oczywiście na wstępie, że nie będziemy się czepiali szczegółowy, a tym bardziej odpuścimy sobie konsultacje ze sztabem którejś z czołowych reprezentacji skoczków co do metod i technik szkoleniowych. Przyjmujemy tym samym tą nie do końca tylko bajeczkę z pełnym przekonaniem i z całym bagażem realistycznych niedoskonałości, skupiając się na dodającej skrzydeł fantazji oraz inspirująco-motywacyjnej filozofijce, że jak się chce i jest się zdeterminowanym, to można wszystko. Przy wsparciu rodziny, dostarczając jej mnóstwa powodu do dumy.

P.S. Cykorem niezdarny chłopak okularnik nie był, ale bał się, bo nie bać się kiedy stanie się na rozbiegu, to być jeszcze bardziej szurniętym niż zrobić wszystko by dopiąć swego wbrew wszystkiemu. To bez wątpienia zasięg i intensywność nie naszej „małyszomanii”, ale Eddie ze swoim szoł gamoniowatym, został zapamiętany i to no tak romantycznie, więc jeszcze bardziej fajowo. :)

środa, 28 sierpnia 2019

Rocketman (2019) - Dexter Fletcher




Jak mówią kobiety "uroczo chłopięcy Taron Egerton", czyli niegdysiejszy Eddie zwany orłem ponownie u Dextera Fletchera wymiata, tym razem wcielając się w postać Eltona Johna. W formule spowiedzi terapeutycznej „podziel się z grupą”, w dwóch tonacjach zarówno wszelkich odcieni mniej lub bardziej głębokiej czerni (to co w duszy,) jak i wszystkich oczojebnych jaskrawości tego świata (to co na scenie). W szołmeńskim musicalowym wydaniu, gdzie mimo iż prawda potrafi boleć, bowiem fakty z życia gwiazdy niepoddane są większej kosmetyce, to jednak nieco ślizgamy się po nich w chronologicznym bałaganie, który dzięki świetnej reżyserii stanowi bardzo sprawnie kontrolowany chaos. Na potrzeby zaimponowania energetycznym widowiskiem kapitalnie hiciory z kariery Eltona zaaranżowano, a ich miejsce i znaczenie w scenariuszu wyraziście uzmysławiają logikę, która kierowała intencjami twórców. Życie na szczycie, ostra jazda na fali dzięki spadającej z nieba mannie, aż zaryjesz raz, drugi, trzeci mordą o glebę, przebijając kolejne dna upodlenia. Bowiem sława, pieniądze spadają na nieśmiałego, zagubionego o niskim poczuciu wartości wrażliwca - jakby nieszczęść przez współczesny świat niewybaczanych było mało, do tego jeszcze o homoseksualnych skłonnościach. Stąd musiało być też na ekranie zarówno kontrowersyjnie jak i ckliwie, aby uwypuklić desperackie poszukiwanie miłości fizycznej i akceptacji duchowej oraz nie musiało, ale na szczęście było odjazdowo, korzystając z poczucia humoru w inteligentnej ironicznej, jak i krzykliwej formule. Cekiny, błyskotki przeróżne, których określeń nie znam. Pióra, okulary i stroje cudaczne - absolutnie nieskromne. Oprawa efekciarska, robota operatorska mistrzowska i montaż genialny. Sprężenie ekipy technicznej konkretne, artystyczny pomysł i emocjonalna deklaracja wyraziste. Aby dać widzowi petardę rozrywkową i aby uzmysłowić to co każdy nawet półinteligent wie (ćwierć, cholera go wie, albo paradoksalnie wie nawet lepiej), że jak masz talent i jesteś wrażliwy, to to drugie do kieszeni, a to pierwsze do spieniężenia. Zatem uśmiech szeroki i jazda – show must go on, bo dolary karmić mają pustkę i całą masę pasożytów orbitujących wokół gwiazdy. Ileż takich historii napisało życie i w złoto show biznes zamienił, adaptując na potrzeby kina mainstreamowego. Nie zawsze jednak udawało się oczywistości ubrać w tak barwny i żywiołowy spektakl o głębokim emocjonalnym fundamencie, ponadto w formie musicalu, gdzie śpiewane fragmenty nie burzą narracji, a nawet ją podkręcają stając się punktami kulminacyjnymi. Jakbym przed rewiami w kinie, jak widać nieskutecznie się bronił, to jednak kilka takich powstało, które potrafiły mnie w stu procentach wkręcić, a Rocketman to obok dużo bardziej sławnego La La Landu z ostatnich lat z tej kategorii kolejna perła.

Drukuj