Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Grip Inc.. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Grip Inc.. Pokaż wszystkie posty

piątek, 3 lipca 2026

Grip Inc. - Incorporated (2004)

 

We łbie majaczą cienie uczuć, już mocno upływem czasu steranych, a odnoszących się do sytuacji, kiedy Incorporated wyszło i niby powodu, przez który jest to album, który najmniejszą sympatię spośród czterech długograjów europejskiego zjawiska modern thrashowego, wówczas we mnie wzbudzał. Być może nie spędziłem z nim sam na sam, tyle ile było by potrzeba, aby się w nim zdążyć rozsmakować (to częsty mój grzech z przeszłości zaniechania), bądź trafił on w nieodpowiedni czas i nie zagrało. Niuanse, smaczki wychwytuje się stopniowo i to czyni wówczas album w oczach/uszach wielkim. Słucham teraz czwórki i charakterystykę w myślach rysując, rozwijam - rozmach jest, feeling i groove są, więc można rozbierać na detale i mlaskać, ale też można z biegu nucić motywy. Słyszę i akceptuję rolę nienachalnych quasi orientalizmów (gitarek iberyjskobrzmiących, smyczkowych wątków), porcji elektroniki, co równa się docenianie urozmaiconego thrashu, dosmaczonego. Doceniam brzmienie i produkcję, przyjmuję na klatę ciężar oraz wyrazistość czystego dźwięku oraz energetyczny potencjał, karku mięśnie nadwyrężający. Instrumentalny Olimp, bowiem "nasz człowiek" w poważnym metalowym biznesie, wie jak kręcić w studiu gałeczkami, jak pisać doskonałe numery oryginalne i biegać paluchami po gryfie, a ikona w osobie Lombardo łomoce i pędzi - petarda, pocisk, wieloręko człowieczy. Jeszcze oczywiście punk oldschoolowy w obejściu Chambers i jego sposób eksponowania dramaturgii w liniach wokalnych - szacuneczek. Nie wiem, nie do końca pamiętam, nie sprawdziłem czy wcześniej i za co "InKorpo" ganiłem. Jeśli ganiłem, niemądry przez chwilę byłem. :) Sorki sorki! 

P.S. Gdy się omówiony pojawił, naturalnie nie wiedziałem, że będzie ostatnim. R.I.P. Gus Chambers. Szkoda że Cię już nie ma sukinkocie. 

sobota, 11 czerwca 2022

Grip Inc. - Solidify (1999)

 


Grip Inc. trafił mnie tak prosto w nos pewnej zamierzchłej Metalmanii, bodajże wtedy gdy z wiadomych wpierw smutnych, później dramatycznych, a na koniec tragicznych powodów nie dojechał Chuck Schuldiner z nieodżałowanym składem Death. To była niekoniecznie ta najbardziej udana edycja przez pryzmat lokalizacji, chociaż wówczas obsadzie niewiele można było zarzucić, to akurat miejsce akcji dalekie od standardów Spodka. Niczego sobie spęd ogólnie i wrażenia które po latach są we mnie wciąż żywe właśnie między innymi za sprawą ekipy w której składzie działał wtedy wieloręki Dave Lombardo i on naturalnie dał się podczas gigu poznać od swojej najlepszej strony, zasuwając na bębnach z takim impetem że należało przyklęknąć lub chociaż pokiwać łbem z uznaniem. Reszta składu rzecz jasna na poziomie, ale to był jednak spektakl schowanego za zestawem Dave'a i jego perkusyjnej akrobatyki. Dlaczego akurat przy okazji Solidify o tym gigu? Dlatego że był to okres promocji tejże właśnie płyty i numery z niej jeśli dobrze pamiętam stanowiły znaczącą część setu międzynarodowego składu. Ten moment określił mój ówczesny stosunek do muzyki Grip Inc. i od tej chwili wlazłem na całego w świat ich motorycznego riffu i rytmicznej ekwilibrystyki Lombardo - tutaj znacznie bardziej różnorodnej i bogatej w groove niż miało to miejsce w przypadku jakiegokolwiek albumu Slayera. Solidify wstrzeliło się akurat w czas panowania nu metalowego i nawet jeśli trzon thrashowy nie został naruszony, to jednak sporo słychać tutaj wpływów panującego w ciężkiej muzyce trendu na skoczne podrygiwania. Nie jest to oczywiście "madafaka" jaką częstował na pierwszych płytach Soulfly, bo w nucie ekipy kierowanej przez tandem Sorychta/Lombardo znacznie więcej mechanicznego turbodoładowania i punkowego zadziora z którego charakterem darł ryja Gus Chambers i bardziej do tego grania pasuje zawijanie bujnym owłosieniem niż rytmiczne podskakiwanie, ale jednak! Jednak czuć że sprawdzali Panowie czy takie nu metalowe wpływy pasowałyby do ich stylistyki i połowicznie wpłynęły in plus na ewolucję estetyki z jaką byli kojarzeni. Prócz na szczęście gustownego sięgnięcia po trendziarstwo, Solidify to jednak wciąż potężne uderzenie w potylice i eksperymentowanie z dźwiękiem niekoniecznie w oczywistych kierunkach. Bardzo mroczny i okraszony zaskakującą gitarą akustyczną Human?, piękne popisy na rwanym riffie i dynamice podkręcanej w Vindicate i też najbardziej charakterystyczny zamykający Bug Juice (majstersztyk kubańczyka) oraz mój ulubiony Verräter (Betrayer) kłaniający się tym wszystkim genialnie rozbudowanym na gitarowym temacie i wybębnionym z nieprawdopodobną pasją numerom z Nemesis. Co będę więcej pisał, trzeba słuchać i poczuć - bo jest co. :)

piątek, 25 lutego 2022

Grip Inc. - Power of Inner Strength (1995)

 


Niezmiernie mnie dziwi, że po ponad ćwierćwieczu od wydania debiutu Grip Inc. nie jest wspomniany jako jeden z najbardziej ciekawych projektów thrash metalowych i wtedy w 1995 roku pomimo wyraźnego sygnału że to świeży powiem w odchodzącej wówczas w zapomnienie estetyce, a na pewno przeżywającym kryzys jeszcze do niedawna eksplodującym stylu, nie był szaleńczo propsowany. 1995 rok to tak chwila po slayerowym Divine Intervention (no po prawdzie słychać też na Power of Inner Strength nim inspiracje), dalej równie krótki czas po Testamentu kapitalnym, bo poszukującym, lecz bez większego sukcesu Low i też czas pomiędzy jeszcze wciąż względnie siarczystą Youthanasią Megadeth, a już absolutnie zagubionym kolejnym jej krokiem w kierunku mainstreamu. Zatem okres ogólnie mało ciekawy, a już na pewno nie sprzyjający dla thrashu, a tu znienacka Dave Lombardo z nowymi kumplami wyskakuje z taką petardą i przechodzi z tak znakomitym materiałem może nie bez echa, ale na pewno z echem za mało jak na poziom krążka głośnym. Z drugiej strony Power of Inner Strength prócz klasycznego rozumienia prymatu siły riffu i napierającej motorycznie sekcji nad ogólnie bujającym jej groove'm (czas to wtedy thrashu Pantery), przynosi też w okładaniu zestawu ciekawe sekwencje nawiązujące do mocno podrasowanej agresją rytmiki świadczącej o przywiązaniu naturalizowanego w Ameryce Kubańczyka, do tradycji muzycznych ziemi przodków. W programie pierwszej płyty Grip Inc. czai się też kapitalny mrok, a jak piszą fani lirycznej zawartości muzycznej, także doskonałe teksty oraz jad tryskający zarówno z gitarowej nawałnicy jak i wokalnych wyczynów Gus'a Chambersa. O nich już przy okazji refleksji wokół Nemesis się rozpisałem, więc teraz na sam koniec zamiast rozbudowywać tekst o kopiowane fragmenty, czyli powielać mądrości już na bloga wbite, kropkę postawię podkreślając, że pomimo wniosków jakie powyżej wyciągnąłem i mając naturalnie świadomość okoliczności powstania Power of Inner Strength, nie trybię wciąż dlaczego tak rzadko maniacy dzisiaj także o zasługach tego międzynarodowego składu nawijają. A może nawijają, tylko ja tych miejsc gdzie gorąco Grip Inc. polecają nie odwiedzam?

sobota, 22 stycznia 2022

Grip Inc. - Nemesis (1997)

 


Dość mocno nieodżałowany ten Gus Chambers - kawał był z niego herbatnika, ale zwinął się już (niewiarygodne) ponad 13 lat temu. Archetyp pancurkiego sukinkota, który w soczystym thrashu kapitalnie się zrealizował. Wyszukany przez nadwornego producenta stajni Century Media, czyli Waldka Sorychtę gitarzystę Grip Inc., z dokooptowanym do całkiem mocnego już składu mistrzem nad mistrze w osobie Dave'a Lombardo, stworzył cholernie mocarną obsadę Grip Inc. Cztery płyty nagrali, a Nemesis to krążek w moim przekonaniu No.1 w ich karierze i główny przyczynek prócz fundamentalnego dla rozpalenia ognia zainteresowania kapelą doskonałego ich występu na jednej z Metalmani - która na marginesie dodając nie odbywając się akurat w Spodku, przez ten właśnie fakt nieprzyjemny i niestety jeszcze boleśniejszy kontekst związany z odwołaniem gigu Death tak silnie w mojej pamięci się odłożyła. Death nie zagrali, ale za to wówczas genialnie do pieca dołożyli właśnie Grip Inc. i niech mnie kule biją, że nie byłem pod mega wrażeniem kiedy Lombardo z charakterystyczną zwierzęcą furią atakował swój zestaw. Napierdzielał tak że iskry śmigały i żaden kolejny występ kubańczyka nie zdołał na mnie zrobić większego wrażenia, niż ten wówczas premierowy dla mnie szoł z jego udziałem - choć były to przecież akcje w składzie slayerowym. Wracając jednak do samego Nemesis, to wciąż z niemałą ekscytacją donoszę, że takiego thrashu mnie trzeba, bym w euforii uniósł się do metalowego nieba. :) Motorycznej galopady z soczystymi solówkami i jadowicie furiackimi riffami, która też ze sobą przynosi masę fenomenalnie w strukturę albumu wbitego klimatu. To nie jest wyłącznie na ślepo jazda do przodu, ale też aranżacyjnie błyskotliwie ogarnięta przestrzenna napierdalanka, w której wyraziste bębnienie Lombardo wytycza ścieżkę i puls całości wyznacza, a krzyk Chambersa wraz z basowymi figurami i wspomnianymi doskonałymi riffami nie stoi gdzieś na marginesie, tylko idealnie współistnieje z nabijanym z pasją rytmem produkowanym przez Dave'a "ja pierd*** jak on to robi!" Lombardo. Uwielbiam groove który produkuje, a Nemesis przede wszystkim za sprawą bębnienia w Rusty Nail stawiam w czołówce dokonań fenomenalnego Kubańczyka. Gdzieś w sąsiedztwie The Gathering Testamentu (Eyes of Wrath o Kryste!) i oczywiście najbardziej ikonicznych dzieł macierzystego Slaaaayera. 

Drukuj