Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Luc Besson. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Luc Besson. Pokaż wszystkie posty

sobota, 2 maja 2026

Dracula: A Love Tale / Drakula. Historia wiecznej miłości (2025) - Luc Besson

 

Nie ukryję zaraz poniżej, odczuwanego i wprost wyrażanego swego rozczarowania, stąd tylko w jednym zdaniu napomknę o tym, iż ogarniając intuicyjnie co się święci gdy dotarły do mnie wieści, że Besson odgrzeje klasyka z poziomu gotyckiej klasyki szlachetnej, wciąż miałem odrobinę wiary, iż po bardzo udanym (nawet świetnym) Dogmanie, stać go jeszcze na kino, na lata temu prezentowanym poziomie. Czując to co powyżej i doświadczając starcia wewnętrznego intuicji z wiary płomieniem jeszcze się tlącym, z króciutkiego początku, pomimo dystansu i obaw, byłem całkiem miłe na plus zaskoczony, ale po chwiluni dosłownie wpadłem w czarną rozpacz obserwując kostiumową rewię o charakterze komediowym, miast potężnej produkcji, z elegancją, zamysłem i charyzmą zrealizowaną. Kompletnie posmutniałem, bowiem widziałem przed sobą aktorów z dorobkiem i klasą, bez jednak wiary i chęci oraz opowieść wątkami niezdarnie żonglującą, bez szczątkowego nawet posmaku intrygująco-niepokojącego w rozbuchanych scenach i mnóstwo zachodu scenografów, speców od kostiumów, charakteryzacji o efekcie finalnym mizernym. Postaci wizualnie bogate, lecz z rozmachem rozbijające się o poprawność inscenizacyjną, przeplataną momentami totalnym parodiowym karykaturalizmem, jakby Besson chciał niezwykle mocno wyjść poza szablon, ale finezji mu brakowało - o smaku dobrym i pomyśle na spójną koncepcję nie wspominając. Wiele w sumie mógłbym znieść, bo zdeklarowanym miłośnikiem malowniczej i odważnie krzykliwie wywrotowej wersji Coppoli pozostaje, ale wyszła Bessonowi mozaika zupełnie bałaganiarska - bezładna, chaotyczna i po prostu żenująco pusta emocjonalnie, a niechlubną anty wisienką na tym szkaradnie pstrym torcie, okazał się upiornie groteskowy hrabia na zamku, nawiązujący wprost nieudolnie kiczowatą charakteryzacją do Draculi Oldmana. Szczyt przesady - nawet jakbym się nie starał dostrzec w tym jakiejś ironii czy względnie autoironii, to nie udźwignąłem tego poziomu tandety i braku szacunku jednak dla zasłużonego dla sukcesu z lat dziewięćdziesiątych Bessona, Gary’ego Oldmana. Podsumowując nie wyszło jak przepełniona przejmującym duchem romantyczna baśń grozy, tylko jak przynosząca wstyd wszystkim zaangażowanym nieintencjonalna satyra. Nie udało się mym zdaniem ostatnio del Toro rywalizującemu z Branaghiem i nie udało się równie spektakularnie Bessonowi w starciu z Coppolą. Nie wiem czy w ogóle w przypadku jednego i drugiego, na ich zaawansowanym etapie karier był sens aby podnosić rękę na klasyki i czy to wina słabszej dyspozycji weteranów „pretendentów”, czy aż tak w przeszłości wysoko postawionej poprzeczki. W sumie, to jest pytanie retoryczne, a ja żartuję sobie je zadając. :)

poniedziałek, 26 lutego 2024

Dogman (2023) - Luc Besson

 

Zajebisty film zrobiony w tradycyjnej manierze najtisowej i nawet taki niby drobiazg jakim głos lektora sprzyja temu satysfakcjonującemu odczuciu i przykłada się do kapitalnego odbioru najnowszej produkcji Luca Bessona, który poniekąd ostatnio przestał mnie interesować, bowiem bardzo rzadko kręcił filmy naprawdę warte zainteresowania. Tym razem jednak powrócił w wielkim stylu, stylu bardzo swoim i też dzięki współpracy z kimś takim jak Caleb Landry Jones osiągnął tak wyborny efekt. Dogman to tak aktorskie fajerwerki, jak te sceny, dialogi z podkładem muzycznym w tle, które budują odpowiednio przerażającą atmosferę, a już od początku samego rzucają się na oczy i uszy mnie-widza, sprawiając, iż mordka mi się szeroko od uszka do uszka uśmiecha, mimo że temat filmu z radosnym manifestowaniem zadowolenia, to niewiele ma wspólnego. Uśmiech groteskowy to jedno co się kojarzy jednoznacznie, a drugie to dreszcze podczas tego seansu podobne jak w przypadku oglądania Jokera, bowiem opowieść to o podobnym, choć w detalach nie bliźniaczym jednak charakterze. Trudno też nie pomyśleć skąd inspiracja u Bessona i dla mnie w sumie zaskoczenie, gdyż w tym kontekście bardziej spodziewałem się podświadomie (kompletnie nie zdroworozsądkowo) podobieństwa do filmu Matteo Garrone o takim samym akurat tytule i on z pewnością sprowokował pudłujące (troche tak, trochę w sumie nie, he he) skojarzenia, natomiast następujący po intensywnych grubo ponad dziewięćdziesięciu minutach finał charakterem rodem z Leona Zawodowca (sekwencja strzelaniny mega), rzucił mnie o glebę i sprowokował na pełnej wewnętrzną rozkminę o sentymentalnym otrzeźwieniu Bessona i nawróceniu się na właściwy filmowy kurs - na niechybnie w jego przypadku nadchodzącą starość. Póki będzie trzymał się dobrych własnych wzorców i aplikował w film wszystkie dziwaczno-cudaczne elementy specyfiki wypracowanej przed dekadami oraz zachwycał scenami podobnymi do tej przerażająco-wstrząsająco-poruszającej, z miażdżącym emocjonalną i wizualną stroną występem drag queen Edith Piaf, to ja będę na nawet takie nostalgicznie przewidywalne pomysły w jego następnych obrazach z gigantycznym apetytem nastawał.

P.S. No ale te burki arcy inteligentne, bardziej ogarnięte od niejednego naczelnego i tak dalej - no dajcie spokój. :) Mnie to nie przeszkadzało, bo ja lubię jak tak ponosi wyobraźnia reżysera i scenarzystę.

niedziela, 6 marca 2022

The Fifth Element / Piąty element (1997) - Luc Besson

 

Kult się sączy ze ścian kiedy puszczam Piąty element. Groteskowe science fiction z czasów kiedy Luc Besson kręcił dzieła i pomysłami niczym wulkan przez naturę obudzony eksplodował. Nie miał żadnych kompleksów i śmiało wykorzystywał swój czas po sukcesie Wielkiego błękitu i jeszcze większym Leona zawodowca. Jak byłem nieopierzonym, albo już częściowo opierzonym, ale jeszcze nie tak wysoko lotnym miłośnikiem kina, wtedy The Fifth Element odbierałem dość powierzchownie i być możne krzywdząco oceniałem jako przegięty szaloną wyobraźnią projekt. Nie byłem też jedyny - znacząca część widowni wygwizdała podobno premierowy canneński pokaz. Ja młody, ale oni, znawcy, koneserzy? Ślepi ludzie i tyle. :) Nie widziałem też tak wyraźnie w nim inspiracji wizualnej Diuną Lyncha, oczywiście także Łowcą androidów Ridley'a Scotta jak i nawet Pamięcią absolutną Verhoevena, więc jarałem się najbardziej aktorskim mega popisem Gary'ego Oldmana. A przecież The Fifth Element to niezwykle szeroki i głęboki koncept, tak filozoficzny jak wizualny, podparty dodatkowo aktorstwem bez jakichkolwiek granic. Dynamiczny charakter filmu akcji fenomenalnie ożeniony z futurystyczną wizją świata, do którego na swoje zgubienie bezrefleksyjnie na złamanie karku gnamy. Odjechany tak jakby wszystkie hamulce wyobraźni puściły i zawory ambicjonalnego ciśnienia w Bessonie nie były w stanie zredukować. Scenografia, kostiumy, charakteryzacja i wciąż świeże wizualnie efekty specjalne. Techniczny majstersztyk, aktorskie złoto, fantazji i nauki hybryda z ironicznym poczuciem humoru oraz tym czymś, co odważnie wbrew mojej agnostycznej naturze nazwę kinowym dotknięciem ręki samego Boga. Fajerwerki co rusz wystrzeliwują i co chwila kopara opada, kiedy coraz bardziej niesamowite postaci (Chris Tucker kufa bomba, a Besson jak wróżka w temacie show businessu) przejmują we władanie ekran. Ekstraklasa która liczne podobne kosmiczne (też te mego poważnie futurologiczne) produkcje zjada na śniadanko i możne śmiało towarzyszyć tym najlepszym, służąc jako gatunkowy wzorzec. Bo genialne kino, to każdy scenograficzny detal w punkt, każdy gest, każde spojrzenie aktora w punkt i scenariusz taki co zostawia w człowieku ślad i wymusza refleksje. Od dzisiaj z oby wybaczalnym opóźnieniem dla mnie to jest właśnie dzieło!

P.S. No i ten Bruce Willis taki efektowny jak w Szklanej pułapce, a scena finałowa niczym akcja z Nakatomi Plaza. Kufa jak fajowo!

sobota, 1 grudnia 2018

Le grand bleu / Wielki błękit (1988) - Luc Besson




To klasyka oczywiście i niczego odkrywczego o niej już nie jestem w stanie napisać, stąd w zwięzłym tekście powielę najistotniejsze znane od lat w licznej konfiguracji komplementy i zapisze we własnym archiwum kolejną obowiązkową około filmową refleksję. To po pierwsze kino sensu stricto obrazu, dzieło wielowymiarowe i rozbudowane, pod względem formalnym epicki format, w którym emocje harmonijnie pobudzane zostają przez zarazem pasjonującą dramatyczną i piękną historie pasji, jak i cały spektakularny aspekt wizualny. Wysoko angażująca opowieść o miłości, przyjaźni, właśnie obsesyjnej pasji i nie zawsze refleksyjnej rywalizacji. Opowieść z duszą i przesłaniem, będąca czymś więcej niż romantyczną przygodówką osadzoną w przepięknych okolicznościach przyrody, bowiem aspirującą wyraźnie i skutecznie do filozoficznego traktatu będącego symbolicznym odzwierciedleniem ucieczki w świat marzeń poprzez odcięcie się od rzeczywistości i totalne nomen omen zanurkowanie w nieodkryte i nieodgadnione. Bez efekciarstwa i szablonowości, wyraźnie oparta o liczne charakterystyczne "sztuczki" dla przyszłej, tej z najlepszych lat twórczości Luca Bessona. Film wyjątkowy i osobny, chociaż trudno nie dostrzec, iż mocno osadzony w tradycji europejskiej kinematografii lat osiemdziesiątych, która jednocześnie zachowując swoją kontynentalną tożsamość korzystała z fascynacji wysokobudżetowym kinem amerykańskim. Tą hollywoodzką spektakularność widać przede wszystkim w wizualnej stronie produkcji, całej widowiskowości podwodnych zdjęć i szerokiej perspektywie ukazującej zapierające dech obrazy oceanu. Istota zaangażowanego kina europejskiego nie pozwala jednak, by były to tylko puste emocjonalnie techniczne sztuczki, bowiem w pracę operatorską tknięto poetyckiego ducha wspomaganego charakterystyczną muzyką skomponowaną przez Éric Serre. Dzięki między innymi niej, przy przekonującym współudziale refleksyjnego charakteru i osobistego wątku reżysera, w swojej wymowie Wielki Błękit staje się filmem przejmująco smutnym, a zarazem w finałowym rozrachunku optymistycznie idealizującym współczesnego Piotrusia Pana. Wiecznego chłopca, który nie potrafi wyrwać się z traumy z przeszłości i przekroczyć granicy pomiędzy dzieciństwem, a dorosłością, żyjąc po swojemu w paradoksalnie zaciskającej więzy wyimaginowanej wolności od odpowiedzialności za kogoś więcej niż wyłącznie siebie. 

P.S. Tym razem ani słowa o obecnej reżyserskiej formie, może nawet bardziej o wyborach stylistycznych Bessona, szkoda mi po prostu miejsca i czasu dla pełnych goryczy słów rozczarowania.

niedziela, 15 października 2017

Joan of Arc / Joanna d'Arc (1999) - Luc Besson





Nadal doskonale pamiętam, jakie ten film zrobił na mnie wrażenie oglądany premierowo w kinie. To był najlepszy, a już z pewnością najambitniejszy okres w twórczości Bessona. Wybitny Leon zawodowiec, osobliwy Piąty element i doskonała Joanna d’arc, to filmy wielkie, filmy ikoniczne już od lat uznane za klasyki. Przede wszystkim w moim przekonaniu te dwa skrajne tytuły od strony psychologicznej przenikliwe i sugestywne - słuszne i zbawienne dla rozumu. Tak jak Leon przejmująco penetrował rejony relacji międzyludzkich, tak Joanna wryła się w pamięć, jako fenomenalny obraz z mrocznym i sugestywnym klimatem na równi z dobitną ironią w ukazaniu barbarzyństwa, poddający w wątpliwość forsowaną autentyczność religijnych uniesień i bożej sprawczości, inaczej cudów dokonywanych w imię i za sprawą Boga. Wiara czyni cuda, cuda? Czy tylko potencjał okrutny wyzwala? Ja tego nie wiem. Może cel uświęca środki, uświęca też zbrodnie odbierania życia w imię walki za sprawę, byleby się po wszystkim pokornie wyspowiadać? Jak oceniać postać głównej bohaterki - to prostaczka czy nadwrażliwa i bystra niewiasta z pasją, a może już obsesją. A może tylko wychowana w gęstym sosie mrzonek ich ofiara? Dotknięta traumą mściwa arogantka, zatruwająca osobistą vendettą umysły bogobojnych rycerzy? Wykorzystana i zdradzona, dotknięta szaleństwem umysłu, psychiczną jednostką chorobową? To takie nadal aktualne, chociaż stosy nie płoną i setki lat rozwoju cywilizacyjnego za nami, a potrzeba usprawiedliwiania działań siłą wyższej tak powszechne. Pytanie, co nam daje i co nam zabierają takie klapki na oczętach pozostawię otwarte. Niedopowiedzenia bowiem największa siłą tego dzieła, więc się do tej bessonowskiej strategii podepnę.

środa, 10 grudnia 2014

Léon / Leon zawodowiec (1994) - Luc Besson




Labilna forma twórcza Luca Bessona, to współcześnie już norma - raz nagra przyzwoity w obiektywnej ocenie, a w moim subiektywnym przekonaniu bardzo dobry obraz jakim Lady (2011), by chwile później wyskoczyć za sprawą The Family (2013) oraz Lucy (2014) i zostać doszczętnie zruganym przez krytykę. Tak od dłuższego czasu nie jest w stanie poziomu utrzymać, miota się pośród skrajnych wartościowo projektów. Lata temu piął się jednak systematycznie na szczyt i w owym czasie nie przypuszczałbym, że wkrótce później zacznie tak rozmieniać się na drobne - bezrefleksyjnie nader często romansować z kinem (używając eufemizmu) niskich lotów. Ale szkoda czasu na utyskiwania, będzie teraz z entuzjazmem chwalone, w żadnym wypadku ganione. :) O niepodważalnym kulcie zdecydowałem się w kilku zdaniach napisać, gdyż postać Leona ikoną popkultury natychmiast została. Charakterystyczne atrybuty – lenonki, płaszcz, czapka, białe skarpetki i symboliczna roślinka dla której był w stanie życie zaryzykować. Prosty człowiek z przejrzystymi zasadami, ceniący lojalność, gotowy do największych poświęceń, poznający znaczenie prawdziwej przyjaźni i miłości. Postać z głębokiego tła, niemal jak cień niezauważalna dla ogółu społeczeństwa. Jego losy brutalnie przecięte spotkaniem ze zbyt szybko za sprawą środowiska i okoliczności dojrzewającym dzieciakiem oraz zimnym psychopatą/socjopatą. Jean Reno, Natalie Portman i Gary Oldman w kreacjach olśniewających na różne sposoby, bo kiedy Reno ciepłego, opiekuńczego, ale zarazem równie stanowczego Leona odgrywa, to młodziutka Portman w roli Matyldy swój naturalny talent z gracją prezentuje, a Oldman daje wirtuozerski koncert szaleństwa, obłąkania i ekstremalnego psychicznego sadyzmu. W tym trio kryje się porywająca siła, wspomagana wzruszającą i wstrząsającą historią, z sugestywną warstwą muzyczną i klimatem pełnym francuskiego liryzmu i sentymentalizmu. To używając najprostszych, po części banalnych określeń, PIĘKNY obraz, który kiedy gości u mnie na ekranie zawsze powoduje zwilgotnienie moich oczu. Jest naprawdę niewiele dzieł w historii kinematografii, które są w stanie do takiego stanu doprowadzić moją duszę. Nie ironizuję!

czwartek, 26 czerwca 2014

The Family / Porachunki (2013) - Luc Besson




Jak to skonsumować by niestrawności nie złapać, czyli lepiej posiłku tego nie skończyć niżby po pełnym spożyciu z odczuciami nieprzyjemnymi się zmagać. Zgodnie z tą filozofią naprędce skleconą zamiast pełny seans zaliczyć od któregoś momentu z przewijaniem najnowszy obraz Luca Bessona obejrzałem. I nie mam najmniejszych wątpliwości, że coś ciekawego straciłem, bo to kawał pierdoły z trudnym do zdefiniowania celem reżyserskim. Taka mafijna rodzinka Adamsów bohaterem, po części uwikłana w poważne rozgrywki kryminalne by jednocześnie próbować widza trudną do wytłumaczenia błazenadą zabawić - hybryda niestrawna, która ani nie bawi, ani do refleksji nie skłania. Kino familijne z całą masą bezsensownej przemocy i kreskówkowymi konsekwencjami ;) Takie zupełnie do mnie nieprzemawiające nawiązanie do żenująco prostackiego kina, jakim w przypadku Taxi przed laty Besson próbował czarować. Oczywiście zdając sobie sprawę, iż z przymrużeniem oka powinienem taką gatunkową groteskę potraktować, ja tego zwyczajnie nie kupuje! Pytanie jeszcze tylko na koniec czy legendy pokroju Roberta De Niro i  Tommy Lee Jonesa na brak atrakcyjnych ofert narzekają, że w takie projekty się angażują? Brak szacunku dla oddanych fanów ich talentu przez pryzmat kasy – tylko takie wyjaśnienie jest tu trafione.

P.S. I to rodzime tłumaczenie tak skomplikowanego tytułu – LITOŚCI, dystrybutor poszedł po całości! :(

Drukuj