Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Puscifer. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Puscifer. Pokaż wszystkie posty

piątek, 6 lutego 2026

Puscifer - Normal Isn't (2026)

 

To jest dla mnie muzyczny premierowy temat numer jeden początku tego roku. Uznając iż niczym lepszym od wydawnictw Puscifer Maynard ostatnimi czasy nie może się pochwalić i twierdząc przy tym stanowczo, że na żadnym polu innych swoich grup kitu nie wciska, to jednak widać wyraźnie która z zawodowych aktywności prócz z pasją rozwijanej działalności winiarskiej, jest dla niego najważniejsza i w którą wkłada najwięcej siebie. Droga do Normal Isn't usiana jest kolejnymi co bardziej ciekawymi i za każdym razem nieco zaskakującymi, a z pewnością w różne strony rozwijającym gigantyczny potencjał, jaki Puscifer posiada, krążkami. Na uznanie a nawet miłość fanów Maynard nie zarobił bylejakością, więc nawet jeśli co niektórzy szalikowcy Toola czy A Perfect Circle nie bardzo gustują w przekozacznej sztuce Puscifer, to myślę że nikt nie mógłby z nich dać do zrozumienia, że w tym miejscu wciska on jakąś popelinę. Puscifer wiadomka, jest inny i jest osobny, ale i jest fenomenalny jeśli brać pod uwagę najszerszą wyobraźnię jaka go napędza i brak jakichkolwiek barier ograniczających swobodę tejże fantazji. Puscifer jest unikatowy i kropka, a Normal Isn't tylko potwierdza wszystkie tezy jakie teraz wysuwam. Poczynając od treści werbalnej, gdzie piętra sensów są szyte celną ironią i nietuzinkowym poczuciem humoru, dla jakiego fundamentem nie wyłącznie bystrość umysłu, ale dystans do rzeczywistości i samych siebie, a kończąc na prezencji scenicznej i oryginalnej choreografii. Pomiędzy oczywiście jest sama nuta i w tym konkretnym przypadku najnowszej płyty, nuta zdaje się mniej rozbudowana, z bardziej świadomie ograniczonym potencjałem przebojowym. Łapę się od pierwszego przesłuchania tak singli jak i efektu całościowego finalnego, na poczuciu że Puscifer czując możliwe dojście ze swoją układanką do ściany chwytliwości (która jakby chciał, to zapewne po swojemu by przebił), lekko odbił i się powstrzymał - może badając jak surowsze motywy odbierając rozmachu, dodadzą innego intrygującego pierwiastka. Ja właśnie tak odbieram NI, że w niego muszę się wgryzać od startu, a nie po natychmiastowym zachwycie przystępnością wciskam się z analizami w każdy zakamarek. Jest wręcz odwrotnie - to myszkując po zaułkach, zaczynam budować w swojej głowie harmonie i tematy, wątki się kleją. Być może kluczem nie jest w tym momencie styl grupy, a sposób nad nim pracy, bowiem kliniczność (właśnie brak obłości, ciosania struktur bardziej zamaszyście), może sugerować, iż względna improwizacja stała ponad dopieszczanie. Z drugiej strony te aranże są tak wielowarstwowe, że nie wykluczam iż nie po pierwszych pięciu, ale po pięciu razy dziesięć odsłuchach mnie się ten (nie mam wątpliwości) kapitalny album w całej krasie ukaże. 

P.S. Ni jednego z indeksów póki co bym nie wyróżnił, bo to stop spójny, ale nie zrobiłbym tego, gdyby nie "Pomp and posturing Ostentatious I'll fluff and puff and Chuffed I'll huff and fluff and puff and blow your dignity down" Mantastic, frapujący z samplowanym głosem Seven One i singlowy ImpetoUs, który ten trzeci, też dzięki fantastycznie przemyślanemu obrazkowi, zachwycił mnie i zniewolił.

sobota, 9 kwietnia 2022

Puscifer - „V” is for Vagina (2007)

 


Jaki ja mało rozgarnięty byłem, że już w 2007 roku na tej "pochwie" się nie skoncentrowałem i nawet wówczas gdy popadałem zachwyty nad kolejnymi albumami Puscifer, wciąż przekonania do zaprzyjaźnienia się z pierwszym albumem nietuzinkowego projektu przekozaka Jamesa Maynarda Keenana nie miałem. Może to przez tą grafikę, tylko w cudzysłowie zdobiącą kopertę LP, a może dlatego, iż dopiero od niedawna do zabawy z syntezatorami w ambitnej nucie się przekonałem? Teraz nie ma to znaczenia, czasu szkoda na wytykanie sobie paluchami błędów przeszłości, bo trzeba nadrabiać to co gdzieś w międzyczasie się idiotycznie zignorowało i arogancko bez właściwej analizy skazało na z dupy krytykę. Zasysam teraz bardzo intensywnie debiut Puscifer i ciągle mi mało, bo w każdej sekwencji akordów i każdym muśnięciu elektroniki, nie mówiąc już o genialnych wokalnych interpretacjach, których czar to raz za razem smaczek za smaczkiem, a ja w nich systematycznie odnajduję coś nowego fascynującego. To nie jest zwyczajna muzyka, to rodzaj szamanizmu opartego na hipnotycznym rytmie, obleczonego w eksperymentalne poszukiwania, jak i dla równowagi popową estetykę względnie chwytliwego przeboju i z przykładowo (Sour Grapes) kompletnie zaskakującymi, lecz idealnie wpasowanymi gospelowymi chórkami, czy innymi akcjami angażującymi bogaty dorobek światowej kultury muzycznej. Gdy słucham „V” is for Vagina, to nawet nie potrzebuję odważnie zagłębiać się w liryki, bo nie dotykając nawet ich treści i sedna czuję iż jest to materia daleka od konwencjonalnej. Tak tak! To jest duchowa przygoda, która muzycznie i lirycznie każe mi przyklękać na zmianę z wznoszeniem rąk ku niebu, w poczuciu dotknięcia jakiegoś niezidentyfikowanego absolutu. Mnie ta nuta onieśmiela, niczym kontakt z bardzo interesującą kobietą, w której spotyka się magnetyzm podniecającej mieszanki urody i intelektualnej przewrotności. Jako samiec i odkrywca chciałbym się zbliżyć, ale nie bardzo wierzę iż moje zainteresowanie może cokolwiek znaczyć dla tak wyjątkowej istoty. A może ja w ogóle tak traktuje wszystkie muzyczne dzieła, w których swój udział miał Maynard? W sumie nie spodziewałem się że ten gość mnie jeszcze czymś zaskoczy, tym bardziej że zaskoczy mnie czymś z przeszłości. 

wtorek, 3 listopada 2020

Puscifer - Existential Reckoning (2020)



Poniższa recka powstaje na gorąco, zaledwie po kilku dniach zaangażowanego przebywania w towarzystwie najnowszego krążka Puscifera. Nie wydaje mi się jednak, by to był argument podważający jej trafność merytoryczną, bowiem rzecz jasna wiem, że wiele jeszcze do odkrycia na Existential Reckoning pozostaje, lecz to co dociera do moich uszu i jest możliwe do zinterpretowania wystarczy na teraz, by ogólny charakter czwartej płyty trzeciego muzycznego dziecka Maynarda Jamesa Keenana nakreślić. Po pierwsze album jest względnie, bądź wręcz znacząco inny niż Money Shot. Dominuje dźwiękowo esencjonalna elektronika i przy jej udziale kontemplacyjny charakter, a wkład wyrazistych wioseł jest li tylko incydentalny. Po drugie krążek okazuje się też mniej piosenkowy, a struktury kompozycji mimo iż nie uciekają w nazbyt ciężkostrawne eksperymenty, to jednak wymagają od słuchacza więcej cierpliwości i bardziej złożonego myślenia o fakturze utworu. Po trzecie wyszła płyta zdecydowanie bardziej oniryczna, nadająca się szczególnie do skupionego odsłuchu w zupełnym oddaleniu od codziennych obowiązków. Kombinacje metrum, mnóstwo rytmicznych załamań i elektronicznych plumkań - to one tutaj dominują. Mnóstwo drobnych akcentów, wokalnych nieoczywistości, syntetycznych detali dźwiękowych i instrumentalnych, które robią doskonałą robotę, dodając finalnemu wydźwiękowi atrakcyjności. Niewiele tu też ofensywnych wokaliz, dominuje szept i stonowana wokalna interpretacja - choć dla podgrzania emocji, gdy to konieczne świetne partie głosów Maynarda i Cariny potrafią wbić się klinem w relaksacyjną formę.

P.S. Puscifer już dawno przestał być wprost emanacją cudacznego poczucia humoru jego ojca założyciela. Może nigdy nią nie był? W tej nieokiełznanej formie debiutu zupełnie inne wibracje słyszę, niż te które specyfiką kolejnych płyt rządzą. Może to subiektywna nadinterpretacja? Słyszę i czuję, że od Conditions of My Parole to nie jest żart. To wielka sztuka, także w wymiarze lirycznym - obecnie szczególnie.

piątek, 6 stycznia 2017

Puscifer - Conditions of My Parole (2011)




Stosunkowo młoda, bo zaledwie roczna (ograniczona na razie do dwójki i trójki) ma namiętność do twórczości Maynarda, tej pod szyldem Puscifer uskutecznianej. Teraz z perspektywy nie tylko Money Shot, lecz już głębszej zauważam, iż od Conditions of My Parole aranżacje nabrały bardziej rockowego sznytu i przede wszystkim większej dyscypliny formalnej, nie tracąc jednakowoż na eksperymentatorskim zacięciu i nieco przeszarżowanej wizualnej stylizacji. Zwyczajnie zespół w tej formule dojrzał i okrzepł, a efektem oryginalna muzyka z ekscytującym pierwiastkiem nietuzinkowości. Cały koncept oparty jest na płynnym łączeniu syntezatorowych impresji z southern rockiem/country rockiem i po części medytacyjnym klimatem, bogatym pasją wykonawczą i głębokim przeżywaniem kreowanych dźwięków. Największą w moim przekonaniu zaletą tej hybrydy jest wprowadzanie słuchacza w rodzaj transu, podobnego temu jaki ekspresyjny kapłan wywołuje u swoich wiernych słuchaczy. Sytuacji, gdy oni pochłonięci opowieścią, kazaniem tracą nieomal kontakt z otoczeniem, wchodząc w wykreowany świat, udając się w wartościową refleksyjną podróż. Puscifer robi to dzięki instrumentalnemu i wokalnemu lawirowaniu pomiędzy nastrojowym plumkaniem, a gwałtownymi ekspresyjnymi wybuchami w hipnotyzujących zapętleniach z ustawicznym podnoszeniem napięcia. Dostrzegam też pewną zbieżność, zauważam że Maynard James Keenan, tak podobnie jak Mike Patton, to wulkan tryskający kreatywna lawą, który żyje intensywnie i musi tą swoją energię wyrzucać na rożnych muzycznych kierunkach. Dla mnie Puscifer to taki „maynardowski” odpowiednik ”pattonowskiego” Tomahawk. Obydwaj dominując zza syntezatora, otoczeni masą elektronicznych zabawek, są jak nawiedzeni szamani wywołujący odmienne stany świadomości. Chociaż muzyka się różni, to każdy z ich projektów ma w sobie ten zapamiętywalny walor, kojarzony jedynie z produktami ich artystycznego zapału. Tutaj brawa dla Maynarda, w innym miejscu uznania dla Pattona. :)

piątek, 5 lutego 2016

Puscifer - Money Shot (2015)




Uderzam się mocno w pierś, przyznaje tą drogą do błędu, że w sumie przez lata ignorowałem funkcjonowanie na scenie side-projektu Maynarda Jamesa Keenana - tego poniekąd kontrowersyjnego, ochrzczonego mianem Puscifer. Dziewięcioletnia już historia i trzeci album na rynku, a ja dopiero teraz doceniam wartość jaka w tej muzyce zawarta. Być może umieszczanie grupy pośród szeroko rozumianego industrialu, groteskowa prezentacja sceniczna plus działania około muzyczne (biznes różnoraki się kłania) w jakich marka Puscifer zagościła nie przekonywały do zainteresowania. Może kilka poznanych numerów z debiutu nie zatrybiło i na marginesie Puscifer umieściło. Po trosze wszystko to wpłynęło na brak kontaktu z muzyką tworzoną przez wokalistę Toola we współpracy z szerokim gronem utalentowanych muzyków. Jednak co się odwlecze to nie uciecze jak słynne przysłowie prawi, więc ze sporym poślizgiem ale jednak wpadam w łapska Maynarda w tej dźwiękowej konstelacji. Robię to przede wszystkim za sprawą właśnie Money Shot, który przykładnie choć oczywiście nie w pełni wypełnia czas wyczekiwania na wytęskniony kolejny album A Perfect Circle. Jak twierdzą (a ja się z nimi zgadzam) bardziej ode mnie zorientowani w temacie eksperci od twórczej aktywności Puscifer, to właśnie na tym albumie pojawiły się w repertuarze rozpoznawalne wokalne harmonie, mroczne melodie i wielowątkowe tematy zbieżne z charakterystyką muzycznych dokonań "idealnego". Nie ma wątpliwości, iż cisza w obozie A Perfect Circle odbiła się na kompozycjach Puscifer. Maynard właściwy Mer de Noms i Thirteenth Step gorzki dźwiękowy romantyzm wplótł między innymi w takie perełki jak Agostina, The Arsonist i The Remedy czym wpuścił do kompozycji firmowanych marką Puscifer nie tylko sporo tajemniczości ale i najprościej rozumianej muzykalności. Lep chwytliwości w moim osobistym przypadku okazał się skuteczny i pod wpływem zastawionych na mnie sideł przebojowej ale wciąż awangardy sięgam w przeszłość by odkrywać to co kilka lat temu zostało pod szyldem Puscifer wydane. Wkręcam się stopniowo w rytmiczną mantryczność, dopieszczaną swobodnie elektroniką i podlaną sosem psychodelii. Smakuję wokalnej równowagi serwowanej duetem Maynard/Carina, odczytuję na świeżo formę i realizację, motywy i działania. Lustruje ostrożnie Conditions of my Parole, wpadam systematycznie w objęcia Money Shot i pod wpływem hipnotyzującej zawartości pozwalam sobie na odlot. Intrygująca to muzyka, wyborny to album, udowadniający indywidualną artystyczną dojrzałość i bezgraniczną kreatywność tego Pana z Toola. :)

Drukuj