Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Nicholas Hytner. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Nicholas Hytner. Pokaż wszystkie posty

poniedziałek, 13 lipca 2026

The Choral / Chórzyści (2025) - Nicholas Hytner

 

Raczej ospałe, może flegmatyczne, w klasycznej gatunkowe konwencji kino, typowe dla brytyjskiego, pamiętnie archaicznie szlachetnego charakteru, gdzie wiążą się nostalgia i sentymentalizm, z mądrym przepracowywaniem bólu, lęku i innych emocji oraz szczyptą zdrowego, wyrafinowanego poczucia humoru. Z powściągliwym z zasady Ralphem Fiennesem w roli głównej, który w jaką estetykę nie zostałby wpasowany, zawsze trafia w punkt, bowiem posiada intuicję i dopieszczoną doświadczeniem wprawę aktorską, a jeśli już gra, to gra bez sztucznej szarży, robiąc i tak wrażenie piorunujące. W tym przypadku nie ma mowy, by rozwinął aż tak ekscytująco skrzydła, ale idealnie oddał wachlarz subtelnych emocji, skrytych za ochronnym dystyngowanym emocjonalnym uniformem. Podobała mi się postać jego, ale szanuję także w jaki sposób przybliżona zostaje trudna wojenna (I Wojna Światowa) historia i różne postawy, nie poddawane mądrze na szczęście, pro patriotycznej ocenie. Kryje się w tym co zobaczyłem i usłyszałem dołujący smutek bezsilności, oddziałuje bezradność wobec druzgocącej siły potworności wojennej rzeczywistości. To seans wiążący być może dwie skrajności, bowiem tak w sferze wyrażającej uczucia i przekonania w przemowie do widza, jest taktowny ludzki pierwiastek i ludzko niekonsekwentna momentami bezceremonialność. Bez względu na małe koncepcyjne w scenariuszu pęknięcia i efekt finalny jaki nie sprawi aby przebił się do pamięci długotrwałej, mnie potrafił jednocześnie zainspirować do ważnych także dzisiaj, tu i teraz obok refleksji, jak też przytłoczyć tą przyciężkawie jednak zaaranżowaną konfrontacją śmiertelnej powagi, z formą obyczajowej tragikomedii. Czerpie z tematyki złożonej, ale w zasadzie jest prosty, bo struktura z założenia całkiem lekka, ale zawartość treściwie, mocno obciążająca. Kameralny i wymagający uważności obraz, z pacyfistycznym dnem, o tym przede wszystkim, że “życie bywa gówniane, więc proszę śpiewać”.

poniedziałek, 28 marca 2022

The Madness of King George / Szaleństwo Króla Jerzego (1994) - Nicholas Hytner

 


Aberracje umysłu jej królewskiej wysokości. Szaleństwo wywołane jak się okazało kiedy rozwój wiedzy pozwolił dotrzeć do prawdy, prawdopodobnie porfirią i komplikacje rodzinne oraz polityczne związane ze skandalami jakie Jerzy III w takim stanie wywoływał. Król funkcjonujący w ustawicznej malignie, lecz mimo to nie pozbawiony względnie trzeźwego rozumowania, kiedy sytuacja wydała się wymykać spod kontroli, bowiem choroba na jaką cierpiał, to dolegliwość fazami się objawiająca i w nieprzewidywalnych odstępach czasowych powracająca. W akcji lekarze i szarlatani, używający metod konwencjonalnych, jak tych wywołujących kontrowersje, zdziwienie czy wręcz niesmak (Pana doktora jednego zafiksowanie na wyglądzie stolca i takie tam ;)). Nowoczesne próby leczenia, a może pogłębiania królewskiego obłędu, bowiem za kulisami intensywna walka o władzę z synusiem najstarszym o podrażnionej ambicji i słabiutkim charakterkiem, perfidnie wykorzystywanym. Przyznaję się teraz i natychmiast posypując głowę popiołem twierdzę stanowczo i odpowiedzialnie, iż film Nicholasa Hytnera swego czasu gdy wchodził na ekrany i całkiem sporą furorę robił został przeze mnie nonsensownie zignorowany, a dzisiaj obejrzany objawia się jako oparta naturalnie na faktycznych wydarzeniach i z pasją wznosząca się na wysoki poziom dynamiki wyliczanka królewskich ekscesów, jak i z wybornym poczuciem humoru oraz błyskotliwością godną brytyjskich ironicznym komedii opowiedziana historia zakulisowego intymnego dramatu człowieka. Narracja jest niezwykle żwawa przez co ogląda się znakomicie, forma tryska energią i osobliwie groteskowe postaci uatrakcyjniają pulsujące tempo. Ponadto do listy zalet dodać należy genialne aktorstwo (m.in. Nigela Hawthorne'a, Helen Mirren), wręcz mimiczne "szaleństwo" i zapadające głęboko w pamięć sceny z komedii która staje się dramatem, by skończyć się opartym o fakty cudnym happy endem.

sobota, 16 lipca 2016

The Lady in the Van / Dama w vanie (2015) - Nicholas Hytner




Na początek obowiązkowy wstęp w tym wypadku taka ogólna nie odkrywcza refleksja, że kino brytyjskie posiada swój wyjątkowy charakter, szczególnie gdy produkcja gdzieś pomiędzy komedią, a dramatem stylistycznie umieszczona. Stąd płynnie do Damy w vanie śmiało mogę przejść, bo tonacja w jakiej obraz Nicholasa Hytnera osadzony, idealnie do powyższej formuły dobrana. Tragiczna ogólnie rzecz biorąc historia, w której sporo humoru na wysokim poziomie, takiego wywołującego uśmiech na twarzy, lecz absolutnie do skurczów mięśni brzucha niedoprowadzającego. Uśmiechamy się z klasą, powściągliwie wyciągając wartościowe wnioski z kontekstu, rozumiejąc jednocześnie, że historia to dramatyczna, bowiem poznajemy bohaterów i odkrywamy powolutku tajemnicę ich życia, gdzie zwrotnym punktem jedno traumatyczne wydarzenie. W centrum postać zdziwaczałej dewotki o czystym, błyskotliwym umyśle, która wpierw przy krawężniku, a za moment już na podjeździe posesji starego kawalera o podejrzanej orientacji seksualnej i pisarskiej profesji swym zdezelowanym vanem parkuje. Pojazd ten jej miejscem zamieszkania, a ona w nim osobliwym elementem podmiejskiej przestrzeni, takiej dzielnicy intelektualistów o przeróżnych, częstokroć ekscentrycznych osobowościach i stereotypowych ludzkich postawach. Ludzie plotkują i podszeptują, ze strzępów informacji domysły snują próbując zrozumieć gdzie przyczyna stanu rzeczy, skąd w staruszce taka "godność włóczęgi" wyborem nie koniecznością. Sąsiedztwo spekuluje, a pisarz w tym czasie prawdę odkrywa, opiekując się tą dokuczliwą damą. Jeśli kogoś to niewyrafinowane streszczenie zaintrygowało i ciekaw skąd dama na podjazd przybyła, a dodatkowo ceni sobie dojrzałe, pouczające kino niech przy najbliższej okazji zrobi sobie piękny prezent i obejrzy tą przypowieść o pokucie w anturażu urzekających uliczek, przytulnych wnętrz (z wyjątkiem vana :)) i ciasnych przydomowych ogródków. Warto!

P.S. A na marginesie, pytanie. Co wiemy o osobach z sąsiedztwa - tych których to widujemy codziennie, wymieniając kurtuazyjnie zwroty grzecznościowe. O takim przykładowo staruszku o nieprzyjemnym zapachu, wyprowadzającym strachliwego kundla, czy dziadku wykonującym rutynowe czynności z zegarmistrzowską precyzją, opiekującym się poczciwą leciwą gablotą z ogromnym oddaniem. Przyjaznej babince o nikczemnym wzroście, ciągnącej żwawo wózek z zakupami i ględzącej w kółko to co usłyszała w audycjach toruńskiej rozgłośni lub o zadbanej kobitce pełnej pozytywnej energii z serdecznym szerokim uśmiechem rozsądnie komentującej rewelacje pani z zakupami. Pytanie oczywiście było retoryczne.

Drukuj