Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Coma. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Coma. Pokaż wszystkie posty

poniedziałek, 30 maja 2022

Coma - Pierwsze wyjście z mroku (2004)

 


Z debiutem Comy dość długo kontaktu nie miałem i nie ma w tym żadnego powodu, z drugim czy też dnem trzecim. Prozaicznie zalew dobrego grania, jeśli tylko jest chęć internetu wertowania, nie pozwala na bieżąco się nudzić, ni minut, godzin, dni mitrężyć, nawet na zbyt częste powroty do albumów, które miały swój czas w życiu fana, lecz z czasem naturalnie ustąpiły miejsca temu co tu i teraz. Cieszę się wciąż, iż nie żyję wyłącznie nostalgią do tego co było i nie mam ochoty nazywać współczesnej muzyki gorszą, a to co kiedyś stawiać na piedestale - przede wszystkim przez pryzmat mechanicznej nostalgii. To jeszcze nie teraz, to jeszcze nie ten czas - przyjdzie, nie przyjdzie? Oby nie nastał! Pierwsze wyjście z mroku może nie stawiam z racji okresu w jakim swoje triumfy święciło, pośród krążków które mnie kształtowały, bo dużo wcześniej solidne zręby dla gustu zbudowałem, a zainteresowanie pierwszym albumem Comy traktowałem jako fajną odskocznię od coraz bardziej skomplikowanych form, jakie mnie wówczas w ambitną otchłań wciągnęły. Poza tym też, jako powrót do łask szerszej młodzieżowej publiczności klimatów czysto rockowych. Takich jakie wprost smarkaczy najbardziej interesowały w latach osiemdziesiątych i przede wszystkim z równą mocą co najmniej do połowy dziewięćdziesiątych. Muzyki pobrzmiewającej mega popularnym grunge'm, ale namiętnie po inspiracje sięgającej także w obszary bardziej melodyjnego hard core'a, funky rocka czy rozwijającej swoje motywy na podobieństwo aranżacji bardzo progresywnych. W te rejony gdzie najważniejszy puls basu, groove ogólnie płynący z sekcji rytmicznej, zatapianie się w morzu bujających semi akustycznej atmosfery - proporcjonalnie równocześnie mroku i agresji ciężkiego dobrego riffu. Muzyki z serducha i z kapitalnie podkręconego pieca - z niebanalną melodyką i o sugestywnie udramatyzowanym charakterze. Fantastycznie wokalnie zinterpretowanej, głosem silnym i emocjonalnym. Takiej która niczego odkrywczego nie jest synonimem, ale potrafi przyciągnąć i uzależnić - daje szansę na utożsamienie się z nastrojem i tekstami, które akurat dla Piotra Roguckiego nie stanowiły li tylko mało znaczącego dopełnienia instrumentalnej warstwy. Tekstów bogatych w metafory - rozmarzonych i gniewnych, w immanentnym dla stylu autora poetyckim duchu. Dzisiaj wracam do Zbyszka, Sierpnia, Chaosu kontrolowanego, Czasu globalnej niepogody, Stu tysięcy jednakowych miast czy Leszka Żukowskiego i cieszy mnie ten powrót póki co niezmiernie. :)

środa, 22 grudnia 2021

Coma - Zaprzepaszczone siły wielkiej armii świętych znaków (2006)



 
Minus ledwie lat piętnaście, a ja mam uczucie jakby wieki minęły od czasu wydania drugiego albumu Comy, kiedy to ich kariera (wciąż tak myślę) zasłużenie na polskim rynku eksplodowała. Nie przestaje bowiem czuć mięty do zawartości Zaprzepaszczonych sił wielkiej armii świętych znaków i także tym samym (szeroki uśmiech) nie poczuwam się do odpowiedzialności za błędy młodości, czy nie odczuwam wstydu (ironia) z jakim pozostawanie fanem Comy wówczas się wiązało, gdy oto tak bezczelnie przywrócili popularność polskiego rocka młodzieży absolutnie nie mogącej pamiętać boomu z początku lat dziewięćdziesiątych. Faktycznie to uważam, iż czas akurat z tym krążkiem obszedł się zdecydowanie łagodnie, bowiem odtwarzany dziś, bez kontekstu historycznego zawiera uniwersalny przekaz liryczny i muzycznie jest zawieszony w równie odpornym na korozję gatunkowym uniwersum. Znakomite kompozycje tworzą tą ponad siedemdziesięciominutową całość i tak samo czerpią inspirację z grunge'owej spuścizny (okładka i czas trwania, czy to nawiązanie do Superunknown Soundgarden? ;)), jak i determinanty świadczące o fanowskim uczuciu do Audioslave i Rage Against the Machine - akurat w naszym rodzimym, znacznie uboższym wydaniu crossoverowym spod logo Flapjacka czy Illusion (System, wyrywająca z butów Tonacja, Nie ma joozka i najbardziej odjechana Schizofrenia). Z progresywnym poza tym sznytem, bo rozbudowany numer tytułowy, to kapitalnie rozpisana na czternaście minut kompozycja, fantastycznie rozwijająca tematy i obok Listopada najbardziej ambitnie udana próba nawiązania do najlepszych "epickich" wzorców. Mam ja ponadto fantastyczne wspomnienia związane z koncertami Comy i pamiętam, że nawet w niegrzeszących dobrą akustyką częstochowskich klubach potrafili zabrzmieć selektywnie i potężnie. Zasługa człowieka (osób) stojących za konsoletą, ale też z pewnością właściwościom stylistyki w jakiej obrębie Coma wówczas się poruszała. Riff konkretny, basowe figury i bębnienie z groove'm plus jakieś elektroniczne ornamenty - bez kotłowania się dźwięku dla samej efektownej pozy, tylko w zamian dobrze rozumiane korzystanie z potencjału względnej prostoty. Nie napiszę więc o dwójce Comy złego słowa, bo wciąż czuję z nią więź emocjonalną i nadal porywa mnie jej wewnętrzna dramaturgia. Stwierdzę nawet, że od czasu Comy w takiej jakościowo kapitalnej artystycznej formule, nie zaistniał w naszym polskim grajdołku żaden przedstawiciel rocka mainstreamowego, który mógłby śmiało z ekipą Roguckiego konkurować. Bo co dzisiaj w polskim rocku piszczy? Bida Panie piszczy! Sama Coma się pogubiła, a takie akcje jak Cochise Małaszyńskiego to żart na poziomie Braci, rodzeństwa Cugowskich. 

P.S. O naczelnym temacie przy omawianiu twórczości Comy (przy wznoszącej krzyk herbacie) nie napiszę więcej, niż zdążyłem napisać dotychczas. Jakie są teksty Roguckiego każdy widzi. Bierzesz i identyfikujesz się albo nie. Proste.

wtorek, 20 listopada 2018

Coma - Hipertrofia (2008)




Był listopad 2008-ego, kiedy to Coma wydała Hipertrofię, czyli swój trzeci album, który okazał się rozbudowaną dwupłytową produkcją zawierającą aż 35 indeksów, w tym jeśli dobrze liczę 18 właściwych kompozycji w całościowej formule ambitnego koncept albumu. Warstwa liryczna krążyła wokół „życia ludzkiego, jako szeroko pojętej woli istnienia” i jak zwykle w przypadku Comy budziła sporo uwag i oceniana była skrajnie – od głosów niezrozumienia intencji, podkreślających kąśliwie, że to typowa gra-fo-ma-nia Roguca, po zachwyty nad ich poetyckim wymiarem i głębokim socjologiczno-psychologicznym wglądem w otaczającą rzeczywistość. Sam zainteresowany, czyli Piotrek Rogucki z dystansem komentował (stwierdzając rozsądnie), że ten kto już stykał się z jego literacką twórczością wie, iż to się lubi lub nie lubi i nie ma półśrodków. Myślę, iż biorąc poprawkę na ich specyficzny autorski styl, należy dostrzegać brak w niej banalnej dosłowności, w której miejsce wtłoczony zostaje interpretacyjny rebus - oczywiście czasem bez większego powodu nadto komplikowany. Intelektualna zabawa słowem tkwi w metaforze goniącej metaforę i jeszcze kolejną metaforą jest poganiana (momentami aż do nieznośnej przesady), co faktem jest może irytować i jak widać irytuje. ;) Lecz dzięki sprawnemu graniu przez Roguckiego dwoma skrajnościami (od subtelnej poetyki do bezpośredniej, nawet wulgarnej ekspresji), posiada w sobie ciekawie ubrane w znaczenia merytoryczne obserwacje i chwytliwą dynamiczną rytmikę, dzięki czemu akurat, to żaden wstyd, że mnie przekonuje. Kiedy dodatkowo zostaje opakowana w dość eklektyczne dźwiękowe struktury, w tym równie dobrze zaaranżowane zarówno progresywne kolosy jak i bezpośrednie uderzenia, to trudno mi w tym momencie udawać, że to się nie podoba i szczególnie w wymiarze zaproponowanym na Hipertrofii przynajmniej zasługuje na oklaski przez wzgląd na włożoną w nie aranżerską pracę. Dwa krążki składające się na ten ambitny projekt różnią się od siebie i tak jak umownie ten pierwszy jest zwarty z mocno wyeksponowanym konkretnym riffem i wokalną dosadnością, tak ten drugi na jego tle jawi się jako bardziej stonowany i refleksyjny, z użyciem sporej dawki urozmaiceń w postaci między innymi klawiszowych pomysłów budujących hipnotyczno-transową atmosferę, czerpiąc obficie na przykład z zapomnianej w maistreamowym rocku psychodelii. To taka oczywiście próba uporządkowania i usystematyzowania walorów Hipertrofii, jednako jakby nie dzielić i nie szufladkować, to należy przyznać, iż zadanie to trudne, bowiem to muzyka wielobarwna i pełna wyobraźni. Może poprzez względną, bo trzymaną jednak w ryzach rozpiętość stylistyczną uciekająca od megalomanii i oddająca właściwie sens stwierdzenia ambitne, a zarazem chwytliwe. Nie stroniąca od intelektualnych odlotów, nie uciekająca przed odważnymi eksperymentami formalnymi oraz przed emocjonalnością ocierająca się nawet zbyt mocno o patos i wreszcie używając sporej ilości melodii nie zamykająca się w szufladzie z napisem ”to wypada, a to nie wypada”, czym nawet jeśli mi nie imponuje, to wzbudza zasadny szacunek.    

wtorek, 17 stycznia 2017

Coma - Bez tytułu (2011)




W momencie ukazania się na rynku czwartej płyty łódzkiej formacji (bez tytułu - ale brawura ;)) mocno podkreślano zmiany stylistyczne, które jakoby zaszły w dźwiękowym obliczu grupy. Tyle że odnoszę wrażenie, iż bardziej niż rzeczywisty jej charakter istotny wpływ na takie spostrzeganie zawartości „czerwonego albumu” miała przede wszystkim chwilę wcześniej nagrana, dość eksperymentalna, zdecydowanie ryzykowna solowa płyta Roguckiego. Nie znaczy to jednakowoż, iż żadnych zmian nie dostrzegam, one są, tyle że w znaczeniu formalnym w stopniu ilościowym, mniej jakościowym. W stosunku do rozbuchanej, nazbyt obszernej czasowo Hipertrofii, kompozycje i całość zamknięte zostały w bardziej zwięzłych formach, nie pozbawionych jednako cech charakterystycznych dla stylu Comy. Bo oto jest na równi chwytliwie i ambitnie, czasem konkretnie „na ostro” na fundamencie wyeksponowanego basu i rwanych riffów, jak i melancholijnie, tak wyraźnie pod względem lirycznym refleksyjnie. Może jedynie od tego szablonu odstaje singlowy Na pół o wpływach „blendersowych” z tym firmowym dla zapomnianych już gości od Czarnego ciągnika chórkiem. :) Ale to tylko jedna taka wycieczka w stronę list przebojów dla "popowego" rocka, która pomimo istotnie radiowego charakteru jest ciekawym urozmaiceniem i idealnie sprawdza się jako towarzysz samochodowych podróży. Ogólnie w moim przekonaniu, z mojego doświadczenia wiem, iż cały krążek kapitalnie odnajduje się podczas dojazdu i powrotu z pracy i jest mimo, iż pod względem tekstowym gorzką diagnozą nędznej kondycji współczesnego polskiego społeczeństwa, to muzycznie daje pozytywnego kopa. To sprzeczność i może powód by czepiać się, że niby nonsensy wypisuję, ale nie uciekam przed subiektywnym odbiorem dźwięków i nie sugeruję się cudzymi odczuciami, tylko polegam na własnym (może osobliwym?) spostrzeganiu tej materii. Ona może na albumie z 2011 roku mniej skomplikowana, silniej inspirowana bezpośrednim odreagowaniem, po nieco nazbyt nasączonej megalomanią poprzedniczce, ale nadal do bólu charakterystyczna dla maniery zarówno instrumentalnej jak i tej tekstowej, posądzanego niesłusznie o grafomanię Roguca.

P.S. Dopiero z perspektywy ostatniego wydawnictwa zespołu słychać, że wolty na Czerwonym albumie to absolutnie jeszcze nie było. 

środa, 12 października 2016

Coma - 2005 YU55 (2016)




Ooooo! Co "tu tu" się odpier****? Shitstorm wokół nowej płyty Comy to już nie kilka pierdnięć co bardziej rozczarowanych amatorów poetycko-publicystycznej twarzy Roguckiego, lecz regularna kanonada całej rzeszy wyrosłych na twórczości łódzkiej formacji "fanów". To już nie jest hejt złośliwców, czy drwiny prześmiewców, tylko atak armii na własne dowództwo. :) Kierunek w którym Coma na 2005 YU55 się udała nie został zaakceptowany i głos fanów pod uwagę wzięty, gdy zarys albumu był konstruowany. Stąd to larum i oburzenie - skandal i dramat tysięcy! W istocie rzeczy mnie to bawi i faktycznie nie zaskakuje, bo to naturalne, że publiczność ma swoje wymagania, szczególnie kiedy do tej pory stawała murem za muzykami, gdy nieżyczliwi pomyje wylewali. W ich mniemaniu, według zasady wzajemności, to ta lojalność rzecz jasna pod uwagę powinna być brana, szczególnie że (i tu jest sedno, powód mojego uśmieszku) bronili specyficznej grafomanii Roguca, a teraz sami ją dostrzegać chyba zaczęli, bo Piotrek rozpieszczony w samozachwycie się rozpłynął i poszedł na całość, bez hamulców jakichkolwiek. Nie próbowałem nawet głębiej rozkminiać o co jemu chodzi w tych lirykach, bo to tak subiektywne spojrzenie i niecodzienne w formie owego manifestowanie, iż misja ta z góry skazana na niepowodzenie. Chociaż nigdy nie mówiłem o człowieku jako literackim błaźnie, to gdzieś czułem się częstokroć oniemiały, zawstydzony, czy zagubiony pośród szumnych metafor i innych zbyt intensywnie wykorzystywanych środków stylistycznych. Faktem jednak było, że osobliwy styl w większości był w miarę zrozumiały, a warstwa tekstowa odnajdywała się mimo wszystko w kontekście konwencjonalnego rocka. Teraz nastąpiła eksplozja w obu wymiarach i dzieci Comy (nie, nim nie jestem) czują się cholernie zagubione w tym chaosie inspiracji i obserwacji, artykułując w necie własne odczucia. Nie ma w nowych numerach tak przejrzystych struktur, gdzie zwrotka i refren wyznaczają proporcje, dając intrygujący temat do przemyśleń i szansę na podśpiewywanie. Zamiast tego są w większości syntezatorowe efekty, podbijane odjechanym riffem z minimalnym udziałem solówek. Kiedyś u zarania obserwując rozwój Comy na myśl przychodzili mi klasycy z Hey i ich droga od amerykańskiego rocka na grunge'owych podwalinach do aranżacyjnych perełek wykorzystujących różnorodne elektroniczne brzmienia. Czułem, że Coma posiada w sobie podobną potrzebę rozwoju i hmmm... może to nadużycie, zbyt daleko posunięte porównanie, Rogucki poetycko płynie na podobnym Nosowskiej autorskim lirycznym szlifie. Teraz jednak jestem w tzw. kropce - dostrzegam analogię i czuję potężną różnicę w jakości. We łbie kotłuje mi się myśli sporo i fundamentalne pytanie prześladuje. Czy muzycy Comy tak już dalece odlecieli w megalomanię, iż w samozachwycie i poczuciu wyjątkowości niebezpiecznie ugrzęźli, czy może to taki silny wewnętrzny impuls, natchnienie głębokie, naturalny nakaz duszy kazał im spisać automatycznie podświadomości projekcje i ubrać je w dźwięki niespecjalnie ponętne? Nie wiem, za głupi jestem! Czy to ekstrawagancki bełkot, czy wartościowa myśl geniusza? Pozwolicie, że pozostanę z tym dylematem?

poniedziałek, 10 marca 2014

Coma - Live (2010)




Coma dosyć niewdzięcznym obiektem zainteresowania czy więcej fascynacji się jawi, bowiem oto ma zarówno zagorzałych, ślepo niemal wpatrzonych fanów jak i równocześnie jest wyszydzana przez bezwzględnych hejterów czy elitarnych znawców muzyki niepopularnej. I jak tu publicznie pokazać się w koszulce z ich logo, kiedy to jawnie od pupilków tak zwanej gimbazy są zwymyślani. Ja tam ich t-shirtu nie posiadam ale kilkukrotnie dane mi było na ich koncert zawitać i przyznać muszę, że świetne kameralne widowiska to były. Poryczałem sobie z Rogucem w towarzystwie sporego przekroju wiekowego i jakiegoś poczucia uczestnictwa w szczeniackim spędzie nie miałem. Mniejsza o to - myślę, że zwyczajnie sporych rozmiarów to nadmuchany balon zawiści i zazdrości tworzy taki klimat wokół grupy. Dodatkowym bodźcem do tych radykalnych sądów jest specyficzna literacka maniera Piotra Roguckiego, pełna trudno definiowalnych metafor czy alegorii, a w skrajnych opiniach pospolitej grafomanii. Mnie ta często niezrozumiała żonglerka słowem nie drażni, ani nie zachwyca - jest sprawnie skonstruowanym zlepkiem buntowniczych nastrojów, gorzkich życiowych przemyśleń czy trafnych obserwacji suto podlanych poetyckim zacięciem autora. Takim kompromisem pomiędzy filozofującą zawartością merytoryczną, a chwytliwym brzmieniem samych użytych określeń. Muzycznie natomiast zawsze jest z polotem, pomysłem, znajomością kompozytorskiego rzemiosła i aranżacyjnym szlifem pełnym subtelnych smaczków czy oszczędnie, powoli rozwijanych atrakcyjnych tematów z linią basu i gitary na pierwszym froncie. I wszystko o czym tu już chwile truje odnajduje w zapisie tego warszawskiego gigu, plus arsenał wszelkich środków audiowizualnych charakterystycznych dla produkcji koncertowych. Ciekawa (szczególnie na otwarcie, kapitalny pomysł z tą kamienicą) nieco spartańska scenografia, poprawne światła, solidne brzmienie oraz naturalnie spore zaangażowanie i biegłość instrumentalistów, dowodzone pozbawioną płaskiej żenady konferansjerką wokalisty. Nie da się ukryć kto tu jest centrum projektu, Rogucki daje to do zrozumienia każdym gestem, wspieranym wyjątkową ekspresją i możliwościami barwy głosu. Ja przynajmniej w kilku momentach zupełnie dałem się porwać interpretacyjnemu majstersztykowi takich kompozycji jak Zaprzepaszczone siły wielkiej armii świętych znaków  czy rozimporowizowanej brzmieniowo pieśni o Zbyszku - koledze z wojska. Jak ktoś lubi Come to nie będzie w żadnym stopniu rozczarowany, natomiast pospolici malkontenci czy celujący w sztukę wysokich, nadętych lotów, taką poprzeginaną, gdzie forma przerasta treść, wyprzedza swą niezrozumiałością oczekiwania i jest taka intelektualnie niedościgniona nawet nie spróbują, a swoje będą pieprzyć. Tak już jest i trudno, ja tego nie zmienię i nie zamierzam nikogo namawiać, pozwalam każdemu by swoją przestrzeń artystycznie według własnych preferencji zagospodarowywał, a jak ma ochotę pojęczeć, pożalić się czy nawet opluwać to niech to robi, byleby merytorycznie. :) Dla mnie nie ulega wątpliwości, że w rockowym mainstreamie, tym gdzie wyżej cenione walory muzyczne, czy emocjonalna wrażliwość od jedynie finansowych perspektyw i sztucznie kreowanej fałszywej fasady, w naszym grajdołku nie mają sobie równych. To wyjątkowa jakby nie być w zdrowy sposób krytycznym wobec ich twórczości grupa, dla mnie równie ważna w polskiej muzyce popularnej jak swojego czasu ekipa Kasi Nosowskiej. Może to daleko idący osąd, jednako gdzieś tam słuchając ich płyt, podskórnie na myśl mi przychodzi ewolucja stylistyczna i zawartość liryczna jaką albumy Hey posiadały. Chuj z tym niech mnie od mentalnego gimnazjalisty wyzywają! :) Pojadę teraz klasycznie obciachowym Michałem Wiśniewskim - chociaż jestem sobą, znaczy jestem jaki jestem! :) ;)

Drukuj