poniedziałek, 31 sierpnia 2026

Phoebe Bridgers - Lost Weekend (2026)

 

Ja o tej Pani niemal całkiem zdążyłem zapomnieć, a powodem częściowo sześcioletnia przerwa studyjna i estetyka w jakiej tworzy. To w sumie rzadka sytuacja, iż pomiędzy stuffem codziennym sięgnę po folkowo-indie rockowe ballady, jakie z równą swobodą można wspólnie pośpiewać przy ognisku w towarzystwie miłośników amerykańskiego folk rocka sprzed ponad pół wieku, jak i studyjnie interesująco bogato zaaranżować, by wówczas trudno było ponad kręgosłup akustyczny ponucić co tam w kompozycjach na przestrzeni czasu się wydarza. Nie mówię rzecz jasna o komplikowaniu matematycznym struktur, tylko doskonałym wyczuciu muzycznej faktury i podpieraniu się subtelnymi, lecz też zaawansowanymi aranżacyjnie pomysłami. Dlatego nawet jeśli na codzień nie korzystam obficie, to odtrutkę taką na wszechobecną tandetę plastikową amerykańską szanuję, a tym bardziej gdy w artystce drzemie równoczesnie pięknie wybudzany kiedy trzeba talent do pisania rzeczy najzwyczajniej emocjonalnie ekscytujących. Bez silenia się na przebojowość, tylko wydobywanie jej przy okazji z głębi kompozycyjnej erudycji, aby nie przejmowała nad nią dominacji, a urokliwie imponująco wraz z innymi elementami składowymi dopełniała się dla dobra siły oddziaływania efektu finalnego. To artystyczna jest emanacja dojrzałości i wrażliwości w kontekście tak muzyki jak i liryków, jakie opowiadając z autentyzmem po swojemu, odnoszą się poniekąd do "filmu Stracony weekend i 18-miesięcznego romansu Lennona podczas związku z Yoko Ono" - prawda że mało nijako? :) Do niego (film i separację w związku celebrytów mam na myśli) i własnych Phoebe przeżyć z ostatnich lat, w których sporo się działo i niekoniecznie dobrze, jakby marzyło sfinalizowało, bo jeśli ubrać ciuszki śledczego z Pudelka czy innego takiego, to chyba związek Phoebe z Paulem Mescalem w międzyczasie się rozpadł i w umyśle i wrażliwości artystki naturalnie potrzeba było, przez filtr strat i bólu go przesączyć, aby się samemu nieco "poterapetyzować" - co introwertycznie tutaj, już z perspektywy nowej relacji partnerskiej czyni. W jednym zdaniu podsumowując, Lost Weekend ma prawo dotrzeć do serca fanów dość różnych stylistyk dźwiękowych, bowiem gdy do mnie dociera, a aj podkreślam iż neo folkowo nie jestem ukierunkowany, to znak że moc tego albumu drzemie głębiej niż jego gatunkowa przynależności. Stąd polecam szeroko. 

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Drukuj