Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Jan Komasa. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Jan Komasa. Pokaż wszystkie posty

czwartek, 16 kwietnia 2026

The Good Boy / Dobry chłopiec (2025) - Jan Komasa

 

To co spisuję czynię ze sporym jak na refleksję o kinowej nowości opóźnieniem, posiłkując się jedynie kilkoma zwięzłymi spostrzeżeniami zapisanymi i rzecz jasna pamięcią często już zawodną, gdy tym bardziej natłok filmowego dobra spory. Kojarzę iż po wyjściu z projekcji byłem zdecydowanie efektem usatysfakcjonowany, bowiem doceniłem doskonały casting, te twarze i fizyczne cechy mistrzowsko dobrane, ale i aktorstwo bardzo na tak, bo przecież pośród mniej doświadczonych odtwórców, osoby Andrei Riseborough i Stephena Grahama z niejednego pieca już aktorski chleb zjeść zdążyły. Wkręciłem się w temat i powracając do domu próbowałem usilnie zdiagnozować złożone powody stanu rzeczy, zasadność walki z konsekwencjami, pośród pomijanych tutaj przyczyn - wtórne wychowanie (określenie opisujące ponowne procesy kształtowania osobowości, często w opozycji do wczesnej socjalizacji, wzmacnianie zachowań w psychologii) będące w tym przypadku działaniem z szacunkiem dla wolnej woli lub czystą tresurą tłumiącą takową. Spojrzeć na resocjalizacje level hard, jako karę za krzywdzenie i zarazem szansę na inną perspektywę - być może po prostu perspektywę empatyczną. Samo doświadczenie krzywdzenia jako tak samo możliwe dla dobra przyświecającego celu i dla zasługującego na potępienie, dla wypuszczenia z siebie mrocznych, kotłujących się emocji wyżycia się. Mimo że szczegóły zawarte w drugim (a może pierwszym) angielskojęzycznym projekcie Komasy mi już uciekły, to ogólny wydźwięk i wnioski liczne we mnie jednak pozostały, bo Dobry chłopiec prócz atrakcyjnych cech porządnego thrillera (trzymanie w napięciu i z pełną koncentracją), daje do myślenia i nie oferuje wprost żadnych oczywistych odpowiedzi. Może poza jedną banalną, a fundamentalnie zawsze skuteczną, że trafione trudnych charakterów wychowanie, to bezpośrednie indywidualne diagnozowanie i oddziaływanie, szczerość ponad wszystko, konsekwentny wpływ prawidłowego przykładu i otoczenie bezpieczeństwem - eliminacją pierwotnych, z dzieciństwa lęków.

wtorek, 16 grudnia 2025

Anniversary / Rocznica (2025) - Jan Komasa

 

Nie wierzyłem w Janka i Janka to wina, że Janek taki zwodniczy w negatywnym znaczeniu trailer puścił i że powątpiewanie we mnie nim wywołał. Gdybym z poczucia obowiązku się nie zdecydował i nie sprawdził z jakim efektem praktycznym Komasa w szerokim świecie kina zaczyna (oby tak szybko nie skończył jak z zaskoczenia zaczął), to mógłbym żałować, bowiem oglądało się Rocznicę znakomicie i nawet jeśli nie jest ona filmem idealnym, to w sumie niewiele jej brakuje. Wszystko ma oprócz może BŁYSKU geniuszu, ale jeśli z katalogu wymagań wyłącznie tego jednego (wirtuozerskiego) brakuje, to nie ma powodu aby nie uznać anglojęzycznego debiutu Komasy za obraz wart uwagi i wart kasy w niego zaangażowanej. Śmiem stwierdzić nawet, iż gdy wziąwszy pod uwagę szeroki krąg tematyczny w jakim się merytorycznie poruszał, to on Rocznicą dołącza do największych tuzów współczesnego kina, stając obok tegorocznego Andersona,  Lánthimos i Astera. Staje i może nawet lekko klatkę wysunąć do przodu z dumą, gdyż Rocznica kapitalnie rozkminia te nasze dzisiejsze największe społeczne bolączki i podaje je w solidnie przyprawionym metaforycznie-alegorycznym politycznym sosie, nie wiem czy nie najbardziej dosadnie i zarazem dosłownie, a przez to oddziaływając na możliwie większą cześć widzów otrzeźwiająco. Rocznica jest totalnie poważna i świetnie wymyślona pod kątem scenariusza, a mega sprawna realizacja i wysokiej klasy aktorstwo tylko jej kolejnych plusów dodaje. Bierze problematykę o naszym ludzkim byciu bądź nie byciu decydującą i ukazuje przez pryzmat kilku lat funkcjonowania jednej inteligenckiej i wpływowej rodziny, jak dystopijne przemiany w jednostkowym, a w konsekwencji makro społecznym myśleniu, mogą przyczynić się tak do rozkładu związków w skali mikro i makro - deewolucji w ewolucji. To używając odważnych słów film o czystościach intencji i teście dla charakterów i wrażliwości. O buncie i rewolucji zjadającej własne dzieci, bowiem nie były one w złożoności swoich „przełomowych” tez w stanie przewidzieć, tak daleko idących pesymistycznych konsekwencji. W ujęciu rodzinnych indywidualnych frustracji i więzi, jednostkowych stanów psychicznych i grupowych traum, Komasa z ekipą niezwykle wyraźnie pokazuje/sugeruje drogę jaką ku naszemu nieszczęściu kroczy obecna Ameryka. Gdyby tylko miast zastosowanej dość „hallmarkowej” estetyki wizualnej (może ograniczenia budżetowe), mógł sobie pozwolić na wizualną nieograniczoną kasą finezję oraz abstrahując od wymiaru pieniężnego, włączył do diagnostyki więcej bezpretensjonalności artystycznej (jakiej być może po prostu jako artysta jest pozbawiony), to wejście w branżę od strony zachodu zaliczyłby z przytupem. Zatem wstyd mi Janek, że w Ciebie mocno powątpiewałem, życząc Ci abyś rozwijał ze wsparciem możnych niewątpliwy talent do łączenia emocjonalnego dramatu, z obserwacyjnym kursem społecznym.

czwartek, 2 kwietnia 2020

Sala samobójców. Hejter (2020) - Jan Komasa




Jak w większości znani i lubiani dziennikarze filmowi (i w obliczu atakującego nagłówki nośnego tematu, także gremialnie uaktywniający się medialni opiniotwórcy znający się na wszystkim), jednomyślnie o zaskakująco szybkiej kolejnej premierze filmu Jana Komasy, w natchnionym analityczno-entuzjastycznym tonie bezkrytycznie pisali, tak ja odważnie postawię własne zdanie gdzieś pośrodku i z odrobiną nieśmiałości swoje trzy grosze do wyjątkowo szerokiej gorącej dyskusji wtrącę. Trudno przecież dzięki błyskawicznej premierze w necie, spotkać osobę, która by już nie zdążyła z najnowszym obrazem Jana Komasy (rozkwitającego ostatnio dzięki niewątpliwie zasłużonemu sukcesowi Bożego ciała) się zapoznać i jak to bywa, ilu widzów tyle opinii, a one jak zauważyłem im przez bardziej weekendowego widza wyrażane, tym bardziej chłodne, a na pewno w środowisku dalekim od koneserskiego wstrzemięźliwe. Tym razem pragnę przychylić się do przekonania, że zawodowa krytyka i gwiazdorska elita strasznie się podnieciła filmem, który okazuje się biorąc pod uwagę potężne oczekiwania, w moich oczach jednak rozczarowaniem. Nie jakimś ogromnym, ale na tyle wyraźnym, że nijak nie potrafię usprawiedliwić tych mankamentów, które jego odbiór mi zakłóciły. Scenariusz bowiem nie jest detalicznie dopracowany i za wiele razy podczas seansu z zakłopotaniem przewracałem oczami, gdy nie tylko podrzędne wątki sztucznością i brakiem wiarygodności porażały. Nie rozwinę jednak tutaj tej dotkliwie irytującej kwestii, oszczędzę sobie przykrości i wokół niej rozpisywania, bo jak ktoś rozumie o czym mówię, to z łatwością zlokalizuje te totalnie przegięcia. Zauważę lepiej to, co akurat robi dobre, a nawet doskonałe wrażenie, czyli upiorny klimat i bladolice postaci oraz całkiem wyważone stanowisko o charakterze diagnostycznym, jak i mimo potknięć rzeczową analizę socjologiczną na podstawie jak domniemam wiarygodnych źródeł. Nie podlega dyskusji, że potężną dawkę wiedzy o tym jak to się teraz brudną politykę i czarny pijar robi - jakimi metodami, technikami i na jak gigantyczną skalę Komasa serwuje! Po poruszającym Bożym ciele robi film o zupełnie innej specyfice (nie rozumiem jednak, po co łączy go z pierwotną Salą samobójców) i udowadnia, iż potrafi skubaniec kapitalnie budować klimat, nieźle rozkręcać intrygę i z ogromną świadomością grzebać w kontekstach. Błyskotliwe komentować istotne sprawy i sytuacje bez względu na ich charakterystykę. Sugestywnie problematykę sprzedać w formule filmu fabularnego i co warte wielkiego uznania prześwietlić starannie temat, środowisko i wyłuskać z niego wszystko to, co istotne. Ponadto jest zdolny przeprowadzić doskonały casting (wyjątkiem, nad czym ubolewam, to strasznie lichutki, potwornie naciągany, w absolutnie nietrafionej kreacji Maciek Stuhr) - ogólnie dobrać efektywnie starych wyjadaczy i młodych utalentowanych absolwentów filmówki, na czele z człowiekiem o idealnym do potrzeb potencjale mimicznym i jak na niski wiek świetnym już warsztatem.

P.S. Podsumowując na marginesie! Jako człowiek już naturalnie starej daty (w oczach młodych, ambitnych i bezwzględnych), a nawet jeśli nie starej kalendarzowo, to mentalnie, tudzież pomijając kryterium wiekowe osoba z zupełnie innej bajki zawodowej, bardzo dalekiej od korporacyjno-politycznego wyścigu szczurów oświadczam, że jestem tym światem gigantycznych ambicji i wszelkich moralnych granic bezrefleksyjnie dla kariery przekraczanych absolutnie przerażony. Zawodowe dręczenie psychiki, profesjonalne gnojenie ludzi - agencje wyspecjalizowane w niszczeniu wizerunku wszelkimi metodami, które mają być skuteczne i bez żadnego znaczenia są ich etyczne podstawy, bo kasa wyznacza granice, a że ona otwiera możliwości, to nie ma jakichkolwiek oporów, by podłość uznawać za dopuszczalną metodę, itd., itp. Byłem ich istnienia i tych okropnych technik świadom, ale dopiero Komasa mnie swoją wizją strwożył. Zatem to nie jest słaby film, tylko film nierówny.

poniedziałek, 14 października 2019

Boże ciało (2019) - Jan Komasa




Zaskakująco szybko i bardzo wyraźnie przywrócił mi Jan Komasa wiarę w swój reżyserski potencjał. Po tym jak Sala samobójców wywindowała go na wysoką pozycję pośród obiecujących polskich reżyserów, tak głośne Miasto 44 druzgocąco mnie rozczarowało przynosząc zwątpienie. Ale teraz, wraz z najnowszym tytułem Komasa wraca na odpowiednie tory i mało tego, staje się nie tylko jednym z największych, ale chyba największym z własnego pokolenia kandydatem do wielkiej, może nawet ponad jedynie europejskiej kariery. Biorąc na warsztat samą w sobie niezwykłą i może nie fundamentalnie, lecz jednak zasadniczo opartą o autentyczne wydarzenia historię, dodał jej tak wyrazistego reżyserskiego szlifu, że każda scena stała się rodzajem emocjonalnego katharsis. Wykorzystując jako pretekst motyw wewnętrznej przemiany nieoczywistego bohatera (w tym miejscu uzasadniony długi wtręt) - bohater jest ofiarą własnych niedojrzałych decyzji, godnych potępienia czynów, lecz nie jest do szpiku kości zepsuty, gdyż tkwi w nim człowieczeństwo, które miota się pomiędzy muszę, a mogę! Po wtręcie, od nowego zdania kontynuuje, zakładam że bez utraty kluczowego wątku. ;) Przemiany... będącej wypadkową jego prawdziwych potrzeb, realizowanego dość biernie rozliczenia z przeszłością poprzez desperacką, a praktycznie to kształtowaną zbiegami okoliczności próbę ucieczki w kierunku względnej normalności, dokonał reżyser sugestywnej analizy (co ważne unikającej prostego podpierania się wyłącznie stereotypami) społeczności małomiasteczkowej, konfrontując się z niejednoznacznymi przecież w ocenie realiami, w których kapłan poprzez reprezentowanie Kościoła stanowi jednocześnie rodzaj wyroczni i spoiwa łączącego członków wiejskiej wspólnoty. Przede wszystkim jednak pośród licznych nawiązań socjologicznych ukazał czym jest pierwotna siła religii i gdzie tkwi jej zasadnicza funkcja, będąca wypadkową fenomenu potrzeby wiary, a sprowadzająca się właściwie w praktyce do poszukiwania oparcia w Bogu podczas doznawanego cierpienia. To jest bowiem film o terapeutycznej roli wiary w Bożą moc udzielaną w postaci wsparcia w sytuacjach kryzysowych. To film o nadawaniu sensu z bezsilności zdarzeniom pozbawionym takiego realnego usprawiedliwienia, które prócz logicznego wyjaśnienia przynieść może też upragnione ukojenie. Tutaj także, mimo że Komasa działa na granicy przesady i tym samym newralgicznej utraty wiarygodności, pozwalając na wtłaczanie do scenariusza natłoku motywów wynikających z potrzeby pełnego wykorzystania potencjału socjologiczno-psychologicznego, to w żadnym momencie jej nie przekracza. Wykorzystując fundament autentycznej historii nie dodaje nazbyt krzykliwych i kontrowersyjnych argumentów, a tylko naturalnie potrafi dostrzegać w zawiłej sytuacji, tak wiele typowych, wyjaśnianych przez nauki humanistyczne tendencji w ludzkich zachowaniach. To też ponad merytoryczną i emocjonalną wartość, również film doskonale zagrany, a sam Bartosz Bielenia nie jest jedynym, choć z pewnością najbardziej chyba wyrazistym przykładem kapitalnego warsztatowego przygotowania i umiejętności uzyskania przekonującego autentyzmu odgrywanej postaci. Łudząco fizycznie przypominający Christophera Walkena fantastycznie wykorzystał własne wizualne atuty, jednak dzięki równie doskonałym kreacjom drugoplanowym nie zdominował ekranu. Tak samo na uznanie zasłużyła Eliza Rycombel, Tomasz Ziętek, Leszek Lichota, Barbara Kurzaj, czy pojawiający się wyłącznie we wstępie i finale Łukasz Simlat. Jednak ponad nimi pod względem mistrzowskiej wiarygodności funkcjonuje Aleksandra Konieczna, która powściągliwym aktorstwem opartym o mimiczne niuanse w postaci najdrobniejszych drgnięć mięśni twarzy, osiąga porażający efekt zatracenia i zagubienia w potwornym bólu. Takie kapitalne zaplecze aktorskie prowadzone ręką utalentowanego i wyczulonego w tym akurat przypadku na przeholowanie reżysera, dało szansę na uzyskanie tego, co w miarę niedawno nie udało się Małgorzacie Szumowskiej, która kręcąc niezrozumiale nagradzaną Twarz, popełniła w rzeczy samej grzech groteskowego potraktowania absolutnie w głębi znaczeń niegroteskowej rzeczywistości i w głównej mierze samych postaci. Chcąc w teorii uzyskać efekt podobny co Komasa obnażyła swoją niewielką wiedzę o prowincjonalnych środowiskach, a wartość lokalnych wspólnot i roli w nich wiary ubrała, może nie w obraźliwe, lecz z pewnością karykaturalne oblicze. Komasa nie popełnił tego błędu, stworzył obraz zarówno krytyczny jak i zarazem film którego przesłanie nie wyśmiewa, a sieje wyrozumiałe dobro łączące to, co teoretycznie stoi w opozycji i bez elementarnej dobrej woli nie da się konstruktywnie zgłębić. Nie wytyka palcami ani nie usprawiedliwia, stawia lustro i próbuje zrozumieć docierając do jednostkowych i grupowych motywacji. Niezwykle wartościowe to kino, takie które w surowym wydaniu dostarcza pięknego choć bolesnego przeżycia. Łzy w oczach bohaterów i równie ustawiczne świeczki podczas seansu w moich. Celne diagnozy i trafnie odnalezione przyczyny. Ludzka ułomna natura - w niej zrozumiała gorycz, złość i potrzeba zemsty. Bezsilność wobec konstelacji tragicznych zdarzeń prowokowanych przez ludzkie nieodpowiedzialne działania kierowane niekontrolowaną frustracją lub też młodzieńczą euforią. Konstruktywne w przesłaniu kino brutalnej prawdy i kino mimo, że tragiczne, to w istocie optymistyczne, za które Kościół powinien być Komasie wdzięczny. 

P.S. Jeszcze puenta nieoficjalna, która jest akurat ekstremalnie gorzka. Znaczy, że jak masz wyrok to nie masz szans by zostać księdzem, ale jak zostaniesz księdzem, to możesz mieć już wyje**** na  potencjalne wyroki.

niedziela, 3 maja 2015

Miasto 44 (2014) - Jan Komasa




Sporo czasu od głośnej prapremiery minęło, wzbudzone zainteresowanie naturalnie ucichło, a emocje związane z oceną wartości obrazu przygasły. W takich pozbawionych ciśnienia okolicznościach seans w końcu odbyłem i bogaty we własne subiektywne przemyślenia tu i teraz zdań kilka w temacie tej gorącej produkcji wyłuszczę. Prosto i bezpośrednio stwierdzam, iż zawiódł mnie Komasa niestety. Po wspaniałym debiucie, jakim w mojej ocenie Sala samobójców była, tym razem sięgając po temat współcześnie istotny, ale i zdecydowanie obecnie bardziej komercyjny poległ pod ciężarem nie tylko oczekiwań, ale i własnej młodzieńczej fantazji. Przekombinował i zamiast autentyzmem poruszyć, on zwyczajnie wzbudził poczucie niesmaku. Popsuł film nowoczesnymi trikami w estetyce matrixowych czy kojarzących się wprost z grami komputerowymi ujęć. Potencjalnie poruszający dramat przekształcił w niskich lotów melodramat z tłem w postaci efekciarskiego pokazu technicznej tandety, który po latach jeszcze bardziej wzbudzał będzie grymasy politowania. Efekty, które już teraz wyglądają niepoważnie zestarzeją się, co jest oczywistością, a niedojrzała ckliwość w perspektywie czasu jedynie o zapędach w stronę kina banału będzie świadczyć. To niestety nie wszystko, gdyż rozrywkowe efekciarstwo dużo dalej zostało posunięte. Rezygnując po części z treści skupił się bowiem Komasa na szokowaniu okrucieństwem w sposób prostacki podanym. Wydarzenia w takiej formie ukazane nie wzbudzają we mnie poczucia przygnębienia, tylko zniesmaczenie wywołują. Za wiele krwi i ludzkich flaków, a za mało cierpienia duszy. Mierzi zaskakująco sielankowa atmosfera tuż przed wybuchem powstania, zakłócana jedynie incydentalnie scenami okupacyjnego terroru. Zastanawia w takich okolicznościach powód, dla którego decyzja o buncie została podjęta i jeszcze mocniej boli cena, jaką stolica zapłaciła. Obraz jaki się wyłania do wniosku prowadzi, że młodzieńcza fantazja pobudzana patriotycznymi ideami do typowo romantycznych aktów braku realizmu doprowadziła. Rzeź jaka nastąpiła efektem ułańskiej fantazji, a nie ludzkiej bezradności w obliczu zamordyzmu. Takie konkluzje wizja Komasy prowokuje, a ja nie potrafię wręcz patrzeć na tak przedstawianą wersję zdarzeń. Może moja percepcja spaczona dotychczasową wiedzą z różnych źródeł czerpaną? I chociaż ona tak po prawdzie dosyć mizerna, co pokora każe jasno stwierdzić, to i tak trudno mi niezwykle przyjąć, iż ta hitlerowska okupacja tak „słoneczna” była. Tak to sobie twórcy Miasta 44 wymyślili, tak ludzką tragedię przedstawili, a ja akurat innej formuły od nich oczekiwałem. Więcej między wierszami, mniej prosto w ryj dostać chciałem, przez co stwierdzam, iż bardzo wiele tej produkcji do arcydzieł traktujących o wydarzeniach z II wojny światowej brakuje. Nie dorasta z tym obrazem pomimo wszystko utalentowany Komasa do pięt ani Spielbergowi, Polańskiemu, Agnieszce Holland czy w bezpośrednim starciu Wajdzie. Skarlał "młodzieniec" jako obiecujący reżyser w moich oczach i pytanie czy po tej lekcji pokory wobec filmowej materii w przyszłości wnioski wyciągnie i na powrót czymś równie wartościowym jak Sala samobójców zaimponuje.

P.S. Jeszcze po części tak na marginesie napiszę, iż widzę to tak, że powinien to być obraz dla osób z wiedzą, a nie wiedza w obrazie adresowana do pozbawionych pokory i elementarnej orientacji szczeniackich arogantów. Z pełną świadomością to stwierdzam, zdając sobie sprawę, iż Miasto 44 natrzaskało sporą oglądalność szkolnymi wypadami do kina. Motywowanymi w większości uniknięciem zajęć niż potrzebą konfrontacji z wiedzą historyczną. Postulowałbym zatem aby zanim do kina młodzież została zabrana, sprawdzian przed odpowiedzialnym, apolitycznym historykiem przeszła, lub też podczas seansu licznymi przypisami wyjaśniającymi okoliczności i konteksty bogato była dokarmiana. 

piątek, 5 grudnia 2014

Sala samobójców (2011) - Jan Komasa




Sala samobójców, czyli głośny debiut Jana Komasy, dziś znanego przede wszystkim szerokiemu gremium za sprawą wielce oczekiwanego, lecz nie do końca nadzieje spełniającego Miasta 44. Opieram się tylko na medialnych donosach, gdyż sam jeszcze wiwisekcji na tym obiekcie nie przeprowadzałem. Nie omieszkam oczywiście wkrótce tego zrobić, by przede wszystkim własną opinię sobie wykształcić, wszak Komasa dzięki Sali samobójców na poważne traktowanie z pewnością zasłużył. Aż trudno uwierzyć, że ona jego pełnoprawnym i pełnowymiarowym debiutem, bo dojrzałość i precyzja z jaką temat zarówno warsztatowo jak i mentalnie potraktował zaiste godna. Spłycanie odbioru tego obrazu do współczesnych emo kategorii, to daleko idąca niesprawiedliwość, gdyż w tym tworze zawarł Komasa niezwykle szerokie spektrum problemów z jakimi zarówno rodzicom jak i latoroślom przychodzi się mierzyć. Portret konkretnej wielkomiejskiej, zaliczanej do elity bogatej i wykształconej rodziny jest udaną próbą ukazania przejmujących relacji międzyludzkich z dwóch skrajnych perspektyw. Tak najogólniej, rodziców, którzy zatraceni w życiu zawodowym gubią realny kontakt z dorastającym synem i młodych ludzi zagubionych w świecie dojrzewania. Emocjonalnej pustki, którą można wypełnić codziennymi rytuałami, przyzwyczaić się do dystansu przełamywanego incydentalnymi chwilami słabości czy permanentnymi kurtuazyjnymi gestami. Takim życiem pozorami rodzinnego współżycia, które z czasem dają złudne poczucie prawidłowego realizowania swoich obowiązków. Tyle, że to tylko iluzja, bo substytuty nie wypełniają coraz większej przepaści, a gromadząca się zagłuszana frustracja nie przestaje coraz bardziej gwałtownie dochodzić do głosu. Są pieniądze, potrzeby są zaspokajane, a człowiek może być nieszczęśliwy - to takie banalne i prawdziwie realne oczywiście. I nie ma znaczenia czy to osoba dorosła czy jeszcze infantylna niedojrzała jednostka. Każdy z nas potrzebuję czegoś więcej prócz luksusów w materialnej postaci i chociaż poziom natężenia potrzeb wyższego rzędu jest u nas różny, a apetyt najczęściej rośnie w miarę jedzenia, to rzeczą uniwersalną i niezależną od jednostkowych predyspozycji jest to, iż jako ludzie bezwzględnie emocjonalnie uzależnieni jesteśmy od innych osób. Nasza motywacja, energia, siła pochodzi ze źródła, którym są najbliżsi czy przyjaciele. Brak tego paliwa to powolna, stopniowa samozagłada, to taka prosta zasada i zarazem niezwykle skomplikowany mechanizm. Wiemy na czym to polega, a w większości jesteśmy bezradni w obliczu praktycznego wymiaru funkcjonowania. Komasa dostarczył mi ogromu materiału do przemyśleń, zainspirował do psychologicznych czy filozoficznych poszukiwań, pobudził do wielowymiarowych refleksji i przede wszystkim przestrzegł przed popełnianiem błędów jakie trudne do skorygowania o czym przekonuje bezradność bohaterów, pomimo ogromnych pokładów dobrej woli i zaangażowania w ich walce widocznych. Poprzestanę jedynie na powyższych wnioskach natury ogólnej, choć tematu oczywiście w ułamku nie wyczerpałem, bo on nawet na rozbudowanym naukowym sympozjum trudny do pełnego rozwinięcia. Jest tu tyle ciekawych wątków i ich implikacji przez co wciąż nie mogę wyjść z podziwu, że tak młody reżyser tak dojrzale, warsztatowo przejrzyście i sugestywnie tą rzeczywistość ogarnął. Brawo Panie Janie! 

P.S. Tekst powyższy przydługawy, ale muszę jeszcze zauważyć, iż obsada wyborna, bo Agata Kulesza i Krzysztof Pieczyński to pierwsza liga, a młody i młoda jak i cały drugi plan aktorski równie dobry. Brawo Państwo aktorzy!

Drukuj