Nie ukryję zaraz poniżej, odczuwanego i wprost wyrażanego swego rozczarowania, stąd tylko w jednym zdaniu napomknę o tym, iż ogarniając intuicyjnie co się święci gdy dotarły do mnie wieści, że Besson odgrzeje klasyka z poziomu gotyckiej klasyki szlachetnej, wciąż miałem odrobinę wiary, iż po bardzo udanym (nawet świetnym) Dogmanie, stać go jeszcze na kino, na lata temu prezentowanym poziomie. Czując to co powyżej i doświadczając starcia wewnętrznego intuicji z wiary płomieniem jeszcze się tlącym, z króciutkiego początku, pomimo dystansu i obaw, byłem całkiem miłe na plus zaskoczony, ale po chwiluni dosłownie wpadłem w czarną rozpacz obserwując kostiumową rewię o charakterze komediowym, miast potężnej produkcji, z elegancją, zamysłem i charyzmą zrealizowaną. Kompletnie posmutniałem, bowiem widziałem przed sobą aktorów z dorobkiem i klasą, bez jednak wiary i chęci oraz opowieść wątkami niezdarnie żonglującą, bez szczątkowego nawet posmaku intrygująco-niepokojącego w rozbuchanych scenach i mnóstwo zachodu scenografów, speców od kostiumów, charakteryzacji o efekcie finalnym mizernym. Postaci wizualnie bogate, lecz z rozmachem rozbijające się o poprawność inscenizacyjną, przeplataną momentami totalnym parodiowym karykaturalizmem, jakby Besson chciał niezwykle mocno wyjść poza szablon, ale finezji mu brakowało - o smaku dobrym i pomyśle na spójną koncepcję nie wspominając. Wiele w sumie mógłbym znieść, bo zdeklarowanym miłośnikiem malowniczej i odważnie krzykliwie wywrotowej wersji Coppoli pozostaje, ale wyszła Bessonowi mozaika zupełnie bałaganiarska - bezładna, chaotyczna i po prostu żenująco pusta emocjonalnie, a niechlubną anty wisienką na tym szkaradnie pstrym torcie, okazał się upiornie groteskowy hrabia na zamku, nawiązujący wprost nieudolnie kiczowatą charakteryzacją do Draculi Oldmana. Szczyt przesady - nawet jakbym się nie starał dostrzec w tym jakiejś ironii czy względnie autoironii, to nie udźwignąłem tego poziomu tandety i braku szacunku jednak dla zasłużonego dla sukcesu z lat dziewięćdziesiątych Bessona, Gary’ego Oldmana. Podsumowując nie wyszło jak przepełniona przejmującym duchem romantyczna baśń grozy, tylko jak przynosząca wstyd wszystkim zaangażowanym nieintencjonalna satyra. Nie udało się mym zdaniem ostatnio del Toro rywalizującemu z Branaghiem i nie udało się równie spektakularnie Bessonowi w starciu z Coppolą. Nie wiem czy w ogóle w przypadku jednego i drugiego, na ich zaawansowanym etapie karier był sens aby podnosić rękę na klasyki i czy to wina słabszej dyspozycji weteranów „pretendentów”, czy aż tak w przeszłości wysoko postawiona poprzeczka. W sumie, to jest pytanie retoryczne, a ja żartuję sobie je zadając. :)

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz