Raczej ospałe, może flegmatyczne, w klasycznej gatunkowe konwencji kino, typowe dla brytyjskiego, pamiętnie archaicznie szlachetnego charakteru, gdzie wiążą się nostalgia i sentymentalizm, z mądrym przepracowywaniem bólu, lęku i innych emocji oraz szczyptą zdrowego, wyrafinowanego poczucia humoru. Z powściągliwym z zasady Ralphem Fiennesem w roli głównej, który w jaką estetykę nie zostałby wpasowany, zawsze trafia w punkt, bowiem posiada intuicję i dopieszczoną doświadczeniem wprawę aktorską, a jeśli już gra, to gra bez sztucznej szarży, robiąc i tak wrażenie piorunujące. W tym przypadku nie ma mowy, by rozwinął aż tak ekscytująco skrzydła, ale idealnie oddał wachlarz subtelnych emocji, skrytych za ochronnym dystyngowanym emocjonalnym uniformem. Podobała mi się postać jego, ale szanuję także w jaki sposób przybliżona zostaje trudna wojenna (I Wojna Światowa) historia i różne postawy, nie poddawane mądrze na szczęście, pro patriotycznej ocenie. Kryje się w tym co zobaczyłem i usłyszałem dołujący smutek bezsilności, oddziałuje bezradność wobec druzgocącej siły potworności wojennej rzeczywistości. To seans wiążący być może dwie skrajności, bowiem tak w sferze wyrażającej uczucia i przekonania w przemowie do widza, jest taktowny ludzki pierwiastek i ludzko niekonsekwentna momentami bezceremonialność. Bez względu na małe koncepcyjne w scenariuszu pęknięcia i efekt finalny jaki nie sprawi aby przebił się do pamięci długotrwałej, mnie potrafił jednocześnie zainspirować do ważnych także dzisiaj, tu i teraz obok refleksji, jak też przytłoczyć tą przyciężkawie jednak zaaranżowaną konfrontacją śmiertelnej powagi, z formą obyczajowej tragikomedii. Czerpie z tematyki złożonej, ale w zasadzie jest prosty, bo struktura z założenia całkiem lekka, ale zawartość treściwie, mocno obciążająca. Kameralny i wymagający uważności obraz, z pacyfistycznym dnem, o tym przede wszystkim, że “życie bywa gówniane, więc proszę śpiewać”.
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Nicholas Hytner. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Nicholas Hytner. Pokaż wszystkie posty
poniedziałek, 13 lipca 2026
poniedziałek, 28 marca 2022
The Madness of King George / Szaleństwo Króla Jerzego (1994) - Nicholas Hytner
Aberracje
umysłu
jej królewskiej
wysokości.
Szaleństwo
wywołane jak się okazało kiedy rozwój wiedzy pozwolił dotrzeć do prawdy, prawdopodobnie porfirią
i komplikacje rodzinne oraz polityczne związane
ze skandalami jakie Jerzy III w
takim stanie
wywoływał.
Król funkcjonujący
w ustawicznej malignie, lecz mimo to nie pozbawiony względnie
trzeźwego
rozumowania, kiedy sytuacja
wydała się
wymykać
spod kontroli, bowiem choroba na jaką cierpiał, to dolegliwość fazami się objawiająca i w nieprzewidywalnych odstępach czasowych powracająca. W akcji lekarze
i szarlatani, używający metod konwencjonalnych, jak tych wywołujących kontrowersje, zdziwienie czy wręcz niesmak (Pana doktora jednego zafiksowanie na wyglądzie stolca i takie tam ;)). Nowoczesne próby
leczenia, a może pogłębiania
królewskiego
obłędu, bowiem za kulisami intensywna walka o władzę z synusiem najstarszym o podrażnionej ambicji i słabiutkim charakterkiem, perfidnie wykorzystywanym. Przyznaję się teraz i natychmiast posypując głowę popiołem twierdzę stanowczo i odpowiedzialnie, iż film Nicholasa Hytnera swego czasu gdy wchodził na ekrany i całkiem sporą furorę robił został przeze mnie nonsensownie zignorowany, a dzisiaj obejrzany objawia się jako oparta naturalnie na faktycznych wydarzeniach i z pasją wznosząca się
na wysoki poziom dynamiki wyliczanka królewskich
ekscesów, jak i z wybornym poczuciem humoru oraz błyskotliwością godną brytyjskich ironicznym komedii opowiedziana historia zakulisowego intymnego dramatu człowieka. Narracja jest niezwykle żwawa
przez co ogląda się
znakomicie, forma tryska energią i osobliwie groteskowe
postaci uatrakcyjniają
pulsujące
tempo. Ponadto do listy zalet dodać należy genialne aktorstwo (m.in. Nigela Hawthorne'a, Helen Mirren), wręcz
mimiczne "szaleństwo" i zapadające głęboko w pamięć
sceny z komedii która
staje się
dramatem,
by skończyć
się opartym o fakty cudnym happy endem.
sobota, 16 lipca 2016
The Lady in the Van / Dama w vanie (2015) - Nicholas Hytner
Na początek obowiązkowy wstęp w tym
wypadku taka ogólna nie odkrywcza refleksja, że kino brytyjskie posiada swój
wyjątkowy charakter, szczególnie gdy produkcja gdzieś pomiędzy komedią, a
dramatem stylistycznie umieszczona. Stąd płynnie do Damy w vanie śmiało mogę
przejść, bo tonacja w jakiej obraz Nicholasa Hytnera osadzony, idealnie do
powyższej formuły dobrana. Tragiczna ogólnie rzecz biorąc historia, w której
sporo humoru na wysokim poziomie, takiego wywołującego uśmiech na twarzy, lecz
absolutnie do skurczów mięśni brzucha niedoprowadzającego. Uśmiechamy się z
klasą, powściągliwie wyciągając wartościowe wnioski z kontekstu, rozumiejąc
jednocześnie, że historia to dramatyczna, bowiem poznajemy bohaterów i
odkrywamy powolutku tajemnicę ich życia, gdzie zwrotnym punktem jedno traumatyczne
wydarzenie. W centrum postać zdziwaczałej dewotki o czystym, błyskotliwym
umyśle, która wpierw przy krawężniku, a za moment już na podjeździe posesji starego
kawalera o podejrzanej orientacji seksualnej i pisarskiej profesji swym
zdezelowanym vanem parkuje. Pojazd ten jej miejscem zamieszkania, a ona w nim
osobliwym elementem podmiejskiej przestrzeni, takiej dzielnicy intelektualistów
o przeróżnych, częstokroć ekscentrycznych osobowościach i stereotypowych
ludzkich postawach. Ludzie plotkują i podszeptują, ze strzępów informacji
domysły snują próbując zrozumieć gdzie przyczyna stanu rzeczy, skąd w staruszce
taka "godność włóczęgi" wyborem nie koniecznością. Sąsiedztwo
spekuluje, a pisarz w tym czasie prawdę odkrywa, opiekując się tą dokuczliwą
damą. Jeśli kogoś to niewyrafinowane streszczenie zaintrygowało i
ciekaw skąd dama na podjazd przybyła, a dodatkowo ceni sobie dojrzałe,
pouczające kino niech przy najbliższej okazji zrobi sobie piękny prezent i
obejrzy tą przypowieść o pokucie w anturażu urzekających uliczek, przytulnych wnętrz
(z wyjątkiem vana :)) i ciasnych przydomowych ogródków. Warto!
P.S. A na marginesie, pytanie. Co
wiemy o osobach z sąsiedztwa - tych których to widujemy codziennie, wymieniając
kurtuazyjnie zwroty grzecznościowe. O takim przykładowo staruszku o nieprzyjemnym
zapachu, wyprowadzającym strachliwego kundla, czy dziadku wykonującym rutynowe
czynności z zegarmistrzowską precyzją, opiekującym się poczciwą leciwą gablotą
z ogromnym oddaniem. Przyjaznej babince o nikczemnym wzroście, ciągnącej żwawo
wózek z zakupami i ględzącej w kółko to co usłyszała w audycjach toruńskiej
rozgłośni lub o zadbanej kobitce pełnej pozytywnej energii z serdecznym
szerokim uśmiechem rozsądnie komentującej rewelacje pani z zakupami. Pytanie
oczywiście było retoryczne.
Subskrybuj:
Posty (Atom)


