Uwaga! Bieżący solowy Wilson jest zarazem niczym nowe (nie wiem czy lepsze) otwarcie i kontynuacja tego czego od lat można po nim się spodziewać (nie wiem czy to dobrze :)) jednocześnie, zarazem pisanie o nim jednoznacznie w sensie kategoryzacji jest odrobine trudne. The Harmony Codex jawi mi się (maksymalnie subiektywnie) jako zarazem album bliski twórczości Porcupine Tree, a jednocześnie krążek udanie wychodzący poza szufladkowanie Wilsona jako artysty typowo progresywnego. W sumie muzycznie wygląda jak esencja trzech ostatnich jego wydawnictw solowych, gdzie udanie przecież powiązał wielowątkowe suity z ambitnym popem i to też w pigułce zawiera na najnowszym albumie, który być może w tym momencie dla mnie jest wciąż trudny do opisania, gdyż zanim się pojawił i Wilson dość dużo o nim w międzyczasie mówił, to wydawać mógł się w mojej wyobraźni znacznie odważniejszy, szczególnie iż ponadto The Future Bites znacząco uciekał w prostsze, co nie znaczy że gorsze jakościowo od rozbudowanych konstrukcji. Dzisiaj bogatszy już o wiedze pochodzącą z licznych odsłuchów THC mam jednako to przekonanie, iż Wilson lekko kurs w stosunku do poprzedniczki zmienił, a nawet spojrzał ponownie bardziej wstecz i dzięki temu powstał materiał bardzo przekrojowy, a jednocześnie przede wszystkim ilustracyjny, bowiem trudno by esencji twórczości jego nie można było sprowadzić po prostu do komponowania muzyki niczym malowania fascynujących pejzaży z poukrywanymi w tle, nie bez znaczenia detalami. Teraz gdy w słuchawkach ta piękna muzyka płynie, a ja staram się zebrać myśli i koncentrując się na niej wyrwać z siebie jakieś ciekawe chociażby spostrzeżenia różniące się od poprzednich, to po prawdzie musze polec z kretesem, gdyż tylko w głowie myśli ze schematem w postrzeganiu pracy Wilsona się kojarzą. Nie wiem w sumie skąd właściwie to uparte poddawanie się obsesyjnemu przekonaniu, iż w przypadku THC powinienem móc napisać coś oryginalnego, kiedy doświadczenie z nią kontaktu absolutnie do wystukania owych nie predestynuje. Stąd może powinienem się rozpisać na temat każdego z numerów z osobna i tym samym być może z małych wniosków powstałby automatycznie wniosek nadrzędny, w którym o dziwo coś zaskakująco świeżego o aktualnej formie kompozytorskiej lidera Porcupine Tree dałbym radę powiedzieć, albo może lepiej zamiast silić się na analizy detalicznie przytulić z czułością nową muzykę i sprowadzić puentę do lakonicznych trzech zdań ciekawego, bo celnie kompresującego treść stwierdzenia? Tego drugiego, ale i pierwszego nie mogę chyba już uczynić, bo zapętliłem się w mętnieniu, więc głupie byłoby teraz tłumaczenie co osobnego w każdym z dziesięciu utworów się dzieje, bo tekst przybrałby rozmiary wymuszonej pod pozory "wiem o czym w stu procentach piszę" deliberacji, a moje ograniczone umiejętności syntetyzujące akurat w przypadku tak wymagającego przedmiotu analizy nie pozwalają w zdaniach zwięzłych zawrzeć celnego spostrzeżenia w formie robiącej wrażenie na czytelniku, to tak z konieczności pozostanę więc przy deformującej klasyczną recenzję formie bicia się z myślami i licząc, że przypadkiem zbaczając ze ścieżki wyznaczającej ślad dla meritum, zbudowałem coś z czego chociażby nie wieje przeciętną nudą, zakończę tylko zachęcającym do zaprzyjaźnienia się z The Harmony Codex określeniem go tak inspiracyjnie bogatym, jak warsztatowo doskonałym i emocjonalnie oddziałującym,. Zatem w sumie bez odrobiny zawahania postawię jego obok ostatnich dokonań Brytyjczyka, aby stał tam dumnie i przyciągał mnie do siebie - w co nie wątpię. Dziękuję za uwagę!
czwartek, 5 października 2023
Steven Wilson - The Harmony Codex (2023)
poniedziałek, 1 lutego 2021
Steven Wilson - The Future Bites (2021)
The Future Bites w wymiarze dźwiękowym przynosi świeży powiem powietrza, lecz nie wytycza żadnych przełomowo rozumianych nowych szlaków, natomiast w warstwie tekstowej (na ile zrozumiałem) świetnie w lirykach odnajdują się wibracje futurystycznego spojrzenia na najbliższą rzeczywistość zatopioną w obsesji konsumpcjonizmu. Album jest krótki, taki zwięzły że aż zbytnio skompresowany i myślę że tylko z numerami z The B-Sides Collection daje pełny obraz momentu w którym zastajemy obecnie Wilsona. Dziewięć programowych kompozycji wzbogaconych o trzy wyselekcjonowane numery z mini (Eyewitness, In Floral Green, Move Like A Fever) i wówczas czuję, iż po wybrzmieniu ostatniej nuty jestem syty, lecz po odpowiedniej przerwie mam ochotę ponownie zasiąść do odsłuchu. Nie będę ściemniać, że ta ścieżka i perspektywa rozwoju bardzo mnie u Wilsona cieszy. Mimo iż nie napiszę w tych okolicznościach że The Future Bites to krążek lepszy od dwóch ostatnich albumów czy też debiutanckiej perełki, to w żadnym stopniu nie czuję iż Wilson kit mi wciska, czy idzie w mainstreamową komerchę. On doskonale się odnajduje w takiej stylistyce i zapewne przy okazji więcej krążków sprzedaje - szczególnie kiedy miało to miejsce za czasów cholernie ambitnych projektów (Grace for Drowning, The Raven That Refused to Sing...). Nie mogę mu mieć za złe (bo niby dlaczego?), iż monetyzuje własny talent, tym bardziej kiedy zarzucenie mu pójścia na łatwiznę, tudzież poddanie się pokusie sławy nie wchodzi w grę. Jego granie wciąż posiada papiery na coś więcej niż wyłącznie radiową rozpoznawalność. To też taki rodzaj paradoksu, że Wilson oddalając się sukcesywnie od ramowych wytycznych rocka progresywnego, obecnie zdaje się intensywniej rozwijać niż było to za czasów eksperymentowania rozbudowanego o pierwiastek jazzowy. The Future Bites pulsuje kapitalnym funkowym groovem, nosi z dumą znamiona synthpopowe, ponadto urzeka nastrojowością i trip hopowymi bitami oraz nie wstydzi się też pójść w stronę beatlesowskiej przebojowości. Ktoś inny zapewne wrzucając tak różne składniki do jednego wora wytrząsnąłby z niego irytująco nieskładny chaos. Na szczęście Wilson nigdy nie był i wierzę że nigdy nie będzie kimś innym.




