Bardzo cieszy mnie fakt, że Greg Puciato odnalazł "życie po życiu" i idzie wraz z nowymi muzycznymi kompanami szybko za ciosem, wydając drugi krążek w zaledwie dwa i pół roku po premierze genialnego debiutu. Szczególnie, iż dwójka z każdym kolejnym odsłuchem nabiera w moim przekonaniu kształtów świadomie dojrzalszych od Fever Daydream. Nie mając jednak do tej pory żadnych zarzutów co do krążka otwierającego karierę The Black Queen zauważam stanowczo, że Infinite Games posiada w sobie zarówno świeżość spojrzenia na szeroko rozumiany synthopop, jak i jako walor dopełniający w strukturach kompozycji przemyca do rozrywkowej gatunkowej formuły większą dawkę surowego ambientu. Ogólnie to album może nieprzeładowany chwytliwymi pomysłami tak intensywnie jak Fever Daydream, ale posiadający swoistą charyzmę, wynikającą z łączenia ze sobą w płynnych aranżacjach wątków przebojowych z tymi korzystającymi bardzo świadomie z mrocznych brzmień. Doświadczeni muzycy tworzący trio The Black Queen zanurkowali tym razem głębiej w melancholijne otchłanie, sytuując swoją twórczość w uproszczeniu pomiędzy Depeche Mode, a Nine Inch Nails. Nie będąc jednak ekspertem zarówno w kwestii twórczości jednych, ani drugich nie jestem w stanie detalicznie wyliczyć wpływów i wskazać tych miejsc, które wyraźnie te konotacje mi wskazują. To przekonanie oparte jest na ogólnych odczuciach jakie dźwięki zawarte na Infinite Games we mnie wzbudzają i ma ono charakter bardziej duchowo-emocjonalny, niż oparty na fakultetach z muzykologii. To dla mnie cecha istotna muzyki TBQ i gatunku w jakim się z gracją porusza, że odbieram ją jako całość nie próbując rozbierać na części składowe, zamiast tego skupiając się wyłącznie na ogromnej przyjemności jaką obcowanie z nią mi przynosi. To muzyka dla ducha i ciała - emocjonalna i taneczna - poruszająca i pobudzająca jednocześnie. Kapitalna odskocznia od tego czym na co dzień karmie swoją muzyczną wrażliwość. Niby inna, ale w zasadzie pod względem wywoływania emocji nie tak odległa od natchnionej gitarowej progresji, czy przykładowo uduchowionego soulu kreowanego na blusowych ornamentach. Kłania się The Black Queen zacnej ejtisowej przeszłości, śledzi meandry wielokrotnie już zagranych dźwięków, rewiduje też poniekąd spojrzenie na elektronikę graną z parapetu i w dodatku robi to z uroczym wdziękiem i godnym docenienia profesjonalizmem. Posiada także atut niebagatelny w postaci głosu Grega Puciato i jego fantastycznej umiejętności interpretacji wokalnej, dzięki czemu każdy numer ma swój osobny wyrazisty charakter nie tracąc równolegle rdzenia. Jeszcze zaledwie kilka lat temu nie przypuszczałem, że tego rodzaju syntezatorowe wibracje z cykającym pulsem i dudniącym groovem przykują moją uwagę, a za niedorzeczność uważałbym sugestię, iż mogę uzależnić się od krążka z takiej niszy gatunkowej. Trudno mi przecież było wtedy także wróżyć moją fascynację awangardową ekstremą The Dillinger Escape Plan, czy z innego bieguna takimi mistrzami jak Queens of the Stone Age, nie mówiąc nawet o zatonięciu po uszy w tym co ostatnio robią Arctic Monkeys. Tak chwilami zastanawiam się i dochodzę do oczywistego wniosku, że jeszcze dekadę temu to byłem mało świadomym miłośnikiem muzyki, dopiero na początku swej drogi. Kto wie gdzie dotrę, kto wie, co i jak będę pisał za następne lat dziesięć i więcej. Póki co zatapiam się w przebojowych nutach z Lies About You, One Edge of Two, czy zwiewnych dźwiękach z Porcelain Veins ciesząc się wciąż jak naiwny dzieciak tym razem zrzuconymi klapkami z oczu.
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą The Black Queen. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą The Black Queen. Pokaż wszystkie posty
sobota, 13 października 2018
The Black Queen - Infinite Games (2018)
Bardzo cieszy mnie fakt, że Greg Puciato odnalazł "życie po życiu" i idzie wraz z nowymi muzycznymi kompanami szybko za ciosem, wydając drugi krążek w zaledwie dwa i pół roku po premierze genialnego debiutu. Szczególnie, iż dwójka z każdym kolejnym odsłuchem nabiera w moim przekonaniu kształtów świadomie dojrzalszych od Fever Daydream. Nie mając jednak do tej pory żadnych zarzutów co do krążka otwierającego karierę The Black Queen zauważam stanowczo, że Infinite Games posiada w sobie zarówno świeżość spojrzenia na szeroko rozumiany synthopop, jak i jako walor dopełniający w strukturach kompozycji przemyca do rozrywkowej gatunkowej formuły większą dawkę surowego ambientu. Ogólnie to album może nieprzeładowany chwytliwymi pomysłami tak intensywnie jak Fever Daydream, ale posiadający swoistą charyzmę, wynikającą z łączenia ze sobą w płynnych aranżacjach wątków przebojowych z tymi korzystającymi bardzo świadomie z mrocznych brzmień. Doświadczeni muzycy tworzący trio The Black Queen zanurkowali tym razem głębiej w melancholijne otchłanie, sytuując swoją twórczość w uproszczeniu pomiędzy Depeche Mode, a Nine Inch Nails. Nie będąc jednak ekspertem zarówno w kwestii twórczości jednych, ani drugich nie jestem w stanie detalicznie wyliczyć wpływów i wskazać tych miejsc, które wyraźnie te konotacje mi wskazują. To przekonanie oparte jest na ogólnych odczuciach jakie dźwięki zawarte na Infinite Games we mnie wzbudzają i ma ono charakter bardziej duchowo-emocjonalny, niż oparty na fakultetach z muzykologii. To dla mnie cecha istotna muzyki TBQ i gatunku w jakim się z gracją porusza, że odbieram ją jako całość nie próbując rozbierać na części składowe, zamiast tego skupiając się wyłącznie na ogromnej przyjemności jaką obcowanie z nią mi przynosi. To muzyka dla ducha i ciała - emocjonalna i taneczna - poruszająca i pobudzająca jednocześnie. Kapitalna odskocznia od tego czym na co dzień karmie swoją muzyczną wrażliwość. Niby inna, ale w zasadzie pod względem wywoływania emocji nie tak odległa od natchnionej gitarowej progresji, czy przykładowo uduchowionego soulu kreowanego na blusowych ornamentach. Kłania się The Black Queen zacnej ejtisowej przeszłości, śledzi meandry wielokrotnie już zagranych dźwięków, rewiduje też poniekąd spojrzenie na elektronikę graną z parapetu i w dodatku robi to z uroczym wdziękiem i godnym docenienia profesjonalizmem. Posiada także atut niebagatelny w postaci głosu Grega Puciato i jego fantastycznej umiejętności interpretacji wokalnej, dzięki czemu każdy numer ma swój osobny wyrazisty charakter nie tracąc równolegle rdzenia. Jeszcze zaledwie kilka lat temu nie przypuszczałem, że tego rodzaju syntezatorowe wibracje z cykającym pulsem i dudniącym groovem przykują moją uwagę, a za niedorzeczność uważałbym sugestię, iż mogę uzależnić się od krążka z takiej niszy gatunkowej. Trudno mi przecież było wtedy także wróżyć moją fascynację awangardową ekstremą The Dillinger Escape Plan, czy z innego bieguna takimi mistrzami jak Queens of the Stone Age, nie mówiąc nawet o zatonięciu po uszy w tym co ostatnio robią Arctic Monkeys. Tak chwilami zastanawiam się i dochodzę do oczywistego wniosku, że jeszcze dekadę temu to byłem mało świadomym miłośnikiem muzyki, dopiero na początku swej drogi. Kto wie gdzie dotrę, kto wie, co i jak będę pisał za następne lat dziesięć i więcej. Póki co zatapiam się w przebojowych nutach z Lies About You, One Edge of Two, czy zwiewnych dźwiękach z Porcelain Veins ciesząc się wciąż jak naiwny dzieciak tym razem zrzuconymi klapkami z oczu.
poniedziałek, 8 lutego 2016
The Black Queen - Fever Daydream (2016)
To ci ciekawa sytuacja, najpierw Chino Moreno jako Crosses, a obecnie Greg Puciato w formacji The Black Queen błyszczy wokalnie w gatunkowej formule która to jeszcze jakiś czas temu absolutnie by mnie nie przekonywała. Ona i dzisiaj nie stanowi dla mnie źródła wyjątkowej podniety, a zainteresowanie tego rodzaju elektroniką skupiam nadal wyłącznie na tych dwóch świeżych grupach. Nie poszukuję ekip grających w tym stylu, tylko jako równowagę dla rockowo-metalowej gitarowej młócki ich traktuję. Nie mam wątpliwości, złudzeń jakichkolwiek, że szerzej w najbliższym czasie wkręcę się w tego typu muzyczną twórczość. Wiem jednak, iż The Black Queen i Crosses gościć u mnie będą w miarę często dostarczając porcji relaksujących dźwięków. O Crosses przy okazji pełnowymiarowego debiutu już pisałem, zatem tutaj w tym miejscu ograniczę się do zwięzłej charakterystyki tego co The Black Queen na Fever Daydream proponuje. Moja analiza nie będzie miała charakteru pogłębionej i wnikliwej autopsji - jak wspomniałem szeroko rozumiana elektronika to nie mój konik, więc z pokorą ograniczę się wyłącznie do skojarzeń laika i odczuć płynących z wnętrza mojej indywidualnej muzycznej wrażliwości. Tak, czyli padnie tutaj teraz kilka nazw które znam ale ich fanem to nie jestem. :) Przede wszystkim Depeche Mode, Nine Inch Nails, Alphaville, Duran Duran i tacy Panowie co się niegdyś Bross zwali (małżonka podpowiada). Pierwsi to przecież ikona i wszystko co wpływa do zatoki elektronicznego pop/rocka musi być dla osób w moim wieku z ekipą Dave'a Gahana kojarzone. Drudzy przez wzgląd na zimną rytmikę, ambientowe zacięcie i rockowy mimo wszystko pazur - którego wprost organoleptycznie na Fever Daydream się nie wyczuje, a on jest i basta. Bross, bo jak małżonka coś mówi to sprzeciwiać się nie mam zamiaru! Alphaville na myśl przyszli bo swego czasu, w zamierzchłej przeszłości jako gówniarz podśpiewywałem sobie ich hiciory, natomiast Duran Duran to melodia i chwytliwość, której na debiucie TBQ pod dostatkiem. Może od czapy trochę te ostatnie porównania ale doceńcie moją szczerość, jak pogłosy te słyszę to przez wzgląd na autocenzurę która by mnie przed śmiesznością może uratowała to i tak je przytaczam. Pachnie ta muzyka nie tylko latami dziewięćdziesiątymi ale odważnie eksploruje rejony w jakich w latach osiemdziesiątych syntezatory królowały. Jest chwytliwie, niemal tanecznie, bo kilka numerów do solowego płynnego bujania zachęca, lecz robi się też momentami bardzo, bardzo refleksyjnie. Jednak żeby być w pełni szczerym i nie wciskać kitu największą dla mnie akurat zaletą jest głos Puciato. Ten gość równie sprawnie odnajduje się w ekstremalnych, motorycznych cięciach Killer Be Killed jak i tutaj pośród przestrzennych syntezatorowych plam. Ale czy to dziwi? Przecież w macierzystym The Dillinger Escape Plan w obrębie jednej kompozycji potrafi czarować skrajnościami. Podsumowując, dla mnie to bardzo ciekawe urozmaicenie muzycznej diety. To jakby dorzucić do systematycznie spożywanych potraw wysokokalorycznych bogatą w witaminy porcję jarzyn i owoców. Ambitnie zdrową dietę zatem wprowadzam. :)
Subskrybuj:
Posty (Atom)

