Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Amorphis. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Amorphis. Pokaż wszystkie posty

wtorek, 6 stycznia 2026

Amorphis - Borderland (2025)

 

Kiedy w okolicy roku bodaj 2005 Amorphis (po perturbacjach z Pasi Koskinenem) zasilał na pozycji frontmana Tomi Joutsen, a wydany w około rok później Eclipse pokazywał jakim wokalnym potencjałem idealnym dla Finów nowy wokalista dysponował, byłem pełen nadziei na dalszy rozwój amorphisowej stylistyki - mimo, iż Eclipse raczej cofał ich nutę, niż przenosił mocno ku ewolucyjnym przemianom. Posiadał jednak ów krążek siłę przekonywania tak intensywną, że pomimo pobrzmiewających sygnałów o przyszłościowej stagnacji, łba sobie wówczas jeszcze nie nabijałem pesymistycznymi przekonaniami. Cieszyłem się jak smarkacz, iż nowe otwarcie jest tak żywiołowe i tak melodyjnie obfite i dopiero kolejne płyty włączyły na dobre przekonanie, że Amorphis z Joutsenem, to absolutnie nie będzie wchodził na tereny nieodkryte, tylko zaszyje się w swojej niszy, gdzie chyba oddana fan baza na tyle duża, że wystarczy ich dokarmiać, by trwać - nagrywać i koncertować. Dzisiaj po dwóch dekadach po przekształceniach i po wydaniu na świat kolejnego studyjnego wydawnictwa wszystko co w ostatnim zdaniu napisałem jest jak najbardziej aktualne i jedyne co więcej na temat Borderland mogę dodać, to powtórnie podkreślić przekonanie, iż pośród numerów wciąż od nowa nagrywanych, które do bólu są przecież takie same, nie ma nic kompletnie co... no właśnie - co by dawało sygnał o jakiejkolwiek, najbardziej minimalnej tendencji rozwojowej. Lecz (uwaga uwaga ;)) jakoby bieżące nie różniło się od przeszłego, to moc chwytliwości każdego indeksu z Borderland jest tak potężna, że na kilka (może pięć - palce jednej łapki) wystarczy śmiało. Krążek to bowiem z oczekiwanym niskim poziomem wejścia i zapewne niskim terminem przydatności, więc trzymający się kurczowo przepisu jaki okazało się, iż dał ekipie z Helsinek satysfakcjonujący ich sukces oraz zwolennikom nuty potężnie emocjonalnej i potężnie epickiej oraz równie potężnie riffem i klawiszem dobitej, jak rzecz jasna wyryczanej zajebiście gardłowo powód do posiadania w kolekcji - bez względu że Borderland w sumie mają już na półce z innymi tytułami i innymi obrazkami na okładce. 

P.S. Mogę psioczyć, ale złorzeczyć Amorphis nie ma mowy że będę, kiedy sam się tęgo wzruszam przy na przykład Despair - jaki sam jeden zapętlam właśnie już więcej niż piąty raz z rzędu. 

piątek, 15 marca 2024

Amorphis - Skyforger (2009)

 

Skyforger to ten pierwszy spośród krążków z Tomim Joutsenem na wokalu, za sprawą którego kompletnie mi się od Amorphis ulało i tak sobie uczciwie zadaje pytanie, czy gdy wychodził ja już miałem do niego z góry negatywne nastawienie, bo poprzednik swoją robotę wykonał w tym względzie podstępnie skuteczną, będąc już na poziomie oprawy graficznej dla mnie nieatrakcyjny, a przez pryzmat zawartości muzycznej już jednoznacznie dawał mi do zrozumienia, iż to nowe otwarcie (Eclipse), nie będzie się już charakteryzowało tak jak czas z Pasi Koskinenem za mikrofonem rozwojem, w sensie całkiem wyraźnej ewolucji, choć bez cech rewolucyjnych. Eclipse było niby bardzo klasyczne, lecz udział nowego głosu (trzeba przyznać ma Joutsen czym pod tym względem zachwycić) pozwolił by ewentualną powtarzalność wybaczyć. Natomiast Silent Waters pojechała u mnie jeszcze z początku na rozpędzonym szczęściu, że Amorphis się w ogóle odrodził i bez wstydliwego aspektu związanego z kompletna porażką kompozycyjną. Artystycznie jednak obiektywnie nie miała podobnie jak poprzednik czym się pochwalić i kiedy zamęt z nowym otwarciem ucichł, a Skyforger wydany w trzy lata później nie przyniósł nic prócz odbijania numerów od sztancy, to powiedziałem pas i nie będę tutaj dzisiaj szerzej tłumaczył czy tym bardziej posypując głowę popiołem usprawiedliwiał swojego stosunku do krążka wydanego lat 15 temu. Wiem też naturalnie co było w tej historii dalej i że nawet jeśli Amorphis nigdy nie wydał gniota kompletnego i czasem rzucił fanom nawet jakiś wyjątkowo dobrze klejący się do ucha i zarazem względnie ciekawy kawałek, to żalu do siebie nie mam, iż sobie go odpuściłem. Skyforger akurat ma pecha że powstał po Silent Waters, a Silent Waters ma farta, że został nagrany przed Skyforger. Oprócz roku wydania, okoliczności i kontekstu, nic je w sumie od siebie nie różni, a SW na blogasku chwaliłem. Prawda że tak brzmiące komplementy są straszliwie przygnębiające?

niedziela, 29 października 2023

Amorphis - Silent Waters (2007)

 


Gdy w chwili sprzyjającej odgrzewaniu starych muzycznych kotletów, porównam Silent Waters z co niektórymi "kompozycjami" jakie obecnie fanom Amorphis dość systematycznie w postacią albumów studyjnych podrzuca, to myślę sobie, iż ten wówczas drugim albumem z Tomim Joutsenem kontynuowany nowy rozdział w ich historii, można zapisać do kategorii "udane". "Pomimo iż", to nie jest dla mnie zaskoczeniem, że naprawdę przekonujące granie z Silent Waters, stawiam jednak poniżej poziomu sympatii jakim darzę albumy nagrane w drugiej połowie lat dziewięćdziesiątych, czy też tych jakie Amorphis napisał i nagrał na przełomie wieków - jednym słowem sentyment. :) Silent Waters także w hierarchii ustawiając, pozycjonuje poniżej Eclipse (2006), chociaż gdyby obydwa krążki porównać, to tak jakbym słuchał jeden za drugim przykładowo z repertuaru The Gathering Mandylion i Nightime Birds. Niby to samo i niby nie to samo - zapewne nie kwestia stylistycznych różnic ani jakości, tylko znów przywiązania. Drugi materiał po zmianie wokalisty brzmi świetnie i jest znakomitym dowodem potwierdzającym tezę, że zespół się dotarł i kawałki napisane oraz forma wykonawcza to poziom najwyższy, a to co powstanie w kolejnych latach chyba już nie będzie miało szans na podobną bardzo wysoką ocenę. Przynajmniej ja po Skyforger (nie było słabo), to straciłem zainteresowanie nutą Finów (bo było kompletnie asekuracyjnie), a przesłuchiwanie kolejnych płyty w moim przypadku odbywało się przy okazji, bez poczucia oczekiwania na premiery. Były momenty że pojedyncze numery wpadały mi w ucho (to nie było trudne - charakterystyczna melodyka robi swoje), ale też rozwiązania rytmiczne oraz aranżacje motywów mogły chwilowo pobudzać apetyt. Niestety całościowo się nie kleiło z moimi gustami, a filozofią najbardziej, bo ja bym chciał aby Amorphis był programowo otwarty na rozwój, a nie jak w praktyce doświadczałem - do odtwórczego charakteru programowo straszliwie z każdym następnym studyjnym wypiekiem przykuty. Stąd akurat (jeśli dobrze liczę) ósmy krążek w ich historii lubię i dawać będę temu dowody, bo jeszcze wtedy liczyłem na ewentualne stylistyczne przełomy, które by ich muzykę urozmaiciły, a nie zapędziły w kozi róg, gdzie zespół myślę przy aplauzie mniej wymagającego fana się urządził. Uważam że to był błąd i szkoda tych możliwych muzycznych kierunków w których nie poszedł. Będę teraz snuł przez chwile wizję innego Amorphis, słuchając klasycznego Amorphis - bowiem jak zauważyłem, to Silent Waters lubię. :) 

wtorek, 16 maja 2023

Amorphis - Tales from the Thousand Lakes (1994)

 


Ależ te opowieści z krainy tysiąca jezior się rozpoczynały i jak bardzo mnie to intro kiedyś poruszało i jak bardzo nadal podniosły klawisz w parze z symulowanymi odgłosami przepływającej wody robi wrażenie, to ja nie wierzę. :) Być może dzisiaj takie motywy śmierdzą kiczem, ale jak człowiek je pamięta z perspektywy dojrzewającego, ale wciąż poniekąd jeszcze smarkacza, to sytuacja owa kompletnie zmienia bardzo dorosłą współczesną optykę - i to jest NA-TU-RA-LNE! Stąd "opowieści" nie są dla mnie ot tylko kolejną płytą, którą na trochę zimno odbieram, a jest płytą, jaką już na zawsze będę kojarzył przede wszystkim przez pryzmat młodości i coraz mocniejszego wpadania w otchłań metaluchowego grania. W kontekście czystości gatunku, drugi long Amorphis nie jest oczywiście metalem w krystalicznie czystej postaci, ale takim już kiedy debiut wypuścili być nie mógł, bowiem Karelian Isthmus będąc w rzeczy samej krążkiem death metalowym, to działo się w nim nieco więcej i to więcej, to akurat folkowe zabarwienie z nawiązaniem do skandynawskiej mitologii. Dzięki temu znacznie pod tym względem odważniejszy Tales from the Thousand Lakes, zawiera w sobie nie tylko fragmentami melodie podkręcone charakterystycznymi wątkami, ale idzie na pełnej w folkowe rozwiązania melodyczne i zyskuje muzycznie charakter (uwaga, będzie kontrowersyjnie :)) progresywnego doom-death metalu, inaczej odpycha praktycznie od siebie zainteresowanie radykalnych death metalowców i zespół wówczas z miejsca zostaje stygmatyzowany na scenie, jako nie na tyle brutalny, aby mógł być nazywany stricte death metalowym. Nie robi to myślę na Finach większego wrażenia, co udowadniać będą kolejne albumy, uciekając już na całego, najpierw w hybrydę rocka i metalu, by obiecująco ewoluować w stronę oryginalnego, nieco nawet psychodelicznego rocka na Tuoneli i Am Universum, a finalnie skończyć jako zespół posiadający oddanych fanów, ale nie posiadający potrzeby rozwoju. Tak, tak - stagnacja od wielu lat w ich obozie, rozpoczęta wpierw powrotem do brzmień mocniejszych, a finalizowana obecnie muzyką chwytliwą, lecz absolutnie nie inspirująco się rozwijającą, to w moim przekonaniu rozłożone na długie lata samobójstwo, bowiem tylko straszliwie zaślepiony fan może w nieskończoność tolerować nagrywanie wciąż tej samej płyty. Wracając jednak do Tales from the Thousand Lakes, być może zarzut, że w porównaniu do materiałów z ostatnich lat jest aranżacyjnie nieporównanie bardziej toporny, to wygrywa z nimi pasją i w kontekście miejsca i czasu wywarł znacznie większe wrażenie, odciskając niewątpliwie swój ślad w historii szeroko rozumianej muzyki metalowej. Posiada też w swoim programie prawdziwy amorphisowy hymn, bo inaczej statusu Black Winter Day nie powinno się spostrzegać. Tak, tak BWD jako numer ikoniczny ma swoje prawa i nie podlega żadnemu krytycznemu opiniowaniu, jednak ja chyba najbardziej pamiętam In the Beginning, bo to i fantastyczne melodyczne rozwiązania i udział bardzo charakterystyczny kobiecego głosu i pomimo iż każda kompozycja budzi sentyment, to ja jeszcze wyróżnię Magic and Mayhem oraz Forgotten Sunrise, obok wspomnianego In the Beginning, ponieważ w każdym z nich osobno klawisze zrobiły na swój sposób odmiennie dobrą robotę. Tales jest po prostu tym czym stał się przez prawie 30 lat od premiery, czyli jest doskonałym przykładem płyty, jaka mimo iż brzmiąca dzisiaj dość archaicznie, to posiada magię w jaką nie łatwo przecież ubrać pierwszy lepszy krążek. Zgoda? Jest zgoda? 

P.S. Tak tak - jest tu też takie coś jak To Fathers Cabin i jest też zauważalne!

niedziela, 17 kwietnia 2022

Amorphis - Halo (2022)

 


Postawię sprawę jasno! Nie byłem do Halo entuzjastycznie nastawiony, bo sporo w tej stagnacji stylu od lat mi się nie podoba i ochoty zawsze mniej na nowy album grupy, kiedy ona ustawicznie schematem karmi, a ten schemat prócz tego że swoim stylem nie bardzo kręci, to jeszcze na dłuższą metę naturalnie nudzi potwornie. Mój sceptycyzm był więc z punktu widzenia jak myślę nie tylko maksymalnie subiektywnych odczuć uzasadniony, a nawet mógł się skończyć podobnie jak w przypadku ostatniej jak dotąd produkcji Finów, wprost zignorowaniem jej, nie poddając próbie konsumpcji. Przyznaję iż tylko przypadek sprawił, że oto Halo poleciało i moje odczucia teraz poddane weryfikacji odsłuchowej sprowadzę po części wprost do przytoczenia doświadczeń z Under the Red Cloud (2015). Mianowicie słuchalność nowych kompozycji to jego zaleta - fantastyczne połączenie siły ekspresyjnej stylu Amorphis z jego melancholijnym sznytem i też ciężaru riffu z jego przyrodzoną melodyjną formułą. Każdy numer wyróżnia (co nieco w kontekście jednowymiarowej natury numerów zaskakuje) całkiem wyrazisty charakter, a sposób prowadzenia linii melodycznych posiada cechę związaną z gładkim przechodzenia w kolejne fazy, z uwzględnieniem pierwiastka dramatyzmu, dodającego całości koniecznego atrybutu utrzymującego zainteresowanie. Wynika z tego pokrętnego opisu, że właściwie nic się nie zmienia i to oczywiście prawda, bowiem Halo jest zwyczajnie kolejnym mega rozpoznawalnym krążkiem ekipy z Helsinek - jak zwykle bardzo łatwo przyswajalnym. Jednak jest tu coś wreszcie żywego, ale i niestety coś co odbiera mocy oddziaływania i sprowadza muzykę Finów na kurs dla mnie nieakceptowalny obecnie. To chyba nowość w ich nucie (mogę błądzić), że w kilku fragmentach korzystają z pompatycznych wręcz quasi orkiestracji, czy wsparcia chóru, miast trzymać się kurczowo tylko (może kuriozalnie to zabrzmi w kontekście uwag o schematach) ale klimatycznych i definiujących styl grupy folkowych melodyjek. One są, one dominują, ale tam gdzie zastępują je klawisze ze "smyczkami" robi się nieznośnie podniośle i tym samym mnie się ulewa. Tak czy inaczej oceniam Halo na plus, bo to zestaw jedenastu dynamicznych i naprawdę dobrze napisanych piosenek, a sam album w moim prywatnym rankingu trafia tym sposobem na wirtualną półkę obok Eclipse i Under the Red Cloud, czyli w towarzystwo najlepszych dokonań grupy po przejęciu mikrofonu przez Tomi Joutsena. 

P.S. Tak sobie jednak czasu Halo sporo ostatnio poświęcając myślę, że z tym podkreśleniem orkiestracji, to chyba bardziej ja przesadzam niż przesadza Amorphis. :)

wtorek, 20 lipca 2021

Amorphis - Far from the Sun (2003)

 


Far from the Sun spostrzegam dziś jako krążek kuriozum. Album w którym łączą się po latach odsłuchów wciąż odczuwalne witalne muzyczne emocje, tkwiące wyraźne w doskonałych kompozycjach, z wyczuwalnym jednocześnie zmęczeniem materiału - w sensie zaistnienia w owym czasie problemów personalnych w obozie zespołu. Jakiś czas po nagraniu Far from the Sun odszedł/wyleciał Pasi Koskinen i tym samym uznaję, iż najlepszy okres w historii grupy został domknięty. Niby w takiej sytuacji materiał powinien się nie kleić, bo współpraca pozbawiona chemii opór twórczej robocie stawia, a ku zaskoczeniu się klei - i to znakomicie. Kompozycje żyją tą charakterystyczna fińską melodyką jak za czasów wielkiej Elegy, czyniąc pośrednio uzyskany efekt wielobarwnym, a swoboda aranżacyjna wysoce zróżnicowanym. Utwory fantastycznie spajają w sobie dynamikę i moc wspomnianej Elegy, ze zdecydowanie bardziej zwiewną charakterystyką Tuoneli i Am Universum. Dzięki czemu powstał album niezwykle esencjonalny dla stylu ekipy powstałej na początku lat dziewięćdziesiątych w Helsinkach. Album wizytówka - wyrazisty i melancholijny zarazem, źródło radości i refleksji. :) Niestety wysoki potencjał został stłamszony przez mało profesjonalną postawę wielkiej wytwórni, której fatalna dystrybucja położyła promocję i odebrała szansę rozwoju. Podpisanie papierów z Pomaton/EMI miało otworzyć szeroko drzwi do mainstreamowej kariery, a jak się okazało w praktyce skazało poniekąd grupę na kryzys i zmusiło do nowego (niekoniecznie mimo doskonałego startu - Eclipse) udanego otwarcia. Nie pierwszy to przykład sytuacji ułatwiająco-utrudniającej karierę, kiedy wzrastał apetyt na coś więcej niż li tylko stricte metalowe powodzenie. Niewielu się udało, niewielu uważam jednak powinno w ogóle próbować. 

środa, 30 czerwca 2021

Amorphis - Tuonela (1999) / Am Universum (2001)




Dwie dekady wstecz, Amorphis wraz z Tuonelą i Am Universum wchodził na kolejny, wciąż pachnący świeżością i zapałem obiecujący poziom. Po Elegy (przełomowym dla ich kariery albumie, dzisiaj o statusie już wręcz kultowym) zafundowali sobie Finowie trzy lata studyjnego milczenia, co trzeba przyznać mogło okazać się ryzykowne. Zamiast kuć żelazo póki gorące, oni dali sobie czas na ochłonięcie i w pełni przełożyli studyjny sprzedażowy sukces na koncertowy potencjał. Kiedy wreszcie z kolejną płytą powrócili, można było natychmiast dostrzec, iż nie poszli na łatwiznę i nie nagrali Elegy 2, a w miejsce oczekiwanej powtarzalności wręcz znacząco rozwinęli się pod względem płynności i spójności aranży. Tuonela to pokrótce jeszcze więcej przestrzeni i lekkiego, choć merytorycznie zadumanego całkiem progresywnego rockowego feelingu. Mniej typowo metalowego sznytu, może nawet pazura, znacząco za to bardziej bogato pod względem rockowego luzu i piosenkowego charakteru. Niemal całkowity brak growlu, z miażdżącą przewagą na rzecz czystych wokaliz. Klawisze o brzmieniu budzącym skojarzenia z psychodelicznymi odlotami kapel z lat 70-tych i choć nie jest to dosłownie kierunek na Hawkwind, to fajnie jest słuchać Amorphis łączących patenty brzmieniowe sprzed lat z immanentnymi dla ich stylu folkowymi inklinacjami. Posiłkując się nawet saksofonem, stworzyli krążek tak bardzo przyjemny w kontakcie, iż wówczas (tuż po premierze) każdy z nim kontakt był wspaniałą muzyczną przygodą, a i dzisiaj (jak już niejednokrotnie wspomniałem), jeśli potrzebuję muzyki Finów, to niemal wyłącznie w triadzie Elegy-Tuonela i jako uzupełnienie Am Universum - który z kolei na tle swojej poprzedniczki jawi się jako album świadomie kontynuujący wątki z Tuoneli. Album znakomicie rozwijający wprowadzone dwa lata wcześniej rozwiązania instrumentalne i aranżacyjne. Krążek doskonale przemyślany, fantastycznie formalnie poukładany i kompozycyjnie atrakcyjny. Niestety, mimo że powstały po niej Far from the Sun (2003) nie spuszczał z tonu nazbyt wyraźnie, to jednak pokazywał pewne słabości tkwiące wówczas w relacjach pomiędzy wokalistą, a reszta zespołu. Mówiąc wprost - było słyszalne, że pasji i chemii brakuje, że coś się w obozie zespołu nie klei. Tym samym Am Universum jest ostatnim tchnieniem doskonałości amorphisowego oblicza. Nuty ewoluującej i to w niezwykle interesującym kierunku - bez starty własnego charakteru, jednocześnie bez okopywania się na zajętych pozycjach czy kunktatorstwa. Niby Amorphis u swego zarania był deathmetalowy, a później bliski metalowej sceny gotyckiej, jednak żadna z tych scen zespołu nie wchłonęła w stu procentach - do czasu gdy zamiast wciąż się rozwijać pozwolili zabić w sobie tego inspirującego ducha i postawili na twórczość budowaną przez pryzmat dostosowywania się do potrzeb rynkowych. Ale o tym już pisałem, więc stawiam tutaj już kropkę, bo tak zrobić należy. 

środa, 24 lutego 2021

Amorphis - Elegy (1996)

 


Uprzejmie donoszę że sprzeciw wnoszę co do miejsca w którym obecne wcielenie stylistyczne Amorphis zakotwiczyło i nie zmienią tego przekonania nawet te sporadyczne sytuacje, kiedy nośny potencjał dzisiejszych przebojów grupy na moment moją rozszarpywaną kulturalnym dobrostanem uwagę przyciągnie - po czym błyskawicznie tracę jednak zainteresowanie tym co jeszcze przed chwilą całkiem cieszyło. Raz że bez względu na pełny profesjonalizm z jakim Finowie podchodzą do własnej misji krzewienia ojczystej kultury stał się zwyczajnie nudny, dwa że właśnie pisanie albumów odbijanych jakby od sztancy nie stanowi nawet w najmniejszy sposób atrakcji, kiedy wokoło sporo nuty świeższej i znacząco bardziej intrygującej. Przyznaję że mam oczywiście swoich "amorphisowych" faworytów z czasów wokalnego zaangażowania obecnego frontmana, ale są to pojedyncze krążki lub nawet kompozycje. Kiedy jednak idę w Amorphis to w towarzystwie przede wszystkim albumów z końca najtisów i przełomu wieków, a do Elegy to już mam wówczas stosunek mimo że przerywany, to w tych momentach intymności niezwykle bliski. W pamięci siedzą konkretne wydarzenia i sytuacje powiązane z towarzyszeniem mi podczas ówczesnej, dalekiej już potwornie ówczesności. Walkman i taśma z Elegy wszędzie tam gdzie szedłem lub biegłem. Elegy na śniadanie, po obiedzie i przez połowę wieczora. Na zmianę z równie cenionym lecz o sznycie brutalniejszym Tales from the Thousand Lakes. Elegy wydana dwa lata po powyżej przywołanym robiła wrażenie płyty cholernie odważnej, bowiem już bez większych sentymentów przerzucającej nazwę grupy ze stylistyki death metalowej do miejsca które mogło wynieść zespół na zdecydowanie wyższą orbitę rozpoznawalności, lub tracąc przychylność mocno przywiązanego do gatunkowych formuł środowiska death metalowego, skazać Finów na niebyt. Z obecnej perspektywy nic strasznego się jednak nie wydarzyło, a Ci co odpadli zostali zastąpieni tymi co się zainteresowali. Muzyka też mimo przeobrażenia nie wydaje się aż tak radykalnie różna i tylko boli że nic więcej w zasadzie po tym przełomie w obrębie charakterystyki dźwięków ekipa z Helsinek nie wymyśliła. Elegy jest więc zasadniczo początkiem końca przyciągającej uwagę ewolucji, a mogła być jak myślę dużo bardziej inspirująca, a nie tylko stabilizująca. Jej siła tkwiła wówczas w artystycznej nieoczywistości, bez względu na korzystanie z folkowych inklinacji, które po prawdzie mogło i może nawet zostało uznane za dość banalne. Jej moc była bowiem na tyle brutalnym brzmieniem podszyta, ze te wszystkie klawiszowe tła jej nazbyt nie rozmywały. Klimat tym samym uzyskany wciągał, a aranżacje pobudzały. To co dzisiaj nagrywają, a co wprost wywodzi się ze ścieżki na którą w owym czasie wkroczyli, tylko produkcyjną mocą i sznytem refrenowym pobudza. Poza tym jest wydmuszką niestety.

P.S. A gdyby... gdyby zamiast w potęgę brzmienia uciekli w potęgę aranżacji i rozwinęli rockowy model z Tuoneli i Am Universum? Mogliby teraz być wśród moich faworytów. 

piątek, 12 czerwca 2020

Amorphis - Eclipse (2006)




Po sporych sukcesach z początku lat dziewięćdziesiątych Amorphis bladł stopniowo, choć miewał momenty interesujące, które aż tak wyraźnie nie świadczyły (Tuonela, Am Universum) o zamykaniu się w formule bez przeszłości. Nawet gdy kończący współpracę z Pasi Koskinenem Far from the Sun nie był kompletnym niewypałem, to jednak czuć od niego było, że brak chemii pomiędzy wokalistą, a resztą składu nie wróży grupie świetlanej przyszłości. Stąd pojawienie się wraz z wydaniem Eclipse nowego członka na pokładzie odebrałem jako rozsądne nowe otwarcie, tym bardziej iż Amorphis zasilony został frontmanem z pokaźnymi możliwościami głosowymi. Siła gardła Tomi'ego Joutsena nie podlega myślę dyskusji, a charakterystyczne już dotąd interpretacje numerów (czyste wokalizy wspomagane growlem), nie straciły w nowej konfiguracji personalnej na jakości i wyrazistości. Tyle, że same kompozycje napisane wówczas przez sprawdzony team sprawiły, że Amorphis poszedł najprostszą z dróg możliwych - rozpoczynając trwającą do dzisiaj konsumpcję własnego ogona. Ograbili też tym samym Finowie własną twórczość z subtelności i rockowej lekkości znanej z tandemu Tuopnela/Am Universum, na rzecz konkretnej mocy kapitalnie ukręconego soundu i schematycznego powtarzania fraz na jedno kopyto. Fakt, takie "buty" jak Leave Scars, Born from Fire, Perkele (The God of Fire), Same Flesh, czy otwierający z impetem stawkę Two Moons kopią po zadzie znakomicie, a wykorzystane w nich folklorystyczne inklinacje (ach ta fińska muzyka ludowa :)), doświadczają proste konstrukcje więcej niż odrobiną klimatycznej egzotycznej melodyjności. Mimo wszystko trąci ta filozofia zbytnią prostotą aranżacyjną - we własnym sosie rozmemłując nową szansę. Darząc jednak Eclipse (spośród albumów nagranych z Joutsenem) sympatią największą, to nie napiszę, iż jest on czymś więcej niż wyłącznie świetnym, ale maksymalnie rzemieślniczym wyrobem. Cenię w nim tą pełnię życia, chwytliwość wespół z rzeczoną dynamiką i ze świetnie ukręconym epickim brzmieniem, ale z perspektywy lat minionych słyszę, że był Eclipse początkiem końca jeszcze podwówczas rokującego zespołu - schyłkiem ciekawego pomysłu na siebie, kresem poszukiwań. Osiadł wtedy Amorphis na mieliźnie, skąd do dzisiaj nie chce być może z własnej woli się wydostać. 

niedziela, 24 maja 2020

Amorphis - Under the Red Cloud (2015)




To duże moje niedopatrzenie, że przez kilka już solidnie okraszonych quasi recenzenstwem lat, na prywatnym blogu gdzie opinie odnośnie sztuki filmowej i muzycznej uparcie forsuje nie pojawił się nawet jeden wpis traktujący o twórczości fińskiego Amorphis, który nota bene może dzisiaj nie stanowi dla mnie kluczowej fascynacji, ale w tych latach, w których zaczątki gustu formowałem wchodząc w świat rockowo-metalowej sceny, był formacją ważną i niebezzasadnie szanowaną. Postaram się zatem (jeśli ludowi Bogowie Północy pozwolą ;)) nadrabiając systematycznie te zaległości, także sam dla siebie w miarę konsekwentnie i intensywnie odświeżać swoją relację z bieżącą działalnością grupy, jak i przede wszystkim z całym przeszłym doświadczeniem z ich krążkami, które tak jak wspomniałem lata temu często i gęsto jeszcze w postaci zapomnianych obecnie kaset magnetofonowych gościły w moim stereo. Nie zacznę jednak tej misji od pradziejów i któregoś albumu stricte death metalowego z długoletniej kariery Finów, ani (co chyba powinienem uczynić) od Elegy, krążka zaiste przełomowego - ani też dwóch świetnych, bo kapitalnie rockujących (dosłownie i w przenośni) wówczas płyt z tandemu Tuonela/Am Universum, czy nawet od Eclipse będącym zaiste porywającym początkiem niestety poniekąd końca ich rozwoju. Rozpocznę bowiem od albumu dotychczas przedostatniego, który jako ostatni na dzień dzisiejszy poznałem (Queen of Time z 2018 jeden raz nie zagościł - nie zainteresowałem się zwyczajnie, ochoty nie przejawiłem, ciekawości brakło :)). Czymże w moim przekonaniu jest więc Under the Red Cloud, że przypadła mu tak zaszczytna rola - czym sobie zasłużył? Zasadniczo niczym, prócz faktu, że to kolejny efekt upartej powtarzalności, której właśnie od Eclipse Amorphis jest wierny i który na przykład w odróżnieniu przykładowo od mało przekonującego The Beginning of Times posiada dar ogromnej słuchalności - jest chwytliwy, zwarty i spójny, a w samej rzeczy przywołujący najsilniej echa najważniejszych walorów stylu Amorphis. Etnicznych, lub jako ktoś woli folkowych nawiązań, melodyjnych refrenów od których ciężko się uwolnić (ciężko nie podśpiewywać ich pod nosem), pomysłowego, mimo że na swój sposób rutyniarskiego riffowania, konkretnego niedźwiedziego ryku Joutsena uskutecznianego na zmianę z przyjemnymi czystymi frazami (bez najmniejszego wysiłku oraz bez narażania słuchacza na dyskomfort generowanymi) oraz całościowo pasji zawartej w niczym właściwie nie zaskakującej hybrydzie ciężaru i przebojowości. Problem z Amorphis jest od prawie zawsze jeden - świetna rzemieślnicza robota, serce w nią oczywiście włożone, ale bez artyzmu czy większej ambicji. Co przyznaję nie zmienia mojego przekonania, że akurat od czasu pierwszej płyty nagranej z udziałem Joutsena Amorphis nie częstował takim solidnym impetem zawartym w naprawdę zapamiętywalnych numerach. 

P.S. Jak się powiedziało A, trzeba wkrótce B wydusić. Spodziewajmy się więc oprócz refleksji wokół płyt Amorphis notek startowych o innych fińskich legendach w rodzaju Sentenced, a może i gdy zabraknie materiału do oceniania także CHoB. :)

Drukuj