Pokazywanie postów oznaczonych etykietą H-Blockx. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą H-Blockx. Pokaż wszystkie posty

poniedziałek, 23 marca 2026

H-Blockx - FILLIN_THE_BLANK (2026)

 

Z pewnością premiera (w pewnym sensie jak spostrzegłem temat zgłębiając) powrotnego po latach (ostatni 14 lat temu wydany i ja go nawet nie znam) albumu niemieckich "Jankesów" przeszłaby obok mnie bodaj bez echa, gdybym co najwyżej 4 lata temu nie powrócił od dwóch startowych ich krążków z sentymentu i nie dostrzegł ku mojemu zaskoczeniu (zapraszam do wyszukania owej rozkminy), że one się cholera pięknie zestarzały, zasadniczo kompletnie nie dając się zmiażdżyć przysłowiowemu zębowi czasu. :)  Fajnie fajnie, fajnie się wówczas ucieszyłem, dając się wciągnąć w klimaty bezpretensjonalne i co najważniejsze, nie tylko rozrywkowo wkręcające, mega energetyczne, ale też absolutnie nie bez wartości w kwestii ciekawej po prostu, finezyjnej pomimo raczej mało eksperymentalnej stylistyki nuty. Takiż też jest tegoroczny materiał, który ważę sobie w głowie bez znajomości niemal całkowitej, wszystkiego co moi zachodni sąsiedzi nagrali po roku 1996, a było tego jak teraz widzę pięć długograjów - być może niezasłużenie zignorowanych, gdy zainteresowałem się i zgłębiałem inne, jak uważałem bardziej ambitne gatunkowe kierunki. Jeśli będzie możliwość, utrzymam się jeszcze trochę na wierzgającym ostatnio konkretnie życiowym wierzchowcu, to sprawdzę i zdam tu sobie pisemną relację podsumowującą z doświadczeń rozpoznawania dotychczas ich niepoznanego. A mam na to apetyt i może zaraz z rozpędu zacznę to robić, gdy tylko odkleję się od FILLIN_THE_BLANK lub zaspokajając ciekawość starsze wplotę pomiędzy odsłuchy najnowszego. Się zobaczy, a póki rzeczywistość nie da odpowiedzi na właśnie wyrażone wątpliwości co do przyszłości, to spiszę FAJNE odczucia związane z przyklejeniem się do tego co głównym przecież bohaterem tej pseudo recki. Jak dałem już wcześniej do zrozumienia będę chwalił, bowiem czuje gdy teraz w uszach rozbrzmiewają mi poszczególne indeksy F_T_B jakbym powrócił do młodzieńczych lat dziewięćdziesiątych, a nie przeszkadza w tym nawet obecna prezencja ekipy H-Blockx, bo mimo upływu lat mają oni równie turbo wydajnego powera, a stylówa nawiązująca do klasyki nie gryzie się z siwym zarostem. Moje przekonanie być może będzie odosobnione i ktoś kto będzie szukał informacji w necie o H-Blockx z 2026 roku przeczyta, że typki po pięćdziesiątce próbują desperacko sprawdzać czy nadal potrafią w te klocki jak za młodu i że jest to nieco słabe/żenujące. Ja tutaj desperacji nie słyszę ani nie widzę, gdyż daje sobie i innym prawo do dobrej zabawy, bez względu na metryczki. Jeśli nawet jest to lekkie świrowanie w klimacie funky crossovera, co chyba dzisiaj nie jest na topie - mam to gdzieś, gdy robi się to z pasją i autentycznością, a nie uważam aby chłopaki startowali do powrotu z motywacjami finansowego sukcesu niebywałego, tylko po to by spełnić swoje wciąż doładowujące ich i motywujące potrzeby sceniczne czy po prostu kumpelskie. Nagrali zestaw mnie uszczęśliwiających numerów i uznaję że zrobili to by przede wszystkim siebie uszczęśliwić i czuję jak i słucham i widzę w klipach, że się udało sprawić sobie mega przyjemność. Im gratulować, a mnie słuchać!

niedziela, 11 grudnia 2022

H-Blockx - Discover My Soul (1996)

 


Nie trudno zgodzić się, iż H-Blockx na dwójce w warstwie tekstowej stał się bardziej poważny (tytuł zobowiązuje), a może dojrzalszy, niżby to miało miejsce zaledwie dwa lata wcześniej, kiedy wydawał debiut, mimo wszystko nie całkiem głupkowaty, bowiem pod warstwą poczucia humoru niegłupi. Tak nie mogę zgodzić się, iż Discover My Soul w kontekście jedynki jest muzycznie zdecydowanie dorosły, wyprzedzając tym samym Time to Move, bo stanowi jedynie zdroworozsądkowe rozwinięcie stylu, który nie ma co ukrywać w Europie przyniósł im sporą rozpoznawalność u fanów crossovera, lub jak kto woli łączenia rytmicznych (prawie hip-hopowych) wokaliz z quasi metalem - bo trudno mówić tu wyłącznie o surowym riffowaniu, kiedy perkusja i bas jadą raczej na funkowym biegu, więc no rozumiecie. :) Jest zatem lajtowo, ale z charakterem, refreny wraz z tematami melodyjnymi lepią się do ucha i gdyby tylko Niemcy wówczas odważyli się być mniej bezpośredni, a bardziej kompromisowi, to zapewne ich numery oraz wizerunki na stałe zagościły na okładkach takich dla nastolatków opiniotwórczych magazynów jak Brawo. Nie wiem, być może ich facjaty tam zaistniały, ale nie czytałem, nie śledziłem, nawet w kiosku nie przeglądałem, a jak już mój wzrok skręcił w tą stronę, to natychmiast wymuszałem na sobie grymas numer jeden każdego szanującego się młodego buntownika i wzrok natychmiastowo odwracałem. :) Natomiast do dwójki (czyli raz i dwa tylko) krążki na kasetach magnetofonowych wydane "niegrzecznych" chłopców posiadałem i bezwstydnie korzystałem z ich zawartości odtwarzając prawdopodobnie jeszcze na grafitowo-zielonym hi-fi zestawie marki Diora. Leciało Time to Move i Discover My Soul gdzieś pomiędzy znacznie cięższymi czy jadowitymi dźwiękami, tudzież stuffem o gotycko-nihilistycznym "wajbie", bo jako nie smarkacz, ale już na tyle nastoletni że pełnoletni, lub prawie już osiemnastoletni mężczyzna sprawdzałem-poszukiwałem-odkrywałem czasem materiały, które mnie z różnych stylistyk pochodząc pochłaniały. Eklektyzm brzmiał fajnie, a że w zakresie rocka i metalu było w czym uszy zatopić, to mieliłem wiele, choć to i tak nie tyle ile można dzisiaj przemielić, biorąc pod uwagę fakt, że nie ma granic w dostępności. Zarzucę tu jednak trucie w tonie "nam było k**** trudniej - co Wy teraz wiecie o zdobywaniu środków na muzyczne nośniki" i dodam merytorycznie, że Discover My Soul nie uznaję za płytę lepszą od debiutu, mimo tego uwagi moje nie mają charakteru wylewania żalów, a tylko myślę delikatnego zawodu, że chłopaki nieco "zballadzieli" i prądu zabrakło, więc nagrali materiał porządny, czasem nawet fajowy (Try Me One More, Gimme More, I Can't Rely On You, Not America, Rainman), jednako takiej erupcji witalności jak na debiucie nie uświadczyłem. Taki na przykład I Heard Him Cry chciał mi dać więcej i ekipa H-Blockx sygnalizowała, że mogą więcej i daleko poza gatunkową przynależność, a listy przebojów powinny czekać na nich z otwartymi rękoma, a jednak poza warsztatowymi i kompozycyjnymi walorami, to nie robiło takiego wrażenia jak rzeczy zwarte i gotowe na rytmiczne podskakiwanie, czy nerwowe pląsanie (Gotta Find A Way). Paleta barw szeroka, pomysły też niezgorsze, ale całość nie dawała już takiego kopa jak poprzedniczka, ale miała też inne, niekoniecznie porywające zalety, więc jak ktoś mnie pyta czy wolę pieczywo żytnie czy pszenne, to odpowiadam że jak mi się przeje prawdziwy chleb na prawdziwym zakwasie, to chwytam za bułkę wrocławską i na odwrót, bo akurat przez ostatnie pół roku częściej leci u mnie H-Blockx, niż leciał zbiorczo podliczając pomiędzy końcem najtisów, a początkiem trzeciej dekady XX wieku. Nie rozumiem więc dokąd zmierzam, ale chcę i nie chcę jednocześnie tam być. ;)

poniedziałek, 16 maja 2022

H-Blockx – Time to Move (1994)

 


Ale to jest zajebisty album, z czasów w których się nim zachwycałem, a dzisiaj kiedy do niego powróciłem po co najmniej dwóch dekadach dociera do mnie że poznałem go tylko jak to łebek pobieżnie, znacznie inaczej niż na to zasługiwał, bo przede wszystkich przez pryzmat mocno chyba na VIVIE promowancych singli. Cholera wie czy po tym od kilku dni bardzo intensywnie trwającym na nowo romansie z Time to Move ruszę dalej wstecz i odświeżę też siłą pędu kilka rodzimych albumów z gatunku (między innymi Flapjacka i Dynamind, o cholerka może też Blenders :)), na stówe jednak przypomnę sobie kultowe wówczas Ugly Kid Joe z America's Least Wanted, może też coś Dog Eat Dog i innych jeszcze bardziej ogranych amerykańskich tuzów z tamtych lat, w postaci obowiązkowych Suicidal Tendencies. Bowiem nie ma co ukrywać, że nie byłoby H-Blockx i tak kopiącego dupsko Time to Move bez inspiracji zza oceanu i nie byłoby takiej nuty w Europie i tym bardziej nie byłoby (nie-wia-ry-go-dne) z niemieckiego Münster. Raz crossover i bardziej lajtowy hard core, dwa fantastyczny funky rock, którym w czystej postaci nigdy nie jarałem się tak, jak jego wpływami w bardzo wielu formacjach tych z najtisów, ale jeszcze bardziej w odsłonie lat siedemdziesiątych (kocham to funky jednej z odsłon składu Deep Purple - wiecie, tej z Hughsem i Coverdale'm). Nie kocham jednak funky RHCP, a próbowałem zawsze i zawsze bez efektu przytulić ich do swojego serduszka, lecz nic pustka - zero uczucia do dzisiaj. Wracając jednak do Time to Move, o jprdl jak mnie ten materiał porwał i nie mogę wyjść z szoku, że o nim zapomniałem. O jprdl w jakim jeszcze większym zadziwieniu pozostaje, że właśnie jego obraz w pamięci zupełnie inny niż teraz na nowo zbudowany miałem. Album to potwornie równy, nagrany z nieprawdopodobną pasją i energetycznym kopem, a ubrany w brzmienie które nawet dzisiaj z powodzeniem daje radę. Jak tu pięknie bas kręci proste, ale fantastyczne figury, jak wokalna ekspresja kilku typów rozsadza membrany i jaki ona ma w punkt timing. Kapitalna nuta która bez hamulców czerpie pomysły od większych, bardziej popularnych, kreując kapitalny klimat, tworząc w żadnym wypadku przełomową nową jakość, tylko daje masę dobrej zabawy i absolutnie nie jest tylko banalnie chwytliwa, bo muzycy H-Blockx wówczas mieli to coś, co idealnie łączyło wykorzystanie zainteresowania stylistyką z pisaniem naprawdę mega mega zajebsitych numerów. Wszystko tu lepi się do ucha i wszystko podnosi tętno - od wzbogaconego wizualnie ciekawą ekspozycją skocznych hiciorów w rodzaju Move i Risin' High, przez baaaardzo redhotchillipeppersowy Little Girl, po każdy losowo wybrany inny kawałek. Mocno chyba zapomniana i niedoceniana perełka najtisowa. Może dlatego że w przyszłości grupa już takich świetnych krążków nie nagrywała. Mogę się jednak mylić, bo tak jak wyżej - nie pamiętam, albo pamiętam inaczej niż należało zapamiętać. :) 

Drukuj