Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Kenneth Lonergan. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Kenneth Lonergan. Pokaż wszystkie posty

wtorek, 26 maja 2026

You Can Count on Me / Możesz na mnie liczyć (2000) - Kenneth Lonergan

 

Sprężyną dla uzupełnienia wiedzy na temat filmografii Lonergana, czyli sprawdzenia jego debiutu, było info w necie, że tenże człowiek odpowiedzialny za bardzo mocny Manchester by the Sea, po 10 latach znów kręci, a ja od niego premiery, to z niecierpliwością oczekuję. You Can Count on Me, czyli pierwszy w dorobku Kennetha obraz, to z roku 2000-ego praca, czyli już szmat czasu od powstania minął, a w tym okresie reżyser zaledwie dwa tytuły zaoferował - co może o nim świadczyć dobrze, że wszystko co spod jego kierowniczego spojrzenia wychodzi, jest dopracowane szczegółowo, ale czy w praktyce tak to wygląda, może być kwestią sporną. Być może za długimi przerwami stoją inne zawodowe obowiązki lub pasje, bowiem myślę że debiut będąc kinem uroczo wzruszającym, ciekawym i dojrzale zabawnym, wywołuje poczucie nie do końca dopracowanego. Moje takowe spostrzeżenie wiążę z kluczową perspektywą, jaką poznanie debiutu już po doświadczeniu jego ostatniej, głośnej produkcji i skojarzeniach jakie konfrontacja pierwszego i ostatniego wywołuje. Mianowicie mam nieodparte wrażenie, iż scenariusz i rysy osobowościowe postaci w Manchester by the Sea, to rozbudowanie poprzez analogie, wątków właśnie z You Can Count on Me, bowiem zaczynając od podobieństwa fizycznego pomiędzy Ruffalo, a Affleckiem i Williams, a Linney, to zauważam też bardzo bliskie korelacje w kwestii ich sytuacji osobistej – pokrewne, chyba nieprzypadkowe przecież motywy w scenariuszu (brat i siostra vs. były mąż i żona oraz w pierwszej ośmiolatek kuzyn, a w drugiej kuzyn nastoletni, ponadto tu strata rodziców i strata dzieci tam, jak i w obydwu przypadkach powrót głównego męskiego bohatera na stare śmieci oraz nawet hobby które przez ekran przelatuje, to to samo wędkarstwo). Mniej rozbudowana historia, która wygląda jakby była mniej dramatycznie tragicznym w wyrazie fundamentem, zarysem skryptu z nagradzanego „manchesteru”. Te porównania urosłe w mojej głowie, trochę obniżają moją ocenę tego co startowe w karierze Lonergana, jednako nie powiem nic więcej o nim krytycznego, bo wszystko prócz minimalizmu w stosunku do, mocno na mnie oddziaływało - aktorstwo wyborne i ciepłe, mądre przesłanie przede wszystkim.

P.S. Dodać czuję w obowiązku, jeszcze pochwały dla najmłodszego w rodzinie aktorskiej Culkina, bowiem zasłużył sobie bezdyskusyjnie i wyróżnić najbardziej dramatyczną scenę - na pozór szokująco-wstrząsającą, lecz w swojej wymowie, biorąc pod uwagę dobro dziecka, w sumie dla niego o wydźwięku uwalniającym od idealizowania, budowania fantazji bez pokrycia w realiach. Kto widział, będzie wiedział co mam konkretnego na myśli. W sumie JEJU - nie wiem (gdy czytam przed opublikowaniem) czy tam, w tych istotnych wywodach wyraziłem się dostatecznie jasno. Na swoje usprawiedliwienie mam bardzo ciężkie powietrze po upalnym dniu - ono przecież nie pomaga w koncentracji.

czwartek, 28 maja 2020

Margaret (2011) - Kenneth Lonergan




Mimo, iż drugi obraz (w skąpym wbrew dojrzałego wieku dorobku zaskakującego zdobywcy Oscara za oryginalny scenariusz przed trzema latami), uważam za wartościowy, to coś mnie podczas tego przecież ciekawego potencjalnie seansu wyraźnie drażniło. To, co mnie przeszkadzało (a odnosi się do kwestii scenariusza), to nadgorliwie, w sensie bez powściągliwości skonstruowana fabuła, w której kluczowy wątek zostaje obudowany bardzo szerokimi kontekstami i tłem rozmytym, które nie mają bezpośredniego wpływu na to, co z punktu widzenia dramatycznego akurat w pomyśle scenarzysty i reżysera w jednym, jest najistotniejsze. Nie wiem, zadaje sobie pytanie czy to w tym przypadku było absolutnie konieczne, by przytłaczać widza przesadną ilością detali rozciągających fabułę do długości grubo ponad 120 minut? Obserwując przez znaczną część projekcji codzienność bohaterki, dopiero po prawie godzinie zaczynam śledzić istotę dramatu, będąc oczywiście pieczołowicie przygotowywanym na rozwój wydarzeń. Poddaję w wątpliwości sens tak rozbudowanego kształtowania tła i rozwijania kontekstów, bo brakuje w ten sposób produkcji dynamiki, a same punkty kulminacyjne nie pobudzają i intensyfikują emocji tak silnie jakby w bardziej okrojonej i zwartej formule (dokładnie mam na myśli sprowadzonej do esencji), zakładam czyniły. Ale mogę się mylić i nie mam chyba uzasadnionego powodu, aby nadmiernie krytykować założoną sobie przez Lonergana koncepcję. Poza tym problemem w moim odczuciu również była odgrywająca niepoślednią rolę, irytująca maniera sposobu komunikacji nowojorczyków. Wszystkich tych mieszkańców Wielkiego jabłka, szczególnie z tej intelektualnie ambitnej klasy średniej - artystycznie pretensjonalnie sprofilowanej. Kiedy jednak Allen robi z niej użytek dla rozrywki, to Lonegarn niestety korzystając z jej specyfiki poszedł krętymi ścieżkami w sztuczną i egzaltowaną ponad miarę rozterek tyradę. Gubiłem chwilami zainteresowanie historią, pomimo że jej znaczenie przecież ważne, bo obudowane wokół wielkiej tragedii człowieka. Trudno było mi utrzymać skupienie, a moje myśli zamiast koncentrować się na moralnych aspektach rozmieniały na drobne szczegóły produkcyjne i warsztatowe niuanse tej zaiste intrygującej i ambitnej, lecz też zbytnio przegadanej, a przez to monotonnej koncepcji dramatu. Widzę jednak dzięki niej, iż w ciągu zaledwie kilku lat, mimo że nic w międzyczasie fabularnego nie kręcił, to Kenneth Lonergan czasu nie tracił, wyciągając właściwe praktycznie wnioski, które zaprowadziły go jak w pierwszym zdaniu wspomniałem, do miejsca w którym nie tracąc charakterystycznej maniery korzystającej z rozbudowywanych losów bohaterów, osiągnął poziom mistrzowski, zasługując na najwyższe laury w roku 2017-tym za Manchester by the Sea.

P.S. Zauważę jeszcze jedno, że to coś szczególnego, iż pośród obsady nazwiska z hollywoodzkiej ekstraligi, a ich znaczenie i rola dość skąpa. Zagrali gwiazdorzy tym razem dla idei, a nie dla pieniędzy?

poniedziałek, 20 lutego 2017

Manchester by the Sea (2016) - Kenneth Lonergan




Dużo dobrego o najnowszej (trzeciej) produkcji Kennetha Lonergana się nasłuchałem. Dodatkowo ogromnym admiratorem talentu zarówno Michelle Williams jak i Casey'a Afflecka jestem, zatem nie mogłem być głuchy na ten głos zachwyconej krytyki i zignorować kolejne popisy warsztatowe tych wybitnych aktorów. Nie zakładałem więc przed seansem nawet w najczarniejszych myślach porażki i spędzenia wolnego czasu na męczarniach, wręcz odwrotnie spodziewałem się obrazu wybitnego, który na lata pozostanie w mojej pamięci by przebić się do żelaznej klasyki ambitnego kina. Dokonał tego! Jestem już teraz przekonany, że pozostanie ze mną na długo, a gdy pamięć o nim będzie blakła z miejsca do niego powrócę. Dlaczego? Powodów obfitość, a ten najistotniejszy to gatunek filmowy i idealne wyważenie proporcji, jakie jego istotą. Komediodramat jest jednym z najbardziej wymagających wyzwań w sztuce filmowej - trafienie w złoty środek, gdzie emocjonalne zaangażowanie, biczowanie widza smutkiem nie będzie gryzło się ze scenami wywołującymi autentyczny uśmiech. Łzy poruszenia na zmianę ze łzami śmiechu tutaj koegzystują w idealnej symbiozie, a harmonia pomiędzy nimi tak realistycznie oddaje całą prawdę o ludzkim życiu, w którym te dualizmy przenikają się na każdym kroku, pozwalając je poznać, docenić ich siłę i znaczenie. Bohaterowie są do bólu zwyczajni i jednocześnie wyjątkowi, bo dzięki kapitalnym kreacjom stają się widzowi bliscy poprzez właśnie tą ich prozaiczność i bezceremonialność gestów. To film detali, wszystko ma w nim decydujące znaczenie, najdrobniejsza pauza, kontrapunkt czy kameralna konstrukcja odrobinę tylko uatrakcyjniona interwałami odbija się bezpośrednio na kinowej publiczności, co czuć było we wszelkich jej westchnieniach, pojawiających się na twarzach oznakach głębokiego przeżywania emocjonalnej intensywności. Każda scena to ocean przeżyć i wartościowy materiał do zagospodarowania dla doskonalenia siebie i zrozumienia, co jest w tym naszym życiu naprawdę ważne. Tu na ekranie w głównym wątku wykuwa się trudna, barwna i przede wszystkim trwała relacja dwóch rozbitków. Doświadczonego błędami i potworną tragedią stryja i startującego w dorosłość przygotowanego teoretycznie, ale zagubionego w praktycznym wymiarze sytuacji bratanka. W tle zaś liczne skomplikowane relacje z innymi bliskimi osobami, dramaty totalne i te drobniejsze, wszelkie zawiłości, zakręty życiowe i losowe zdarzenia – nie bez wpływu na charaktery i osobowości każdej z postaci. Odkupienie win, rozgrzeszenie nie wchodzi w grę, gdy czasu nie da się cofnąć, zmienić biegu wydarzeń, odpokutować nieodpowiedzialności, odbudować tego, co pomimo starań na zawsze w gruzach już pozostanie. Można jedynie zmienić przyszłość, startując od dnia teraźniejszego, sprawić by egzystencja nieważna stała się na nowo istotna. Bo nie żyjemy wyłącznie dla siebie, istotą istnienia jest bycie dla innych i wpływ naszej obecności na kształt życia osób bliskich naszemu sercu. Czasem z zaskoczenia, w dramatycznych okolicznościach przychodzi na to szansa! O tym jest ten mały w formie, a wielki w znaczeniu film, w którym może nie ma permanentnego światła, ale są jego pojedyncze bardzo jasne promienie.

P.S. Jest w tym obrazie wysokie natężenie scen emocjonalnie angażujących, jednak w tym bogactwie materii do autentycznego głębokiego przeżywania, jest ta jedna, jedyna wybijająca się ponad wszystko co do tej pory zobaczyłem. To przypadkowe spotkanie na ulicy, kiedy Lee i Randi… Zresztą jak widzieliście to wiecie o czym mowa. Jeśli jeszcze nie dane wam było zobaczyć, to czym prędzej to zróbcie, bo ja nie potrafię o tym napisać, ot tak bez drżących rąk i oznak wzruszenia na twarzy.

Drukuj