Odkąd siódmy album Soilwork poznałem, odtąd pamiętam że na jego jakość narzekałem, a że nie odczuwałem przez czas jakiś większej potrzeby ponad powracanie do tych albumów Szwedów które najmocniej na mnie swego czasu wpłynąć zdążyły, to naturalnie odsłuchy rzecznego były bardzo nieliczne, bądź nawet ich w międzyczasie nie było. Tako oto obraz Sworn to a Great Divide jaki w pamięci zachowałem, to wprost ten z pierwszych miesięcy po jego wydaniu, dlatego też zastanawiałem się przed odsłuchem dokonanym na potrzeby blogowej archiwizacji, jak czas na jego postrzeganie wpłynie i przyznaję, że odkryłem go w dość znacząco innych wymiarze, ale już śpieszę donieść iż absolutnie po kilku całkiem przyjemnych odnowionych kontaktach na dłuższą metę niewiele się jednak zmieniło. Album to na pewno taki co klei się do ucha za sprawą fajnych melodii i doskonałych linii wokalnych, ale jednak czuć że po odejściu ze składu głównego kompozytora dotychczasowego materiału w osobie Petera Wichersa, zespół złapał zadyszkę. Kawałki jak wspomniałem nie cierpią na brak chwytliwości (refreny bomba), ale nie oferują chyba nic ponadto, stąd program płyty na dłuższą metę nie ekscytuje, a poszczególne numery robią wrażenie jakby tylko pozornie właściwie wykończonych - bądź jak sugerują wywiady z tego okresu, nazbyt długotrwałą obróbką studyjną niestety spieprzonych. Riffy są zgrabne, lecz "mięcha" w nich niewiele, a "złego" dopełnia ukręcone "pudełkowe" brzmienie, które niby wyłuskuje fajnie akcenty na blachach, ale samo brzmienie bębnów kładzie. Także bardzo melodyjne granie, całkiem ciekawe fragmentarycznie pod względem dynamiki kombinowanie, splecione z charakterystyczną dla grupy rwaną galopadą, odczuwa się jako tylko względną przyjemność, bez potencjału przykuwającego uwagę na dłużej, a do tego wyprodukowane z obawą, która finalnie doprowadziła do przedobrzenia. Poza tym jednak za bardzo to "radio friendly" i za dużo aranżerskiego schematu w tym przecież jednak spodziewanym schemacie, stąd być może już przy kolejnej płycie ówczesna ekipa Soilwork postawiała na mniej "radia", a więcej progresji i co ważne brzmienie też mniej męczące uszy wykręciła. To co na plus w przypadku Sworn to a Great Divide działa, to doskonała forma wokalna Strida. Gość wyryczał i wyśpiewał maxa, co jednak by uznać siódemkę za w pełni udaną nie wystarczyło.
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Soilwork. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Soilwork. Pokaż wszystkie posty
poniedziałek, 6 lutego 2023
niedziela, 4 września 2022
Soilwork - Övergivenheten (2022)
Övergivenheten zadziałało na mnie i jak na nutę Soilwork dokonało tego niekonwencjonalnie, bowiem przyzwyczaiłem się że albumy Szwedów wkręcają mnie od startu, a meta intensywnego z nimi współżycia znajduje się wprost proporcjonalnie blisko do prędkości z jaką owe mnie do siebie przekonały. Znaczy to że potencjał przebojowy w nich zawsze był ponad długotrwałością intrygującego wpływu, nie mówiąc już o sytuacji, kiedy to niby krążek Soilwork miałby wpierw odrzucić niskim poziomem zrozumiałości i zachęcać w miarę powracania do niego. Nie nie, to to nie! Z taką jednak niespodziewaną sytuacją mam do czynienia właśnie w przypadku ich najnowszego dziecka, które chociażby z tej perspektywy brzmi inaczej niż poprzednie, niewątpliwie też bardzo udane. Verkligheten (2019) było bezpośrednie, bez udziwnień z pryncypialną przejrzystością zawierającą się w zwartej konstrukcji i mega chwytliwych riffach, czyli wszystkim z czym "do ludzi", a przede wszystkim zdobytych od dawna fanów wychodzi ekipa stojąca za frontmanem Bjornem Stridem. Övergivenheten wydaje się w tym kontekście znacznie bardziej rozcieńczone, przez co mniej jaskrawe w odbiorze, a jego siła to cały znany rezerwuar środków stylistycznych z jakimi Soilwork jest kojarzony, tyle że konstrukcyjnie rozbudowanych do rozmiarów quasi progresywnych. Kompozycje oczywiście oscylują w zrozumiałych dla estetyki melodyjnego grania wywodzącego swe pochodzenie ze sceny göteborgskiej odmiany death metalu i nie aspirują do miana typowych progresywnych suit. To co powoduje moje skojarzenia i w tę stronę płynące wnioski, to sposób rozwijania tematów. Przemyślany i podporządkowany wciąganiu słuchacza w rodzaj transu, który z kolei nie może być błędnie utożsamiany z hipnotycznym oddziaływaniem gitarowego łomotu przykładowo z działki dronującego stoner rocka czy tym bardziej narkotycznego lotu psychodelicznego space rocka - mimo iż fragmentami motywy klawiszowe jakimi Sven Karlsson okrasza kompozycje bywają podobne. Nie powoduje to mimo wszystko zmiany przynależności gatunkowej zespołu, a tylko urozmaica udoskonaloną gdzieś na wysokości The Panic Broadcast (2010) muzyczną recepturę. Pisząc najjaśniej jak potrafię - fajny krążek, słucham często, bez nadmiernej podniety, ale szacunek rośnie, bo odkrywam tu jakieś smaczki i nie jest przez to nudno, wróżąc póki co, że nie rzucę go w najbliższym czasie w kąt, pozostając wciąż związany z grupą nie tylko sentymentem do młodzieńczych lat, ale też owocami jej bieżącej działalności. Poza tym tupe sobie nóżką, główką rytmicznie potrząsam i nawet pod nosem podśpiewuje sobie refreny, więc jest gitarrra. :)
piątek, 24 września 2021
Soilwork - Stabbing the Drama (2005)
Swego (niedawnego jeszcze czasu) emocje do czerwoności rozgrzewający melo death skandynawski, swoje dni popularności ma już (od jakiegoś czasu :)) ostatecznie za sobą. W wielu przypadkach to w sumie dobrze, że formacje z tego nurtu zeszły ze sceny (szlag je trafił) i nie wiem (paradoksalnie?) dla tych niewielu mniej tendencyjnych grup wraz z końcem mody przyszedł sprawdzian charakteru, który zdały nawet celująco, potrafiąc odnaleźć się w mniej przychylnej rzeczywistości, kiedy to kokosy już pod nogi wprost nie spadają. Soilwork tylko na starcie swojej kariery było melo death-thrashowy, bo szybko poszedł całkiem autonomicznych kursem i stworzył własną osobną niszę. Wprost do sceny już przy okazji Natural Born Chaos nie pasowali, ale to dopiero Stabbing the Drama określiła i ustabilizowała ich pozycję, jako bandu z własnym kompozycyjnym stylem. Co więcej, w realiach bez hajpu wokół rytmicznego/motorycznego (momentami rwanego, szarpanego :)) szwedzkiego metalu odnaleźli się więcej niż nieźle, udowadniając że zdefiniowanie stylu nie oznacza kompletnego powielania schematów na każdym kolejnym albumie. Tandety przede wszystkim nie sprzedają, a Stabbing the Drama z perspektywy czasu daje radę i każdorazowy powrót do krążka z 2005-ego roku jakąś tam przyjemnością się okazuje. Bowiem praktyczne kombinacje w obrębie melo deathu/modern thrashu, z crossoverowymi czy wręcz hard core'owych inklinacjami, okazało się całkiem odporne na korozję. Wziąć agresji miarkę, brutalności równą jej porcję, dodać dla równowagi melodyjności i tym samym chwytliwości. Kosić ciętymi riffami, miażdżyć ciężkim tychże brzmieniem i od czasu do czasu popisać się przykuwającą uwagę solówką. Osadzić efektowny gitarowy wachlarz na rytmicznym, motorycznym fundamencie i wszystko musnąć nowoczesnym klawiszem i obficie potraktować oryginalnymi wokalami, z frazami krzyczanymi, growlowanymi i czystymi zaśpiewami. Tym samym jednocześnie nutę połamać i nadać jej kolorytu futurystycznego oraz pozostawić w niej trzon jednoznacznie z tradycyjnym heavy metalem się kojarzący. Stworzyć album niemal radiowy, ale broń B. całkowicie banalny. Nagrać przeboje do nucenia, ale jednak nie dla wszystkich. :)
wtorek, 13 kwietnia 2021
Soilwork - A Predator's Portrait (2001)
Czynnik błahy moje zainteresowanie nutą Soilwork wiele lat temu wzbudził. Kolaż z okładki, a potem dopiero sam kontakt z zawartością intrygująco zaprojektowanej i przyciągającej wzrok obwoluty A Predator's Portrait. W sumie to łatwo poszło, szybko z górki popędziłem, gdyż dźwięki wówczas przez Szwedów oferowane licowały z moim ówczesnym gustem muzycznym, a energetyczne metalowe granie z pewną (oczywiście nie nazbyt :)) melodyjną domieszką były nie tylko atrakcyjne dla ucha, ale też całkiem jak na nisze daleką od popkulturowej, wciąż popularne. Kiedy już przygotowany od roku 2001-ego zapoznawałem się systematycznie z kolejnymi albumami Soilwork, ten akurat zdecydowanie wyróżniał się zwiększonym proporcjonalnie udziałem agresywnych motywów, względem właśnie chwytliwej melodyjności. Spostrzegam go zatem jako pierwszy zwiastun zmian w kierunku nie tylko przystępności, ale też budowania własnego charakterystycznego brzmienia ekipy z Helsingborga. Klejące się do ucha, inaczej bezwzględnie atrakcyjne czyste zaśpiewy Björna Strida, świetne koszące riffy umelodyjniane tu i ówdzie oraz pełna zakrętasów dynamika i wszystko osadzone na fundamentach szkoły goeteborgskiej - niby według szablonu, a jednak jak na stylistykę oryginalnie. Niby niewielkie w podgatunku pole manewru, lecz w tym przypadku maksymalnie wykorzystane. Ponadto czas powstania powyższego krążka nie do końca taki różowy - bo w sumie początek lat dwutysięcznych był czasem kiedy pierwsza, a nawet druga fala tego rodzaju grania zaczynała się rozmywać i należało czym prędzej w inne rejony umykać, bądź na tyle ile możliwe jakością trzymać poziom, bądź właśnie swój własny sznyt w obrębie estetyki wypromować. Tak się stało, że szanując największe dokonania ojców założycieli z At The Gates, tudzież najtisowe albumy In Flames czy Dark Tranquillity, to ja do dzisiaj na bieżąco wyłącznie z Soilwork pozostałem. Tak samo interesując się ich dzisiejszymi produkcjami, jak z ochotą wracając na przykład do drapieżnego brzmienia A Predator's Portrait.
wtorek, 17 marca 2020
Soilwork - Figure Number Five (2003)
Błyskawicznie Soilwork po przełomowym dla kariery Natural Born Chaos powrócił z nowym albumem i jak słyszę najwyraźniej właśnie obecnie zapłacił cenę za tą swoją niecierpliwość, gdyż bezpośrednia konfrontacja obu krążków przynosi jednoznaczne wnioski. Figure Number Five okazał się zestawem mniej ekscytujących numerów, które pomimo krytycznego przekonania jednak trudno nazwać odrzutami. Może po zaskakującym poprzedniku nadeszło naturalne przyzwyczajenie do dość unikalnego jak na owe czasy stylu, a może Natural Born Chaos wyczerpał temat - w co trudno uwierzyć, kiedy jeszcze latami dziesiątki formacji eksploatowały z powodzeniem te rejony. Bądź też spodziewałem się że rozedrgane, zgrzytliwe konstrukcje i kaskady kąśliwych riffów przyjmą jeszcze bardziej zapalczywe formy, a chwytliwość nie będzie wychodzić na pierwszy plan, mimo iż refreny przykleją się do ucha momentalnie, wypełzając spomiędzy kanonady lub rozpościerając nad brutalną formułą smagających mnie uderzeń perkusji i gitarowej lawy relaksujący klimat? Fakt, sporo oczekiwałem i sam nawet nie do końca potrafiłem sprecyzować czego chcę i obecnie też moje niepochlebne cokolwiek spojrzenie na całość Figure Number Five, nie wyraża dosłownie tego co czuję do tego krążka. Ciśnienie po sukcesie Natural Born Chaos Szwedzi odczuwali niewątpliwie wysokie, bowiem dzięki niemu grupa zdobyła wówczas zdecydowanie sporą popularność w środowisku metalowym, więc trzeba było pójść na całość i na maksa wyeksploatować formułę, a wtedy na złość chyba okazało się, że w międzyczasie trochę wypśtykali się z tych najlepszych pomysłów. A jeśli nawet nie, to obiektywnie nastąpiło znaczące "upiosenkowienie" (Departure Plan) i z drugiej mańki zbrutalizowanie (kompozycja tytułowa) - czyli względnie istotne zróżnicowanie propozycji miało miejsce, co teoretycznie powinno dodać nie ująć wartości. Aranżacje stały się bardziej przejrzyste co otwarcie odcisnęło piętno, odbierając FN5 charakteru monolitycznego, którym tak żarliwie emanował Natural Born Chaos. Jednako będąc do bólu szczerym, to płyta ta w moim odtwarzaczu ówcześnie gościła równie często co komplementowana poprzedniczka, więc po co właściwie tutaj te utyskiwania? Brzmienie wykręcone we Fredman Studio odpowiednio kopało, łącząc znany sound melodyjnego death metalu z popularnym wtedy grubo ciosanym nu metalem (dla ścisłości zastępowanym coraz śmielej, albo już całkowicie metal core'm), czyniąc finalny produkt z punktu "słyszenia" bardzo efektownym. Mimo iż rozpocząłem tekst w tonie z lekka malkontenckim, to zamykam go uczciwe twierdząc, że minusy nie przesłaniają mi też i dzisiaj plusów, a wysoka wartość energetyczna Figure Number Five i obecnie może być uznana za wzorcowy przykład profesjonalnego spajania melodyjności z agresją, na polu walki o urozmaicanie i upowszechnianie heavy metalu. :)
środa, 16 stycznia 2019
Soilwork - Verkligheten (2019)
Od dłuższego czasu Soilwork to nie jest już ten zespół na którego krążki czekam z niecierpliwością, taką jak to drzewiej gdzieś w okolicach przełomu wieku bywało. Nie mam w sumie Szwedom wiele do zarzucenia pod względem jakości, problem leży głównie we mnie i ewolucji moich osobistych gustów muzycznych. Ten ultra melodyjny death metal, który w zasadzie oprócz startowych nagrań nigdy nie był i tym bardziej nie jest też teraz death metalem, nie stanowi dla mnie już na tyle ekscytującej formy, abym krążki z tego rodzaju graniem stawiał w pierwszym szeregu zainteresowań. Mam jednak spory sentyment szczególnie właśnie do ekipy Björna "Speeda" Strida i od święta, którym okoliczności wydania kolejnego bieżącego albumu nie omieszkam zawsze sprawdzić co u nich słychać i czy sam jeszcze jestem w stanie przyjąć porcję muzyki granej na dość wysokich obrotach, lecz zaiste przede wszystkim dość w odbiorze lekkiej i przyjemnej. W przypadku Verkligheten sytuacja jest niemal książkowa, bowiem pierwsze odsłuchy absolutnie nie odrzuciły i czerpałem z kontaktu z nimi sporą przyjemność (chwilami ocierającą się o odśpiewywanie ze Speedem chwytliwych fraz z refrenów ;)) po czym wzorcowo, tak szybko jak dźwięki wkręciły mi się w świadomość, tak prędko przepoczwarzyły w formę coraz bardziej męczącą swoją zbyt ofensywną przyswajalnością. Muzyka to zapewne dla absolutnego metalowego laika nazbyt szorstka, natomiast dla każdego obytego z bardziej siarczystym i wyrafinowanym aranżacyjnie graniem zbyt bezpośrednia, wygładzona i ponad potrzebę wypolerowana, przez co zwyczajnie na dłuższą metę mało intrygująca. Słyszę i doceniam, że w miejscu nie stoją, cały czas próbują doskonalić wypracowaną metodę, a pasji w śpiewie wokalisty nie brakuje. Lecz ta skondensowana i przebojowa konstrukcja, to bardziej rozsądek płynący z obycia i doświadczenia, niż błysk kompozytorskiego geniuszu. Fajne tak po prostu, wyraziste i soczyste brzmieniowo numery - do dobrej, pozbawionej większej ambicji i spiny rozrywki - bardziej nadające się do odsłuchu w tle, niż aspirujące do bycia tym właściwym przedmiotem fiksacji. Zapewne idealne też pod względem wykorzystania koncertowego ich potencjału oraz prezentacji w formule obraz plus dźwięk jako teledyski. O czym przekonają się ci, którzy odważnie zdecydują się na uczestnictwo w jednym z gigów nadchodzącej trasy - o czym ja sam przekonuje się oglądając obrazki do Stålfågel, Witan i Full Moon Shoals.
czwartek, 29 marca 2018
Soilwork - The Panic Broadcast (2010)
Do albumów Szwedów obecnie rzadko powracam, ale nie ukrywam robię sporadycznie ten krok w stronę sprzed lat fascynacji. Czasem z dojrzałego sentymentu, innym razem by sprawdzić z ciekawości jak dzisiaj na ich muzykę reaguję i czy jestem jeszcze w stanie dostrzec w niej to, co niegdyś moją uwagę przykuwało. The Panic Broadcast nie jest oczywiście tym krążkiem, który zapoczątkował moją znajomość z ekipą z Helsingborgu. Rok 2010-ty był momentem, w którym oni już piętnastą rocznice powstania świętowali, a za sobą mieli już dobrych kilka albumów, które jak odczuwałem, od zawsze znałem. Jeśli dobrze w pamięci liczę, temat tego tekstu to ich ósmy longplay, a ja ważąc jego zalety i wady bez zawahania na pudle pośród najlepszych produkcji jego umieszczam. Tak pomiędzy tym co większą rozpoznawalność dzięki przełomowemu Natural Born Chaos im zapewniło, a tym najbardziej współczesnym obliczem, co mnie akurat bardzo pozytywnie w postaci The Living Infinite zaskoczyło. Spoglądając na The Panic Broadcast właśnie z perspektywy ostatnich dokonań mam wyraźne wrażenie, iż ta właśnie płyta wyznaczyła kierunek rozwoju grupy, która w tym akurat momencie po nie do końca udanej Sworn to a Great Divide dokonała, może nie radykalnego, ale zasadniczego zwrotu w kierunku heavy metalowej progresji. Mam tu na myśli fakt, iż miast rozwijać nieco archaiczne, a już na pewno ograniczające wyobraźnię typowo piosenkowe zainteresowanie core'm, nawet nu metalem, jakie eksplorowali namiętnie i co by nie powiedzieć udanie na Stabbing the Drama, swe spojrzenie skupili na poszerzaniu muzycznego spektrum. Tą cechę spostrzegam jako tą najbardziej charakterystyczną w przypadku The Panic Broadcast, krążka na którym fantastycznie ożenili swój autorski melo-death, modern thrash z progresywnym zacięciem. Rozbudowali konstrukcje kompozycji o jeszcze bardziej finezyjne solówki i często wielowątkowe aranżacje, idealnie wykorzystujące immanentny dla ich stylu galopujący groove. W czystej oprawie sterylnej produkcji, zdobnej w detale, dynamicznej i wykorzystującej siłę przestrzennego brzmienia utwory odnalazły się na tyle przekonująco, że ja jak już chwytam coś z dyskografii Soilwork, to jakimś instynktem kierowany bardzo często jest to właśnie The Panic Broadcast.
środa, 2 września 2015
Soilwork - The Ride Majestic (2015)
Zakładałem, że zapoznanie się z najnowszym krążkiem Soilwork nastąpi wyłącznie z sentymentu, przyzwyczajenia czy z obowiązku, bo przekonanie miałem, iż ten rodzaj muzycznej formuły przejadł mnie się już całkowicie. Jakież też było moje zdziwienie gdy po pierwszym odsłuchu z miejsca nastąpił drugi, trzeci, a nawet i czwarty bez jakiegokolwiek poczucia znużenia. Ot zwyczajnie dałem się porwać ze świeżym entuzjazmem dźwiękom jakie Szwedzi na The Ride Majestic zamieścili. Czemuż taki łasy na tego rodzaju formułę znowuż się stałem - takie pytanie sobie zadawać próbowałem i nijak nie mogłem skupić się na poszukiwaniu na nie racjonalnej odpowiedzi, kiedy totalnie wkręcony w kompozycje razem ze Stridem (ja pod nosem) on z cała mocą, teksty wyśpiewywałem. :) Noż jasna cholera przecież tyle razy to już robili, niewiele zmienili, bo jedynie ognia w porównaniu do poprzedniej produkcji więcej rozniecili z jednoczesnym zachowaniem regularnej chwytliwości w fantastycznych liniach melodycznych zawartej. Wielu pewnie te przebojowe inklinacje odrzucą, bo przecież gdzie w agresywnej muzie miejsce dla nośnych wokaliz. Ja akurat w przypadku Soilwork (mimo, że zbytniej słodyczy w gitarowym graniu nie znosze), jestem jak widać już chyba wiecznym niewolnikiem ich sposobu łączenia przebojowego charakteru z energetycznym czy może bardziej precyzyjnie się wyrażając, soft brutalnym wiosłowaniem i perkusyjna kanonadą. A tego jest na The Ride Majestic pod dostatkiem, w dodatku w wybornym solówkowym sosie podane i z autentyczną pasją zaprzeczającą jakoby lata na scenie z witalności ogałacały. Gdy dodam do tego ciekawie uchwycony motyw z koperty płyty, to jestem w pełni usatysfakcjonowany. Nikt na siłę nie obiecywał (szumu wielkiego wokół płyty nie zanotowałem), że będę ponadstandardowo zadowolony, więcej sam byłem przekonany, iż ekipa Soilwork stając nawet na wysokości zadania, wznosząc się na wyżyny własnych umiejętności nie będzie w stanie mnie już zainteresować. Bardzo finalnie się zdziwiłem, że efekt przyjmuje z taką ekscytacją, szczególnie, iż na nowo się nie zdefiniowali, żadnej rewolucji nie przeprowadzili, a tylko udoskonalili formułę od dawna już dopieszczaną.
sobota, 14 grudnia 2013
Soilwork - Natural Born Chaos (2002)
Po raz kolejny odrobinę ponad
dekadę wstecz we wspomnieniach muzycznych się wybieram, by z dzisiejszej
perspektywy, bogatszy o lata kontaktów z albumem, co tematem mych przemyśleń
się skonfrontować. Na tapecie przełomowy krążek szwedzkich kombinatorów, co w
nazwie jakieś nie do końca mi jasne odniesienie do brudnej roboty jak dobrze odczytuje mają. Żadna
to przecież wyjątkowo niehigieniczna praca z powstawaniem ich
produkcji jest związana. Sound potężny, mocny, soczysty i przede wszystkim
sterylny - pozbawiony brudnej, syfiastej maniery. Chyba, że w ich przypadku ta
robota nie brudna, a zwyczajnie ciężka – co też z dźwiękami nie współistnieje w
żadnej harmonii, bo jak słucham efektów ich działań, to odnoszę wrażenie że z
lekkością i łatwością w osiąganiu zamierzonego rezultatu mam do czynienia. Nie próbuje mętnie już dochodzić znaczenia nazwy grupy, a skupie się natychmiast na
Natural Born Chaos. A jest tu, o czym w kontekście kariery Soilwork pisać, bo
po dwóch pierwszych albumach typowo na kliszach melodyjnego deathu się opierających,
już trójka w postaci A Predator's Portrait przyniosła zajawki kształtującego się
oryginalnego jak na ówczesne czasy stylu grupy. Kiedy jednak poprzedniczka
chaosu wrażenie potężnego rozkroku stylistycznego robiła (takiego etapu
przejściowego), to już on sam jednoznacznie w kapitalnym stylu przewracał scenę
wydrwionego w metalowym środowisku miękkiego, lukrowanego na wszelkie
gitarowo-klawiszowe sposoby (i tu uwaga, nadużycie oczywiste) death metalu. Nigdy nie byłem zwolennikiem
nazywania death metalem (bez znaczenia jakich dodatkowych finezyjnych określeń
towarzyszących się nie używało), prezentowanego przez ekipy z zza Bałtyku melodyjnego
stylu grania. Gdzie tu jakakolwiek z śmierć metalem zbieżność – toż to przecież
trzeba być kompletnie pozbawionym jakiejkolwiek wiedzy o hałasie by takie
dyrdymały rozpowszechniać? Natural Born Chaos to zupełnie nowa jakość w
gitarowym łojeniu, bardziej z energetycznym heavy spokrewniona, niż cokolwiek mająca
wspólnego z ekstremalną rzezią. Po cholerę ja tu próbuje jakąś konkretną łatkę
tym dźwiękom przypisać, już lepiej zwyczajnie w kilku słowach elementy
charakterystyczne tej energetycznej hybrydy określić. Podstawą tu dynamiczna konstrukcja jaką buduje sekcja rytmiczna, co rusz zmieniające się tempa, rzężące gitary,
melodyjne solówki i klawiszowa dekoracja. Ona akurat w przypadku tej płyty zdecydowanie
na tyle charakterystyczna, że przez jej pryzmat całość w znacznym stopniu
odbierana. Instrumentalna jakość w słowa została już myślę po części ubrana i
pozostaje teraz przejść do sedna nietuzinkowości jak na owe czasy prezentowanej twórczości
Soilwork. Nim wokalny dualizm Björna Strida, który z łatwością i przebojowym
wyczuciem dzieli strukturę werbalną na tą ryczącą i tą z czystymi partiami -
najczęściej w refrenach stosowanymi. I tu druga zmiana w stosunku do
poprzedniczek w naturalny sposób narzucona przez charakter wokaliz się w oczy,
czy bardziej uszy rzuca. To szablon zwrotka i refren we chwytliwym anturażu różnorakich efektownych
zagrywek czy spektakularnych popisów. One scalone w zwartej formie zwyczajnie
owoc w postaci piosenek przyniosły. To już nie trochę toporne sklejanie
poszczególnych pomysłów, tylko esencjonalne aranżacyjne perełki. Może to nie
najbardziej wymagająca od słuchacza wytrawna dźwiękowa forma, jednak tak zgrabnie
skonstruowana, że ja nadal z ogromną przyjemnością do zawartości Natural Born
Chaos powracam i bez żenady się do tego przyznaję. Kawał dobrej gitarowej muzy
wtopili ci goście w tą płytę, podkreślając walory sonicznej finezyjnej młócki
rewelacyjnie sugestywną okładką. Rzadko się grajkom udaje w tak trafny sposób dobrać
obrazek z koperty do tego, co wewnątrz zawarte. Tak rodzi się naturalny chaos,
znaczy ze zręcznością nagrany album. :)
czwartek, 20 czerwca 2013
Soilwork - The Living Infinite (2013)
Powstanie najnowszej produkcji
Soilwork poprzedziło kolejne odejście ze składu filaru kapeli Petera Wichersa, stąd pojawiły się w mojej świadomości oznaki niepewności co do formuły
przyszłego albumu. Powróciło uczucie rozczarowania jakim niewątpliwie był Sworn
to a Great Divide, krążek bez udziału głównego gitarowego. Dodatkowo poczucie
zaniepokojenia wzbudziły zapowiedzi, iż w niszy zajmowanej przez Szwedów będzie to akt bezprecedensowy, całość
przygotowywanego materiału zawierać miał się bowiem na aż dwóch dyskach. I tu
niepokój sięgnął niemal zenitu, a wniosek mój był druzgocący! Odszedł Wichers,
a panowie popadli w megalomanie! W przekonaniu moim budowanie rozbuchanych,
dwupłytowych czy też jedno-krążkowych albumów o czasie trwania co najmniej 70
minut najczęściej jest przejawem samozachwytu, poza tym niesie ze sobą ogromne
ryzyko przygotowania porcji materiału ciężkostrawnej nawet gdy jakość
twórczości jest wysoka. Nie mam przecież w zwyczaju nawet ulubionych potraw
spożywać w ilościach hurtowych. Lepiej oczywiście pozostawić niewielkie uczucie
niedosytu niż doprowadzić do przejedzenia! I nadszedł ten dzień kiedy krążki zagościły w moim odtwarzaczu, a przestrzeń mieszkalną wypełniły
dźwięki The Living Infinite. I niestety pomimo całościowego dobrego efektu
finalnego zmierzenie się z 80 minutową porcją czasem zbyt oczywistych
zaśpiewów Strida spowodowało pewne odczucie przemęczenia. Nie polegli, jednak
brakowało całości pewnej magii, czegoś co mobilizowało by do ciągłego wracania
do albumu. Gdzie tkwiła geneza takiego odbioru płyty – na odpowiedź
potrzebowałem jeszcze kilkukrotnego zdiagnozowania kompozycji, wgryzienia się
utworów w moją podświadomość. I po krótkim czasie dotarł do mnie wniosek
oczywisty, iż powodem jest zwyczajnie upchnięcie pośród wałków niemalże
olśniewających kilku nierównych, banalnych czy monotonnych co radykalnie
obniżało jego jakość. I wtedy podjąłem się zadania aroganckiego, jakiego pomimo
przesłuchania niemal tony krążków do tej pory nie zrobiłem. Mianowicie okroiłem
„nieskończone życie” do 12 kawałków i rozpocząłem na nowo przygodę z najnowszym
wypiekiem Soilwork – w takim autorsko-edytorskim wydaniu. I stał się cud rzekłbym,
gdyż ten tuzin w moim przekonaniu najwartościowszych przedstawicieli
pełnowymiarowego The Living Infinite stworzyło album monolit o zwartym
charakterze, trzymającym przez 50 minut w pełnym zaciekawieniu, mobilizującym
po odsłuchu do ponownej z nim relacji. Ten niecodzienny zabieg pozbawił w
przekonaniu moim wszelkich dotychczasowych uwag jakie wobec produkcji
kierowałem, dodając jednocześnie kilku niezauważalnych wcześniej walorów.
Świetne kopiące dynamiką kawałki pomimo wielokrotnych już odtworzeń wciąż na
dzień dzisiejszy zachowują świeżość, uwypuklając to wszystko co w twórczości
formacji cenie najbardziej, a co zawiera się w triadzie: dynamika wespół z
żywiołowością – niebanalna przebojowość – pomysłowość! Dzięki tym cechom album
ten stanowi dla mnie niejako hybrydę dwóch wcześniejszych produkcji grupy,
gdzie przebojowość i zwarta forma zdominowały Natural Born Chaos, a niemal
progresywne rozpasanie zagościło na The Panic Broadcast. Cechy te uzbroiły The
Living Infinite w walor świeżości, połączony z możliwością odkrywania smaczków
gęsto poukrywanych pod zwartą formą fasady. Nie chcę na koniec silić się na
banały czy świrować mądrali jednak z pisaniem albumu jak z życiem. :) Nie popadajcie w samozachwyt bo nawet jeśli jesteście lubiani czy cenieni
lepiej wyjść gdy żar tli się jeszcze wyraźnie gdyż wtedy bardziej będziecie
oczekiwani, a i ponowne jego rozpalenie będzie prostsze niż czekać aż wygaśnie
ogrzewając wasze ego. Jeśli dobrze rozumiecie o co mi chodzi!
Subskrybuj:
Posty (Atom)









